Gdynia Orłowo – a co Wy robicie po wyjściu z lasu?

Zdeterminowana, by podczas ostatniego spaceru obejrzeć ostatnią wedle moich planów wieżę widokową, musiałam skończyć projekt jeszcze w październiku – od listopada nie byłoby na nią wstępu. Jako że przełom tych miesięcy dla wielu z nas jest czasem odwiedzania cmentarzy, a Gdynię miałam niejako po drodze, spakowałam plecak na kilka dni, by od razu po ostatniej wędrówce wsiąść w pociąg do rodzinnego Lęborka.

Determinacją mogłabym również wytłumaczyć fakt, że nie zrezygnowałam ze spaceru, choć termin nie pasował właściwie nikomu z dotychczas towarzyszących mi kompanów. Uznałam, że nie będzie to dla mnie przeszkodą i najzwyczajniej w świecie postanowiłam przespacerować się sama.

Paradoksalnie, wysiadłam na stacji SKM Sopot Kamienny Potok i przespacerowałam się ku Bernadowskiej. Trasa była mi już znana i pokonując ten odcinek, pozwoliłam, by odżyły wspomnienia jednej z pierwszych sopockich wypraw. Nawet ślimaki, które udało mi się zaobserwować „na suficie” wiaduktu przy Bernadowskiej, nie zmieniły swoich upodobań co do miejsca „koczowania”, choć minął już rok. Zastanowiło mnie, czy to kolejne pokolenia tych bezkręgowców poszły w ślady „rodziców”, czy też muszle w jakiś sposób zostały tam przytwierdzone.

Od Bernadowskiej w prawo biegła droga, która prowadziła do Kolibki Adventure Park. Podeszłam bliżej wjazdu, ale pożałowałam tego dość szybko. Błoto było wszędzie, więc stąpałam bardzo powoli, starając się uniknąć poślizgnięcia. Dreptałam skrajem drogi, by nie dać się ochlapać przejeżdżającym tu o dziwo dość często pojazdom – choć zajęło mi to ledwie chwilę, a miejsce nie wydawało się nagminnie uczęszczane, minęło mnie kilka aut.

Cofnęłam się, by kontynuować przemarsz Bernadowską. Pojawił się nawet chodnik, z którego z ochotą skorzystałam. Minęłam ośrodek wypoczynkowy. Dalej pojawiły się domki jednorodzinne. Ulicę pokrywały kocie łby. W połączeniu z jesiennymi kolorami liści na drzewach, ten zakątek wydał mi się całkiem uroczy.

Wędrowałam wciąż przed siebie, wypatrując oczekująco odnogi w prawo, która mogłaby doprowadzić mnie do wieży widokowej. Moja mapa wydała mi się jednak mało konkretna, a boczne ścieżki w obie strony nie do końca się z nią pokrywały. Stawiałam kolejne kroki, uważnie się rozglądając, ciesząc się widokiem i śpiewem ptaków, choć znajdowały się zbyt daleko, by udało mi się je sfotografować.

Nastał jednak moment, w którym musiałam się zorientować, że coś jest ewidentnie nie tak. Pomijając już fakt, że szłam po prostu zbyt długo, bym miała pokonać tylko zakładaną według map odległość do pożądanego zakrętu. Otóż przed sobą miałam tabliczkę, która rozwiała wszelkie wątpliwości. Rezerwat przyrody „Łęg nad Swelinią”. Wystarczył rzut oka na mapę, by dostrzec, że przeszłam dwa razy tyle, ile powinnam.

W związku z tym uwieczniłam tylko widoki wokół, w tym tabliczkę dotyczącą rezerwatu i przepływający pod drogą strumyk, od którego to miejsce wzięło swoją nazwę. Gdy się cofałam, podziwiałam jesienne krajobrazy, a nawet po raz pierwszy w życiu obejrzałam swoje odbicie w błotnistej kałuży. Pozorny brak przejrzystości wcale w tym nie przeszkadzał.

Gdy przeszłam kawałek i zobaczyłam pierwszą z bocznych dróg, postanowiłam posłużyć się GPS-em. Okazało się, że od właściwej ścieżki dzieli mnie jeszcze kilkadziesiąt metrów. Podążając wciąż za wskazaniami urządzenia, skręciłam wreszcie w lewo. Zerknęłam na obie papierowe mapy, którymi dysponowałam, jak również tę elektroniczną. Każda prezentowała ten fragment lasu w podobny sposób, ale nie pokrywało się to w stu procentach z zakrętami, jakie miałam przed sobą. Postanowiłam trzymać się głównego kierunku w nadziei, że tym razem nie pobłądzę.

Na rozwidleniu skręciłam w prawo, a później wraz z łukiem drogi w lewo. Wówczas ujrzałam już konstrukcję wieży widokowej. Wiedziałam, że dokładnie tego obiektu szukałam, choć z daleka widok jej czubka skojarzył mi się z elementami elektrowni lub jakiejś radiostacji. Szukając wcześniej w internecie dat określających terminy możliwego zwiedzania wieży, natknęłam się na jej zdjęcie, więc nie miałam żadnych wątpliwości. Droga, chociaż meandrowała lekko, zdawała się prowadzić bezpośrednio do celu, nie kusząc żadnymi odnogami.

I rzeczywiście, kilka minut później stanęłam już pod samą konstrukcją. Szczyt wieży, do którego turyści nie mieli już dostępu, stanowił biało-czerwony, prawdopodobnie metalowy, szkielet. Niższa część była w dużej mierze zabetonowana, co wraz z barierkami oplatającymi wieżę wzdłuż schodów, dawało wrażenie solidności. Zależnie od sposobu liczenia, aby wspiąć się na taras widokowy, należało pokonać sześć lub siedem takich pętelek. Miałam przy tym niemałą frajdę, bo już po pokonaniu pierwszych górowało się nad lasem i można było dzięki temu spojrzeć dalej. Spodobało mi się, że w przeciwieństwie do niektórych wież czy latarni morskich, z jakimi miałam dotąd do czynienia, taras widokowy nie był całkowicie osłonięty. Zwykle przeszkodę dla fotografa stanowiły kratki albo szyba. Tutaj kadr zaburzały jedynie znajdujące się w regularnych odstępach pręty podtrzymujące zadaszenie i szczyt wieży.

Chociaż widoki w niemal każdą stronę były powalające i można było podziwiać sporą część Gdyni, z nie mniejszym zaciekawieniem spoglądałam w stronę sopockiego molo czy po prostu morza. Podziwiałam także różnice wysokości na terenach wokół czy zmienność barw koron drzew w okalającym wieżę lesie. Przybyłych akurat na wieżę mężczyzn – Polaka i jego znajomego zza granicy, poprosiłam o zrobienie mi zdjęcia na tle tych wspaniałych widoków. Na tym jednak nie poprzestałam. Uważnie obserwując przybysza, postanowiłam iść za jego przykładem i nakręciłam przy pomocy kamery w telefonie film przedstawiający widoki na wszystkie strony.

Ścieżkom, jakie miałam do wyboru po zejściu z wieży, nie przyjrzałam się jednak z góry wystarczająco dokładnie, choć odnosiłam takie wrażenie. Ruszyłam więc pewnie „za wieżę” (patrząc od strony furtki), dałam się oszczekać pilnującemu teren psu i nie zważając na błota, wybrałam najbardziej skrajną ścieżkę po prawej. Szybko miałam jej dosyć, bo zapadałam się w błocie z jasnego piasku i z bólem serca spoglądałam na swoje buty. Żałowałam, że nie ubrałam obuwia terenowego, którego mniej byłoby mi szkoda. Zamiast tego, nie przewidując aż tak błotnistej trasy, pokierowałam się typowo kobiecym instynktem. Skoro w planach powycieczkowych był weekend w rodzinnych stronach, w tym wizyty na cmentarzu, trzeba było ciepło się ubrać. Kurtka poszła w odstawkę na rzecz płaszcza zimowego. No i jak tu ubrać terenowe buty do ładnego, kobiecego płaszczyka? Typowo babski dylemat. Botki zupełnie jednak sobie nie radziły z błotem i bałam się, że wręcz jednego zostanę pozbawiona przez nieznającą skrupułów gęstą maź.

Wydostałam się jakoś ze zwałów błota i postanowiłam nadłożyć drogi, idąc pomiędzy drzewami po trawiastym skraju drogi. To szłam wyprostowana, to pochylałam się lub odchylałam na boki, unikając tym samym spotkania pierwszego stopnia z gałęziami. Wykorzystywałam co bardziej przejrzyste kałuże, przy okazji umieszczone pomiędzy bardziej stabilnym gruntem, by opłukać buty z zewnątrz. W pewnym stopniu pozwalało to spłukać błoto, ale i tak po chwili zapadałam się znów w brudzącą maź. Choć i tak prościej było lawirować w jej obrębie niż pokonać potężną kałużę na szerokość całej ścieżki. Jakoś się to jednak udało i kiedy droga zaczęła jako tako wyglądać, a wszystkie przeszkody wydawały się już przeszłością, trasa nagle się… skończyła. Włączyłam ponownie GPS-a i uznałam, że właściwa droga biegnie po mojej lewej, niemalże równolegle. Uznałam, że przedrę się przez krzaki i drzewa, w ten sposób przechodząc niejako na skróty. Nie wyszło. Przede mną pojawiła się nagle stroma skarpa. Postanowiłam nie ryzykować, w końcu byłam tam zupełnie sama, a zasięg w lesie mógłby w każdej chwili mnie zawieść. Ostatecznie byłam zmuszona ponownie przebyć błotnistą breję – tym razem bogatsza o doświadczenie, co bardzo ułatwiło mi zadanie. Przyznaję jednak, że pod nosem wymruczałam tymczasem sporą dawkę narzekań.

Przy wieży pies znów mnie obszczekał, za co delikatnie go zganiłam i co o dziwo poskutkowało. Wciąż posługując się GPS-em, odnalazłam równoległą ścieżkę. Była wąska i pokryta liśćmi. Bałam się co prawda lekkiego poślizgu, ale moje obawy okazały się nieuzasadnione i wędrówka na tym odcinku stanowiła dla mnie czystą (dosłownie!) przyjemność.

Patrzyłam na swoje zabłocone buty z żalem, a zbolałe serce pedantki szukało rozwiązania. Za parę chwil miałam znaleźć się znów pośród cywilizacji i nie zamierzałam wyjść (dosłownie!) jak człowiek z lasu. Nie miałam ze sobą wody, a jedynym płynem, jakim dysponowałam, był sok jabłkowy. Oblanie nim butów celem starcia chusteczką powoli zasychającej już warstwy błota raczej nie skończyło by się dla botków dobrze. Trasa również, jak na złość, wydawała się zupełnie sucha. Aż tu nagle ujrzałam coś, co w tamtej chwili jawiło mi się niczym najdroższy skarb! Chwyciłam chusteczkę, przykucnęłam i zanurzyłam lekko jej róg w nagromadzonej w dołku liścia… wodzie. Moje źródełko nie miało więcej niż centymetr kwadratowy powierzchni, a jednak udało mi się zetrzeć najbardziej rzucające się w oczy zabrudzenia. Nieco tym podbudowana, żywo ruszyłam dalej. Po drodze minęłam nawet kilku wędrowców.

Wreszcie wyszłam ku zabudowaniom. Okazało się, że dojście do wieży było jednak jakoś oznaczone. Co prawda tylko z tej jednej strony, a tabliczkę informacyjną stanowił wbity pomiędzy gałęzie kawałek styropianu z napisem WIEŻA i strzałką, ale jednak! Ulicą Spółdzielczą dotarłam wkrótce do boiska i przyległego do niego budynku – również związanego z branżą sportową. Droga podzieliła się wkrótce na prawą i lewą odnogę, na wprost prezentując ogródki działkowe. Zdecydowałam się na wędrówkę w lewo, dzięki czemu dotarłam do restauracji. Ulica zawijała w tym miejscu w prawo, więc podążyłam zgodnie z nią.

Przeszłam pod wiaduktem, czując się, jakbym przekraczała jakąś magiczną granicę pomiędzy peryferiami a centrum cywilizacji. Spojrzałam bacznie na stan swoich butów, określając go w myślach jako względnie satysfakcjonujący i ścierając (tym razem na sucho) chusteczką jeszcze nieco zechniętego już błota. Następnie podniosłam głowę i rozejrzałam się wokół. Po lewej zobaczyłam zaplecze Centrum Handlowego Klif, na wprost ruchliwą aleję Zwycięstwa, po prawej zaś znaną restaurację.

W tamtej chwili uznałam, że znudził mi się samotny spacer i zadzwoniłam do kolegi, o którym wiedziałam, że mieszka na Orłowie, choć nie znałam dokładnego adresu. Stwierdziłam, że trzeba wykorzystywać okazję do spotkań, zwłaszcza, że nie widzieliśmy się co najmniej rok, choć byliśmy w dość regularnym kontakcie. Plany potencjalnego kompana na spędzenie soboty okazały się dość elastyczne i zgodził się na uczestnictwo w moim projekcie, choć dotąd słyszał o nim ledwie w zarysie. Podałam mu swoje położenie, bazując na wspomnianej restauracji. Czas oczekiwania postanowiłam sobie wypełnić zwiedzeniem kolejnego fragmentu trasy, kręcąc się jednak na tyle blisko umówionego miejsca spotkania, by móc tam dotrzeć dość szybko od momentu, w którym kolega dałby mi znać, że dopiął swoje sprawy i jest już do dyspozycji.

Z nowym zapałem podążyłam ku przejściu ze światłami i po chwili znalazłam się po drugiej stronie alei Zwycięstwa. Chociaż przede mną rozciągał się teren dawnego dworu w Kolibkach, postanowiłam zacząć od spaceru główną drogą w stronę Sopotu. Dotarłam do pomnika, który poświęcono obrońcom Gdyni poległym w 1939 roku. Wówczas zawróciłam, by obejrzeć zabudowania zespołu dworsko-krajobrazowego Kolibki.

Spodobała mi się już brama wjazdowa, z murowanymi filarami i metalowymi prętami pomiędzy, z których centralne układały się na kształt przypominający serce. Wędrując dalej chodnikiem wzdłuż pasa drzew, urzekły mnie latarnie. Po prawej rozciągały się szeroko tereny zielone. Po chwili dotarłam pod budynek stajni i wozowni, ten także zrobił na mnie wrażenie, choć był dość prosty. Widok psuła jedynie reklama restauracji. Za dawnymi stajniami znajdował się parking, a przy nim tablica informacyjna dotycząca tej przestrzeni. Wyczytałam z niej, że nazwa Kolibki wzięła się od słowa kolebka, które miało określać położenie tego miejsca we wgłębieniu terenu, a sam dwór istniał prawdopodobnie już w XVI wieku, choć przypuszczalnie w nieco odmiennej lokalizacji. Współcześnie urzekał mnie widok starych murów, a nieco odstręczały zastawione parkingi i budki z jedzeniem.

Zawróciłam ku bramie, po czym ruszyłam ku ulicy Świętopełka. Na skrzyżowaniu znajdował się sklep monopolowy. Gdy weszłam w głąb, dostrzegłam mostek biegnący nad Potokiem Kolibkowskim, a przedtem drogę prowadzącą od drugiej strony na teren dawnego dworu. Tymczasem po lewej minęłam dwa skrzyżowania – z ulicami Światowida i Perkuna. Po drodze natknęłam się na auto cukierni z rozczulającym napisem Słodziak.

Wykorzystałam schodki po prawej, by dojść bliżej do morza. W głębi, za drzewami, dostrzegłam biały mostek, którego kształt skojarzył mi się z DNA i przez który przejechała grupa rowerzystów. Po chwili minęłam go i dotarłam do ścieżki w lewo, której nadano nazwę alei Kukowskiego. Tymczasem w prawo kolejne schodki oferowały zejście na plażę.

Plażę i morze było całkiem dobrze widać zza nagich drzew o ciekawych kształtach. Próbowałam sobie zrobić zdjęcie na ich tle, ale z marnym skutkiem. W międzyczasie w pobliżu znaleźli się spacerujący starsi państwo. Kobieta z uśmiechem przejęła aparat i po raz pierwszy spotkałam się z takim zaangażowaniem ze strony zupełnie obcej osoby. Zaprezentowała wykonaną fotografię i pytała, czy na pewno mi się podoba i czy kadr jest odpowiedni. Dla pewności zrobiła jeszcze jedno, nieco inne. Spotkanie z nią było niekłamaną przyjemnością, a jej towarzysz tymczasem cierpliwie czekał.

Wkrótce znalazłam się na wysokości ulicy Plażowej, przy Promenadzie Królowej Marysieńki. Spojrzałam na morze i skwer, wypatrzyłam podobne do „dworskich” latarnie, po czym zawróciłam ku ulicy Przebendowskich. Po lewej stronie rozciągał się budynek, który wyglądał jak ekskluzywny hotel. Ale to obiektów po drugiej stronie pilnował strażnik, który czujnym okiem obserwował mojego fotografowanie wszystkiego wokół, ze szczególnym naciskiem na budynek hotelu.

Na ulicy Balladyny zaciekawiły mnie ustawione w kilku miejscach na chodnikach i skraju jezdni kilkulitrowe baniaki, jak na paliwo, z napisami Nie parkować! – tę niewątpliwie niecodzienną metodę wykorzystało kilku okolicznych mieszkańców. Dalej minęłam warsztat samochodowy i fundację, której obiektu zainteresowania nie udało mi się odkryć, bo promowana strona internetowa nie działała. Nieopodal znalazły się również pensjonaty i sklep spożywczy.

Odwiedziłam ulicę Aldony, ale głębiej weszłam dopiero w ulicę Goplany. Przez Światowida trafiłam ponownie na Balladyny, którą to drogą wyszłam na alei Zwycięstwa, nieopodal kaplicy pod wezwaniem Gwiazdy Morza. Po sąsiedzku znajdowało się także zgromadzenie zakonne sióstr elżbietanek.

Ponownie dotarłam w okolice Centrum Handlowego Klif. W niedługim czasie spodziewałam się tam spotkać z moim kolegą, tymczasem jednak odwiedziłam łazienkę, by doprowadzić do ładu swoje buty i udało mi się to z niezłym skutkiem. Nie ma to jak bieżąca woda!

Kilka minut później na horyzoncie pojawił się kolega. Nadciągał równym krokiem, wyłaniając się z oddali, niczym postać z filmu sensacyjnego. Nim doszedł do mnie, wynotowałam obiekty wzdłuż ulicy Przebendowskich: sklep z firanami, gabinety lekarskie, biuro podróży, bar sushi i kwiaciarnię. Po chwili przywitaliśmy się i niemal od razu weszliśmy w ulicę Olchową. Przez Jodłową trafiliśmy na Świerkową. Lekko odbiliśmy w lewo, by wejść w Jesionową, gdzie teren zdominowały warsztaty samochodowe, a wędrówka przebiegała wzdłuż torów kolejowych. Znajdowaliśmy się w pobliżu stacji SKM Gdynia Orłowo. Na początku zarysowałam koledze swój projekt nieco dokładniej, porozmawialiśmy również o zmianach, jakie zaszły w naszym życiu. W międzyczasie komentowaliśmy przestrzeń wokół, snując przypuszczenia i dzieląc się historiami, które skojarzyły się nam po drodze.

Ze Świerkowej przeszliśmy na Orłowską, gdzie skręciliśmy w prawo. Minęliśmy sklep z oknami i agencję reklamową, jak również ulicę Akacjową. Za sklepem z artykułami wyposażenia wnętrz rozciągała się już aleja Zwycięstwa. Od razu przeszliśmy na drugą stronę, po czym skierowaliśmy się na południe.

Po obu stronach drogi znajdowały się głównie sklepy i różnego typu zakłady. Znaleźliśmy tam sklepy meblowe i z wyposażeniem mieszkań, Klub Seniora, prywatną szkołę muzyczną, sklepy monopolowy i spożywczy, pralnię chemiczną, hotel z restauracją, fryzjera i stomatologa oraz serwis telefonów, szewca, krawca, pocztę i salon urody.

Ostatecznie skręciliśmy w ulicę Przebendowskich, a z niej w Światowida. Droga meandrowała, wiodąc nas pomiędzy zabudową mieszkalną. Zaintrygowała mnie ustawiona na jednym z chodników fontanna i postanowiłam ustawić się do pamiątkowego zdjęcia:

– Zrób mi zdjęcie z fontanną – poprosiłam kolegę.

– Ale to śmierdzi.

– Na zdjęciu nie będzie tego czuć – zauważyłam.

– Prawda. Jesteś po lewej stronie, bo tak podobno lepiej wygląda kompozycja – usłyszałam w odpowiedzi.

Kadr… Kompozycja… Fotografujący mnie tego dnia ludzie naprawdę się starali, a nie klikali migawkę na odczepnego. Było mi z tym bardzo dobrze.

W okolicy znajdowało się także kilka pensjonatów, które miały nam towarzyszyć także podczas wędrówki kolejnymi ulicami. Wkrótce wyszliśmy na ulicy Popiela, gdzie skręciliśmy w prawo. Przy drodze zalegały liście w soczyście jesiennych barwach, choć nawet brązy miały wysycony i jednorodny odcień. Po chwili dotarliśmy do skrzyżowania Perkuna i Przemysława, kierując się w tę pierwszą. Przez Przebendowskich przeszliśmy w prostopadły do poprzedniego odcinek ulicy Przemysława, gdzie wypatrzyłam rzeźbę kobiety. Zastanawiałam się, czy figura miała mieć charakter religijny (na upartego mogła przypominać Matkę Boską), czy niekoniecznie. Na końcu drogi skupiliśmy swoją uwagę na domu, który aktualnie remontowano po zmianie właściciela (wedle informacji kolegi), a który to budynek wyglądał naprawdę wykwintnie i w moim wyobrażeniu śmiało mógłby gościć jakiś arystokratyczny ród. Balkony podtrzymywały filary, a na dachu widniał kamienny orzeł, a może był to uskrzydlony gargulec.

Przez ulicę Króla Jana III przeszliśmy ku Mestwina, a następnie ruszyliśmy ku Zegarskiego. Na tym odcinku krajobraz złożony głównie z domów i pensjonatów uzupełnił zakład związany ze sprzętem typu piły elektryczne. Trudno było mi określić, czy był to sklep czy serwis tych urządzeń. Jeden z mieszczących się nieopodal domów skojarzył mi się po raz enty podczas spacerów z grą The Sims, gdyż całe jego ściany pokrywała gładka, brązowa cegła. Dalej znaleźliśmy się na Zegarskiego, gdzie minęliśmy Dom Nauczyciela.

Dotarliśmy do skrzyżowania, które przypominało rondo z trójkątnym trawnikiem wewnątrz. Obejrzeliśmy kraniec ulicy Króla Jana III, po czym cofnęliśmy się nieco, ku pierwszej poprzecznej drodze po prawej, która doprowadziła nas na Orłowską. Po prawej zobaczyłam maszyny budowlane z ogromnymi wiertłami, po lewej zaś rozciągało się boisko szkolne. Po zejściu na ulicę Orłowską ruszyłam w kierunku szkoły, by przyjrzeć się, z jaką placówką miałam do czynienia. Okazało się, że budynek był siedzibą Szkoły Podstawowej Nr 8 oraz Gimnazjum Nr 5.

Następnie ruszyliśmy Orłowską ku plaży. Podziwialiśmy dzieci wspinające się po konstrukcjach na placu zabaw. Zobaczyłam kranik z bieżącą wodą. Inicjatywę utworzenia takich źródełek doceniłam już jakiś czas temu, podczas biegania wzdłuż morza w Gdańsku. W kilku miejscach na równoległych do plaży ścieżkach zamontowano podobne do orłowskiego kraniki.

Oczywiście będąc przy molo, nie mogliśmy ominąć spaceru po nim. Obejrzeliśmy plażę po prawej, a następnie ustawiłam się do zdjęcia z samym molo. Przechodnie wręcz rzucili do mnie, żebym bardziej się uśmiechnęła, choć nie uważałam się w tamtym momencie za szczególnie poważną. Ciąg dalszy sesji odbył się już bardziej w głębi, z perspektywy „morze-ląd”. Podziwiałam blask słońca, a także ludzi zażywających kąpieli pomimo jesiennego zimna. Sama nie mogłabym być morsem. Wiatr jeszcze się wzmagał, potęgując w moim odczuciu wrażenie zimna. Patrząc w drugą stronę, obserwowaliśmy słynny orłowski klif i ptaki przelatujące na różnej wysokości nad taflą wody.

Po zejściu z molo cofnęliśmy się Orłowską aż do Spacerowej. Zamierzaliśmy tam skręcić, ale z racji remontu tylko zajrzeliśmy. Ruszyliśmy dalej, minęliśmy hotel i weszliśmy w pierwszą drogę po prawej [Heidricha?]. Przez nią trafiliśmy na Spacerową, z której cofnęliśmy się do Zapotocznej. Droga ta doprowadziła nas do mostu, który ponoć ucierpiał na ostatniej (*zapiski pochodzą z 2016 roku) powodzi, której skutki osobiście odczułam wraz z tysiącami mieszkańców Gdańska, w którym hektolitry wody niemal sparaliżowały miasto. Na szczęście tutejszy most odbudowano, a my mogliśmy zwiedzić rozgałęzienia Zapotocznej aż do linii lasu.

Wówczas zawróciliśmy, a że czas wolny kolegi miał się ku końcowi, postanowiłam nieco przerobić trasę tak, by go kawałek odprowadzić. Znaną już sobie trasą wróciliśmy na Orłowską, by dojść do alei Zwycięstwa. Zajrzeliśmy jeszcze po drodze w Roszczynialskiego. Przy głównej ulicy pożegnaliśmy się i już bez towarzystwa ruszyłam w prawo. Wokół skrzyżowania wypatrzyłam biurowiec, restaurację i sklepy meblowe. Dalej tę wyliczankę uzupełniły apteka i sklep budowlany.

Skręciłam w ulicę Szyprów i po spojrzeniu na zegarek postanowiłam sama również przyspieszyć kroku. Dodatkowo uznałam, że rezerwat Kępa Redłowska będzie dla mnie takim bonusem, który odwiedzę w przyszłości, niezależnie od projektów terenowych. Gdybym nie zdążyła na zaplanowany jako najpóźniejszy pociąg, musiałabym sporo poczekać na redłowskim peronie, a to było mi wybitnie nie w smak. Na szczęście tereny wokół były głównie zapełnione zabudową mieszkalną, a krótkie uliczki dało się gdzieniegdzie przejrzeć na wylot.

Z Szyprów zajrzałam więc w ulicę Kaprów, a skręciłam dopiero w Cumowników. Znalazłam tam firmę oferującą bramy i ogrodzenia. Przez Nawigatorów weszłam na Spacerową – a właściwie jej dalszy odcinek, który (patrząc po nazwach) nie łączył się z poprzednim. Nie był to w Gdyni odosobniony przypadek. Po prawej widziałam mostki łączące oba brzegi rzeki Kaczej, ale nie dałam się skusić żadnemu z nich. Wkrótce odwiedziłam ulicę Cyprysową i przed ostatni fragment Spacerowej wyszłam na ulicy Powstania Styczniowego.

Po chwili wędrowałam ponownie wzdłuż rzeki Kaczej, tym razem ulicą Szturmanów, która rozpoczynała się przy siedzibie firmy budowlanej. Spacerowałam tak, jak meandrowała droga, aż dotarłam do skrzyżowania złożonego z czterech dróg. Patrząc z perspektywy tej, którą przyszłam, skręciłam w pierwszą po swojej prawej. Dzięki temu znalazłam ulicę Sterników. Kontynuacją ulicy Nawigatorów trafiłam na Armatorów, przy okazji budząc zainteresowanie młodego mężczyzny pakującego coś do auta dostawczego. Posłał mi nawet sympatyczny uśmiech.

Na Armatorów skręciłam w prawo, a ulica Huzarska, którą potencjalnie miałam zamiar dotrzeć do rezerwatu Kępa Redłowska, okazała się zamknięta, gdyż na tym odcinku stanowiła własność ośrodka wypoczynkowego. Bez żalu cofnęłam się zatem przez Armatorów ku ulicy Powstania Styczniowego, mijając po drodze instytucję oferującą zajęcia dla dzieci i galerię sztuki.

Przez ulicę Weteranów, zaglądając jedynie w ulicę Kombatantów, ponownie przeszłam ku alei Zwycięstwa. Skręciłam przy myjni i zakładzie motoryzacyjnym w prawo. Dalsze obiekty były mi właściwie już znane z poprzedniej wycieczki, więc moim ostatnim celem był już pociąg powrotny. W efekcie wzmożonej determinacji i przyspieszenia kroku podczas ostatniej części wędrówki, znalazłam się na peronie SKM Gdynia Redłowo dobre dwadzieścia minut przed czasem. Nieco wymarzłam w tym oczekiwaniu, ale czysto fizyczne poczucie dotkliwego zimna było niczym przy rozgrzewającym serce poczuciu nieokiełznanej satysfakcji, bo oto skończyłam swój trzeci projekt terenowy!

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *