Tym razem wysiadłam na późniejszej stacji, Reda Pieleszewo, podobnie jak koleżanka, która miała mi towarzyszyć. Dopiero na peronie zorientowałyśmy się, że właściwie dosiadała się do tego samego pociągu, którym ja jechałam. Dostrzegłyśmy się od razu, bo w tym miejscu prawie nikt nie wysiadał.

Skierowałyśmy się od razu ku ulicy Torowej. Stwierdziłam, że nie będziemy póki co w nią zaglądać, bo rozpocznę tu kolejny spacer, a dzisiejszy w tym miejscu skończymy. Ruszyłyśmy zatem ulicą Ogrodniczą, zdominowaną przez firmy budowlane i samochodowe. Zaciekawiła nas także reklama firmy, pomagającej ofiarom wypadków. Tablica była niemal niedostrzegalna przez drzewa, w związku z czym zastanowiła nas celowość zawieszenia jej w tym miejscu.
Dotarłyśmy niemal do końca Ogrodniczej. Skręciłyśmy ku głównej drodze, na tym odcinku zwanej ulicą Wejherowską, na wysokości restauracji. Po naszej prawej dostrzegłyśmy hurtownię win i sklepy meblowe. Ruszyłyśmy jednak na wprost, ku przejściu dla pieszych.
Będąc już po drugiej stronie, odwiedziłyśmy na początek ulicę Warzywniczą. Z niej przeszłyśmy na Zielną i Owocową. Teren zdominowała zabudowa jednorodzinna, ale i tu znalazłyśmy firmę budowlaną i piekarnię. Większą uwagę poświęciłyśmy pasącej się w pobliżu parze koni oraz pieskowi, który podbiegł do bramy, by się z nami przywitać. Bardzo ciekawy okazał się także gołębnik z niemal całkowicie białym ptakiem, którego szyja i głowa były dostojne niczym u orła.

Powróciłyśmy na główną drogę i ruszyłyśmy wzdłuż sklepów meblowych i motoryzacyjnych, gdyż na naszej trasie nie było typowego chodnika. Zaciekawiły nas wyrzeźbione w ramach reklamy metalowe obrabiarki do drewna. Gdyby nie tablica reklamowa, w życiu byśmy się nie połapały, z czym mamy do czynienia. Dalej zobaczyłyśmy jeszcze myjnię samochodową. Tymczasem po drugiej stronie wypatrzyłyśmy stację kontroli pojazdów.

Wkrótce jednak zabrakło i asfaltu przed sklepami, a my miałyśmy do wyboru przeskoczyć rów i iść poboczem albo wędrować dalej na wpół wydeptanym trawnikiem. Biorąc pod uwagę tempo przemieszczania się aut na tym odcinku, dla bezpieczeństwa wybrałyśmy drugą opcję. Szczęśliwie dotarłyśmy do ścieżki i krzyża, a następnie do przejścia dla pieszych. Naszym celem była ulica Rzeczna, która miała doprowadzić nas na główne osiedle określone jako obszar tej wycieczki. Z tego punktu próbowałyśmy uchwycić ulicę Łososiową i najbliższe skrzyżowaniu obiekty, takie jak (dla odmiany!) sklepy meblowe i warsztaty samochodowe. Wiedziałam już, że muszę zmodyfikować ze względów bezpieczeństwa plany na kolejny spacer, w związku z czym będziemy wysiadali jednak na dworcu głównym w Redzie.

Wracając jednak do obecnego spaceru, ruszyłyśmy ulicą Rzeczną. Na wstępie minęłyśmy sklep spożywczy, dalej zaś remont drogi i stadninę konną. Teren opatrzono nawet znakiem ostrzegawczym. Za ulicą Zbożową duże wrażenie zrobiły na mnie jadąca konno ulicą pani z dziewczynką, ale także konie pasące się spokojnie w zagrodach po obu stronach drogi. Po lewej widziałyśmy klacz ze źrebięciem. Trudno powiedzieć, czy spowodowało to nasze zatrzymanie się nieopodal, ale klacz zaczęła turlać się po trawie niczym koty domagające się pieszczot. Płynnym ruchem po pewnym czasie jednak wstała, a źrebię zaczęło kierować swą główkę w stronę brzucha matki. Z kolei po drugiej stronie było kilka koni – średnich i dużych – które posilały się i niekoniecznie sobie coś robiły z naszej obecności. Ba! Jeden z nich udowodnił nam, że tuż przy ulicy znajdowało się idealne miejsce na toaletę, podszedł i czynił swą powinność właściwie na naszych oczach, ostentacyjnie zwracając się ku nas zadkiem.

Byłyśmy dość zaskoczone tym niespodziewanym widokiem. Z jednej strony jako biolog czułam się nawet zafascynowana przebiegiem zdarzenia, którego przecież się na co dzień nie obserwuje. Po przekroczeniu rzeki zauważyłyśmy serduszko domalowane sprayem na znaku drogowym, po czym podążałyśmy dalej przez las. Koleżanka pokazała mi roślinę, która po lekkim nawet dotknięciu jej, wystrzelała, prawdopodobnie nasionkami. Gdy z kolei dotarłyśmy do rozwidlenia dróg, z trójkątnym kawałkiem krawężnika pośrodku, usłyszałam od mojej towarzyszki żartobliwe:
– Rozumiem, że na rondzie w prawo?



Wbrew oczekiwaniom odbiłyśmy w lewo. Na kolejnym rozwidleniu ruszyłyśmy w prawo ulicą 12 Marca, docierając do tego samego miejsca, które oferował już wcześniejszy skręt w prawo, chciałam jednak zobaczyć, czy dalej zastaniemy jakąś zabudowę.

Dotarłyśmy do ulicy Karłowicza. Skręciłyśmy w lewo. Tutejsza droga wyglądała raczej jak ścieżka prowadząca w las, a zabudowę dostrzegłyśmy dopiero na Nowowiejskiego. Zawracałyśmy ulicą Góreckiego. Zza drzew na jej końcu popatrywałyśmy na 12 Marca. Kontynuując zwiedzanie metodą harmonijki, w kierunku lasu szłyśmy ulicą Nowowiejskiego, odcinkiem prostopadłym do uprzednio poznanego. Ostatecznie wyszłyśmy na Chopina, skąd przeszłyśmy na pętlę, jaką tworzyła ulica Bacewicz. Już podczas spacerów po Gdańsku odkryłam, że była to polska skrzypaczka. Przechodząc ponownie na Chopina, minęłyśmy plac zabaw z rozbudowanym domkiem i zjeżdżalniami. Zaintrygował nas także dom, który wraz z podjazdem, ogrodem i bluszczem wijącym się po ścianach i murze ogrodzenia tworzył niezwykle estetyczny obraz.

Gdy wyszłyśmy na 12 Marca, musiałyśmy się lekko cofnąć ku ulicy Miłosza. Wędrowałyśmy wzdłuż pobocza porośniętego kolorowymi chwastami, co skłoniło moją towarzyszkę do stworzenia bukieciku, który umieściła następnie w kieszonce koszuli. Z ulicy Miłosza miałam zamiar skręcić ku Moniuszki, ale wyraźniej rysowała się dróżka w prawo, zwana dalej ulicą Szymanowskiego. Dotarłyśmy nią ostatecznie do Karłowicza, którą to ulicą zamierzałam wracać. Jako, że szereg ulic do odwiedzenia tworzył w przybliżeniu pętlę, postanowiłam, że wykorzystamy nasze położenie i zrealizujemy plan niejako „od tyłu”.

Przeszłyśmy zatem Karłowicza ku Polnej i rzeczywiście od tego momentu nazwa naprawdę nie pozostawiała wątpliwości, czego mamy się spodziewać. Ulice z asfaltowych szybko zmieniły się w takie pokryte ażurowymi płytami chodnikowymi i w drogi piaskowe, porośnięte obficie chwastami, a obszar zdominowała zabudowa jednorodzinna. Było oczywiście co podziwiać w ogrodach – figurki zwierząt i krasnoludki. Z firm odnotowałyśmy jedynie usługi hydrauliczne. Bez większych przygód przechodziłyśmy przez Miętową, Wiklinową i Trzcinową, aż wreszcie wyszłyśmy tą ostatnią na odcinek Polnej, przy którym mieścił się sklep spożywczy.
Ruszyłyśmy ku niemu niczym Beduini ku oazie. Po uzupełnieniu prowiantu, usiadłyśmy z naszymi sokami na ławeczce pod sklepem. W pewnym momencie poczułyśmy się trochę niczym panowie spod monopolowego. Może skłoniły nas do tego badawcze spojrzenia budowlańców, którzy podjechali pod sklep autem. Gdy odjechali, zrobiłyśmy sobie kilka zdjęć, co nie było prostym zadaniem, bo musiałam uciekać przed osami. Owady szczególnie upodobały mnie sobie w tym sezonie. Nie mogłam nawet spokojnie wytrzepać butów. Byłam zmuszona odsunąć się od ławki, skacząc (czy też nagle odskakując od ławki) na jednej nodze. Żałuję, że koleżanka nie nacisnęła wówczas migawki aparatu. Byłyby to całkiem zabawne kadry.
Obecność os dała mi dodatkową motywację do dalszej wędrówki. Dotarłyśmy do ulicy Ogińskiego, gdzie skręciłyśmy w prawo. Koleżanka uświadomiła mnie, że patron tejże drogi był kompozytorem i nim na studniówkach zagościł polonez rodem z Pana Tadeusza, na parkietach szkolnych królowała kompozycja Ogińskiego. Z przyjemnością poszerzyłam swoją wiedzę w temacie, a pisząc ten rozdział, odświeżyłam sobie nieco więcej utworów klasycznych.

Ogińskiego łączyła się z Polną. Chwilę wcześniej moją uwagę zwróciły zaniedbane mury budynku, które opanowała roślinność, płynnie mieszająca się ze ścianami domu, który może lata świetności miał za sobą, a może nawet wcale go nie wykończono.

Z Polnej zajrzałyśmy na Jarzębinową i Lawendową. Przeszłyśmy ku Łopianowej, ale powrót był nieco bardziej skomplikowany. Droga przestała przypominać regularną ulicę, stanowiła raczej szeroki plac upstrzony kępami chwastów. Przejeżdżający pociąg wskazywał na istnienie torów naprzeciw nas, w związku z czym ruszyłyśmy równolegle do nich. W ten sposób znalazłyśmy biegnącą wzdłuż płotu ścieżkę. W ten sposób trafiliśmy ponownie na Polną, mniej więcej na wysokości skrzyżowania z Jaśminową.

Póki co kierowałyśmy się na wprost. Przekroczyłyśmy tory. Na blasze stanowiącej ogrodzenie jednej z pobliskich posesji odczytałyśmy wypisane markerem ostrzeżenie: uwaga, na ul. Polnej grasuje zboczeniec. Na szczęście nie miałyśmy okazji takowego spotkać 😉

Skręciłyśmy po chwili w ulicę Przemysłową. Taki też był teren wokół. Wypełniony firmami, głównie budowlanymi i motoryzacyjnymi. Ciekawa była z całą pewnością reklama kostki brukowej z dodatkiem w postaci lamp LED, opatrzona hasłem Led’s go, Zajrzałyśmy w ulicę Usługową, zarówno od strony Przemysłowej, jak i Spółdzielczej. Ostatecznie wylądowałyśmy na Puckiej, a więc jednej z trzech głównych ulic Redy. Zabawiłyśmy tam ledwie chwilę. Odnotowałyśmy kilka restauracji i hotel oraz fryzjera, sklep zoologiczny i krawca oferującego także suknie ślubne. Nim skręciłyśmy w Polną, znalazłyśmy jeszcze kwiaciarnię, sklep z roletami, psiego fryzjera, gabinet terapeutyczny oraz sklep z tekstyliami. Szczególnie urzekła mnie widniejąca w gablocie tego ostatniego poduszeczka w kształcie sowy. Uwagę zwracało także jedno z ogrodzeń, pomalowane na kilka kolorów. Być może znajdowało się za nim przedszkole? A może po prostu rodzic chciał ubarwić dziecięcy świat?
Wróciłyśmy na Polną. Od tej strony mogłyśmy zajrzeć w ulicę Willową, na której póki co nie stała żadna willa. Ciekawiła nas jednak zabudowa bliższa naszym oczom. Niewysoki blok i stary, klimatyczny domek z nie mniej klimatycznym ogrodem. Pośród zdobiących go figurek znalazł się nawet żółw. Chociaż bardziej intrygująca była stojąca między dwoma iglakami latarnia morska.


W pobliżu torów, na częściowo znanej nam już blasze, dopatrzyłyśmy się jeszcze sprayowego wizerunku piłkarza. Gdy minęłyśmy tory, zauważyłyśmy, że szlabany sięgały z każdej strony tylko połowy szerokości drogi, zasłaniając część od strony kierowców. Wypatrzyłyśmy także ścieżkę wiodącą na skos ku Jaśminowej i postanowiłyśmy skrócić sobie nieco (i tak widoczną na przestrzał) drogę. Zeszłyśmy na Jaśminową w pobliżu szklarni, po czym ruszyłyśmy dalej ulicą o dziwnym kształcie, poprzecinaną gdzieniegdzie pośrodku kępami trawy czy pojedynczymi drzewami. Minęłyśmy zakład zajmujący się wyprawą skór. Zaglądałyśmy kolejno w Kwiatową, Rumiankową i Szafranową. Przy tej okazji znalazłyśmy gabinet weterynaryjny, a także serwis elektroniki.



Skręciłyśmy na 12 Marca w prawo. Ta zadbana, asfaltowa ulica była totalną odmianą po polnych dróżkach. Zaciekawiło mnie, że znaki drogowe nie stały na prostych słupkach, ale takich wygiętych pod kątem prostym. Jeszcze bardziej intrygujące było ujrzeć drogę po lewej, którą wylano asfaltem, która donikąd nie prowadziła, a jednocześnie opatrzono ją własnym przejściem dla pieszych. Doszłyśmy do wniosku, że powstanie tego kawałka ulicy wyprzedziło okoliczne plany budowlane – prawdopodobnie za jakiś czas ujrzałybyśmy tam kolejne domy.


Wędrowałyśmy aż do Puckiej. Sądziłam, że zawrócimy kawałek dalej po lewej, ale nie udało się nam dostrzec tego skrzyżowania. W związku z tym odsapnęłyśmy chwilę w okolicy przystanku autobusowego, gdzie naszą uwagę zwrócił opuszczony budynek. Po drodze zostałyśmy także zagadane przez turystę, który bez skrępowania rozłożył śpiwór na okolicznym trawniku, by prawidłowo go zwinąć. Pytał nas o jakiś bliski sklep. Niestety nie umiałyśmy odpowiedzieć na jego pytanie, bo jedyny spożywczy jaki do tej pory minęłyśmy, stał hen, hen za rzędami domów i zawijasem ulic. Jednocześnie byłyśmy pod wrażeniem swobody chłopaka. Uświadomiłam sobie, że w sumie i ja jestem bardziej swobodna, gdy przebywam z kimś, kogo dobrze znam, w przestrzeni, gdzie nikt nas nie zna. Jesteśmy wówczas wolni od bycia ocenianym. Możemy po prostu być sobą i czerpać z tej chwili, która trwa.
Wróciłyśmy na 12 Marca. Tym razem skręciłyśmy w Krokusową. Z niej odbiłyśmy w lewo. Tamtędy mogłyśmy dotrzeć do ulic Fiołkowej i Bratkowej, a także do schodków pozwalających powrócić na 12 Marca. Ten etap wędrówki nie był szczególnie atrakcyjny, wobec czego koleżanka uatrakcyjniła mi go opowiadając o wierszu Barańczaka Panda, jak sama nazwa wskazuje – o pandzie, w którym to wierszu wszystko się z tym słowem rymowało.

Przed wejściem w dalszy odcinek Jaśminowej dostrzegłyśmy posesję na sprzedaż, gdzie w furtkę wetknięto stare gazety. Był to niecodzienny widok. W bok od Jaśminowej tworzyła się ulica Irysowa. Póki co mogłyśmy tam oglądać jedynie pasącą się w pojedynkę krowę. Obok ktoś zaparkował przyczepę z łódką.

Następnie przeszłyśmy na Konwaliową, a z niej na Różaną. Nie znalazłyśmy tam róż, ale jeden, bardzo różnorodny gatunkowo, ogród przypadł nam do gustu. Pokonałyśmy Chabrową i pozostałą część Konwaliowej, po czym wyszłyśmy na 12 Marca obok ogrodzonej działki z piękną furtką, ale zarośniętej chwastami.
Odwiedziłyśmy ponownie ulicę Ogińskiego, choć na innym jej odcinku. Stamtąd rzuciłyśmy okiem w ulicę Lutosławskiego, by po chwili wędrować Wieniawskiego. Po drodze zajrzałyśmy w Świerzyńskiego, ale ostatecznie wyszłyśmy za boiskiem (do piłki nożnej, siatkówki i koszykówki) na ulicę Kwiatową. Zajrzałyśmy z niej w drugi kraniec Szafranowej, po czym skierowałyśmy się ku Moniuszki. Rzuciłyśmy okiem w Świerzyńskiego i Lutosławskiego od przeciwnej strony.

Ulica Moniuszki była dość długa, ale naszą uwagę zwrócił tylko jeden dom, upstrzony różnorodnymi figurkami. Ptak na dachu, sowy nad wejściem, bociek w krzewach, jelonek na trawniku, kawałek za nim mężczyzna w dziwnej pozie, a jakby tego było mało – przy drzwiach krasnoludek i lew. Na końcu ulicy biegła prostopadła do niej ścieżka. Ostatecznie wyszłyśmy na 12 Marca. Powędrowałyśmy w lewo. Minęłyśmy pętlę autobusową. Przez las, znaną nam już drogą, powróciłyśmy na Wejherowską. Pokonałyśmy światła. Do odwiedzenia została nam już tylko Torowa. Wkrótce znalazłyśmy się na peronie, gdzie po pewnym czasie doczekałyśmy się naszego pociągu powrotnego. Wsiadałyśmy do niego wraz z nastolatkiem, sztuk jeden. Więcej osób przez peron w czasie naszego pobytu się tam nie przewinęło. Po tym spacerze miałam dość mieszane uczucia co do atrakcyjności przestrzeni wokół. Cieszyłam się jednocześnie, że nie spacerowałam sama, co pozwoliło mi wyłuskać wspólnymi siłami kilka naprawdę ciekawych akcentów.
Więcej o wycieczkach realizowanych w ramach tego projektu możesz poczytać <tutaj> 🙂




