Lębork – podróż sentymentalna jak z filmu

Pomimo niezbyt zachęcających prognoz pogody, ruszyłam w drogę. Wiedziałam, że zapowiadane deszcze niosą za sobą ryzyko nieudanych zdjęć, przemoczenia i tego, że osoby mające mi towarzyszyć po prostu spasują. Jednak pierwszy spacer miałam odbyć samotnie, nie musiałam więc zaczynać o konkretnej porze. Dzięki temu przeczekałam poranne deszcze i wyszłam z domu dopiero wtedy, gdy nie padało już od pół godziny. Skierowałam się w stronę dworca, skąd zamierzałam rozpocząć wędrówkę z mapą i aparatem.

Ta chwila postoju, by wyciągnąć z plecaka moje akcesoria włóczykija, pozwoliła mi usłyszeć dzwoniący telefon. Nie byle jaki. Dzwonienie pochodziło z… budki telefonicznej. Odebrał pan taksówkarz, który stał obok i palił papierosa. Nie wiem, co usłyszał w słuchawce, ale nie był z tego zadowolony. Chwilę później fotografowałam już budynek dworca i sąsiadującą z nim pocztę.

Zegar na dworcowej wieży pokazywał kwadrans przed jedenastą. Historia kolei lęborskiej sięgała roku 1856, kiedy to powstała linia łącząca miasto z Gdańskiem, ale tory w kierunku Słupska doprowadzono w 1870 roku. Połączenie z tymi dwoma miastami umożliwiło rozwój handlu i przemysłu. Niestety, na kartach historii zapisały się również niechlubne fakty, jak chociażby podczas II wojny światowej wywóz skazanych na śmierć tzw. szkolnym pociągiem do Wejherowa (Piaśnicy). Opinii publicznej nie przekonała informacja, jakoby rzekomo transport dotyczył tylko pacjentów lokalnego zakładu psychiatrycznego, choć ich również przewożono, a rodziny nie znały losu swoich krewnych.

Tego dnia ceglany dworzec wyglądał bardzo reprezentacyjnie po niedawnym remoncie. Wewnątrz prócz kas biletowych odnalazłam restaurację i Stację Kultura, instytucję powiązaną z Lęborskim Centrum Kultury Fregata. W przyległym budynku swoje siedziby miały: jeden z przewoźników na trasie Lębork – Łeba, jak również Straż Miejska, która w Lęborku istniała od 1992 roku, choć początkowo stacjonowała w okolicy ratusza. Weszłam również do pobliskiego sklepiku, chcąc się przywitać z właścicielką, znajomą mojej mamy, ale jej nie zastałam.

W związku z tym ruszyłam dalej Dworcową, dzięki czemu znalazłam sklep meblowy. Następnie weszłam w Warszawską. Wypatrzyłam tam pizzerię, salon urody, gabinety stomatologiczny i ginekologiczny oraz warsztat samochodowy. Chwilę później zaczęłam fotografować rozciągający się po lewej ciąg budynków zajmowanych przez tzw. Rolniczak czyli Zespół Szkół Gospodarki Żywnościowej i Agrobiznesu. Szkoła rolnicza istniała tu od 1946 roku, choć pod różnymi nazwami. Gmach technikum już z daleka przyciągał wzrok swoją żółto-zieloną barwą. Przez moment nie mogłam jednak oderwać oczu od sporych gabarytów mewy. Usiadła na murku nieopodal wiaty przystanku autobusowego, swoją drogą ciekawego kształtu.

Tuż za skrzyżowaniem z Grunwaldzką przeszłam na drugą stronę drogi, a moją uwagę przykuły dwie różne balustrady balkonów na ścianie bloku znajdującego się kawałek dalej. Tutejsza zabudowa pochodziła z lat 1959-1965 i zastanowiło mnie, czy zabieg był celowy, czy może właściciele mieszkania dokonali zmian w późniejszym czasie.

Pomiędzy blokami przeszłam ku ulicy 10 Marca. Podczas czytania Dziejów Lęborka natrafiałam na tę datę kilkakrotnie, więc zastanowiło mnie, któremu zdarzeniu ulica zawdzięcza swą nazwę. Raczej odrzuciłam rocznicę posiedzenia Powiatowej Rady Narodowej z 1946 roku. Wahałam się pomiędzy wyzwoleniem miasta przez Armię Czerwoną (1945) a ujednoliceniem herbu miasta (1989). Chyba z tych dwojga jednak bardziej przekonujące było to pierwsze. [Aktualizacja 2020: Przemawiałby za tym fakt objęcia tej nazwy procesem dekomunizacji ulic. Dziś 10 Marca to ulica Bohaterów Monte Cassino.]

Na 10 Marca, jeszcze przed skrzyżowaniem z Grunwaldzką, znalazłam gabinet terapeutyczny, a w obrębie krzyżówki ulic – sklep spożywczy i warzywniak. Dalej stacjonował hotel, którego pracownica przyglądała mi się bacznie, gdy fotografowałam pięknie wykończony budynek naprzeciwko. Na parterze mieściła się w nim kawiarnia, a niżej piekarnia. Dalej znajdowały się salon kosmetyczny, gabinety stomatologiczne, bar i Żabka.

Wstąpiłam do Parku im. Marii i Lecha Kaczyńskich, póki co obserwując z najbardziej skrajnej ścieżki plac zabaw, staw i głośnych chłopców, którzy najwyraźniej coś właśnie zbroili, bo nagle rzucili coś za siebie i uciekli. Minęłam ich jeszcze na parkingu, nieco bliżej dworca. Podeszłam tam, by sfotografować dwa bary typu fast food oraz piekarnię i komis meblowy. Przy jednym z obiektów stał pan, popalając papierosa. Zapytałam, czy mogę uchwycić go na zdjęciu, obiecując jednocześnie, że tego nie upublicznię. Mężczyzna zgodził się bez wahania, rzucając w moją stronę szybkie:

– Jasne, że tak.

Chwilę później schodziłam schodkami ponownie w stronę stawu. Ostatnimi czasy ścieżka ta stanowiła moją drogę z dworca do domu, ale tym razem nie gonił mnie czas ani nie uwierał ciężki bagaż. Bez pośpiechu fotografowałam zatem staw z każdej strony, wraz z przyległymi drzewami i ze znajdującą się na nim wyspą z domkiem dla kaczek. Oczywiście same ptaki też musiały się znaleźć w kadrze.

Nieco mniej przyjemny widok miałam po przejściu ku ulicy Sienkiewicza. Szukając artystycznego kadru z rozkwitającymi drzewami, ujrzałam martwego gołębia zaczepionego pomiędzy gałęziami. Pośród budynków mieszkalnych wypatrzyłam także coś, co przypominało pozbawiony głowy strój żaby przewieszony przez barierkę balkonu. Ciekawym połączeniem wydał mi się przy tym gabinet psychiatry, który stacjonował nieopodal. Dalej znalazłam bar, punkt ksero, sklepy spożywczy i wielobranżowy oraz fryzjera. Na okolicznych blokach gdzieniegdzie widniały napisy i graffiti świadczące o obecności fanów lęborskiej Pogoni.

Skręciłam w prawo ku Alei Zwycięstwa, wypatrując inny iście lęborski akcent, a mianowicie rzeźbę lwa. Zaskoczył mnie jej widok w tym miejscu, na samym rogu budynku. Dalej zobaczyłam Żabkę, aptekę, sklep komputerowy, fotografa, sklep z oknami i odzieżowy. Próbowałam sfotografować cukiernię Wenta, a właściwie jeden z licznych jej oddziałów, którymi obecnie zarządzają spadkobiercy założyciela Franciszka Wenty. Podjęcie tej próby uświadomiło mi, jak ożywiony ruch samochodowy panuje na Alei Zwycięstwa. W tle widniał lęborski szpital, do którego postanowiłam podejść bliżej podczas innej wycieczki. Chociaż w ramach trzymania się chronologii może powinnam była go ująć na samym początku, skoro tutaj właśnie przyszłam na świat.

Chwilę później pokonałam przejście dla pieszych i skręciłam w lewo. Minęłam sklepy rowerowy i ze sprzętem RTV i AGD. Dalej moją uwagę przykuły zdobienia budynków, fotografowaniem których z kolei sama zwracałam na siebie uwagę przechodniów. Dalej znajdowały się fryzjer, solarium, drogeria, kawiarenka internetowa, a za skrzyżowaniem z ulicą Węgrzynowicza – kebab, optyk, kwiaciarnie, kolejny optyk, salon fryzjersko-kosmetyczny, sklep typu 1001 drobiazgów, lombard oraz sklep odzieżowy z bielizną. Koło kiosku rozciągał się park. Postanowiłam obejść go tak, by dotrzeć do widniejącego kilkanaście metrów dalej pomnika, a jednocześnie uwiecznić Dom Handlowy „Kupiec”, który stanął tu na koniec lat 90. w miejscu Powiatowego Domu Kultury.

Na pomniku spodziewałam się jakiejś informacji nawiązującej do położonego dawniej w tej okolicy cmentarza katolickiego. Okazało się jednak, iż obiekt ufundowali mieszkańcy miasta w siedemdziesiątą rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

Po chwili sfotografowałam Różaną czyli restaurację położoną w Parku imienia Mieczysława Michalskiego, rozciągającym się po przeciwnej stronie ulicy I Armii WP [Aktualizacja 2020: po dekomunizacji ulica Wojska Polskiego]. Następnie weszłam w Sienkiewicza. Znalazłam tu liczne gabinety lekarskie, w tym stomatologiczne, sklep odzieżowy, szkołę językową oraz bar o ciekawej stylistyce z palmami kokosowymi, który oferował między innymi bilard i rzutki. Zaintrygowały mnie także wejścia na klatkę do kilku pierwszych kamienic. Kolor i sposób wykonania skojarzyły mi się z cukiernią Wenta. Dalej zobaczyłam sklep wędkarski, gabinet weterynaryjny i poradnię dietetyczną. Nim skręciłam w Grunwaldzką, zdążyłam zauważyć pralnię oraz dwa salony fryzjerskie o nazwie tak oryginalnej, że musiały być ze sobą powiązane, choć znajdowały się po dwóch stronach drogi.

Na krótkim odcinku Grunwaldzkiej, jaki dzielił mnie do następnego skrzyżowania, zarejestrowałam tylko bar i solarium. Chwilę później kroczyłam już ulicą Jedności Robotniczej [Aktualizacja 2020: po dekomunizacji ul. rotm. Witolda Pileckiego]. Znajdowały się tam: sklep budowlany jednego z moich dawnych sąsiadów, salon fryzjerski, gabinet stomatologiczny oraz sklep spożywczy. Wędrując dalej, minęłam chłopaka, który wydał mi się podobny do mojego kolegi z liceum, ale nie widzieliśmy się od tamtego czasu i nie byłam pewna, czy to on. Obejrzałam się jednak, a stawiając kolejne kroki, nie zorientowałam się, że włączyłam na aparacie nagrywanie. Dopiero podnosząc sprzęt celem sfotografowania wykończenia drzwi jednego z budynków, zauważyłam co się dzieje.

Filmu nie skasowałam, a po obejrzeniu go w domu uznałam, że idealnie oddaje to, jak wyglądają moje wędrówki. Przynajmniej wtedy, gdy spaceruję sama. Bywam wtedy w swoim świecie i czasem nie zauważam, co dzieje się wokół. Szczególnie zanika moja wrażliwość na dźwięki – na dialogi przechodniów często mimowolnie się wyłączam. Na filmie widać jednak mój tryb pracy. Stawianie kolejnych kroków, wymachiwanie mapą, wreszcie moment, gdy podnoszę aparat, by coś uwiecznić. W tamtym momencie się zorientowałam.

Na skrzyżowaniu z ulicą I Armii WP stanęłam nieopodal sklepu monopolowego. Dość niefortunnie, bo obok znajdowało się przejście dla pieszych i ruch był spory – zarówno pieszych, jak i zmotoryzowanych. Z kolei moim celem było uwiecznienie kaplicy ewangelicko – augsburskiej, stojącej tu od 1870 roku. Czysty kadr był niespełnionym marzeniem.

Ruszyłam w stronę przejścia dla pieszych na wysokości Różanej. Chociaż dawniej na terenie Parku imienia Mieczysława Michalskiego istniał cmentarz protestancki, a kościół luterański od 1815 roku miał rangę kościoła państwowego, do dziś zachowała się jedynie wspomniana kaplica. Postanowiłam jeszcze podejść do niej później, wędrując po parku. Zaczęłam jednak od najbardziej wysuniętej na północ części, a mianowicie wystawy poświęconej pamięci zesłańców syberyjskich, biegnącej wzdłuż Alei Sybiraków. Sam pomnik określiłabym jako piękny – miał formę płaskorzeźby przedstawiającej między innymi wypełnione ludźmi wagony pociągu. Nie zabrakło też symboli takich jak orzeł czy krzyż. Gdy zabierałam się za oglądanie wystawy, złożonej z czternastu tablic ze zdjęciami i nazwiskami zesłańców, minął mnie starszy mężczyzna w berecie i czarnym płaszczu – wyglądał dokładnie tak, jak filmy prezentują kombatantów wojennych. Myślę, że to tylko pogłębiło moje odczucia.

Spacerowałam dalej parkowymi alejami, zerkając również w ulicę 1 Maja. Znajdowały się tam sklep spożywczy, apteka, sklep komputerowy i szklarz. Kiedy myślę o lęborskim szklarzu, zawsze mam na myśli konkretnie ten zakład, kojarzy mi się bowiem z lustrem kupowanym przez moją siostrę, gdy wyposażała swoje pierwsze mieszkanie.

Zaraz obok znajdowała się ścieżka wiodąca między bloki. Zajrzałam tam, po czym zarejestrowałam salon fryzjersko – kosmetyczny z solarium, sklep odzieżowy i drukarnię. Nim wróciłam do parku, powędrowałam ulicą 1 Maja aż do skrzyżowania z ulicą Czołgistów. Na rogu stacjonowało przedszkole. Pod drzewem na jego terenie „przygrywały” drewniane, kolorowe ludki.

Dopiero wówczas wróciłam do parku, wybierając tym razem Aleję Żołnierzy Wyklętych. W centralnej części parku ławki ustawiono na kształt okręgu, a wokół nasadzono krzewy. Pamiętam, jak nieraz na tych ławkach przysiadywałam. Park był miejscem pierwszych randek czy spotkań z przyjaciółmi. To tu gimnazjalny przyjaciel opowiadał mi o liceum, do którego później zdecydowałam się pójść. Prezentował mi dostępne profile klas i sylwetki moich przyszłych nauczycieli. Wspominaliśmy czasy, gdy obydwoje chodziliśmy jeszcze go gimnazjum. Pamiętam do dziś jak rozbawiło go sformułowanie „fiubździu”, którego użyłam, choć nie jestem w stanie przypomnieć sobie kontekstu.

W Wielki Czwartek, bo tego dnia wędrowałam, w parku wypatrzyłam w sumie ledwie siedem osób i psa, chociaż spędziłam tam dość długi czas. Podeszłam bowiem ponownie do kaplicy. Pod ścianą widniało kilka płyt nagrobkowych i krzyż. Bliżej drogi stał kontrastujący z tą „historycznością” telewizorek, a właściwie tablica o tym kształcie. Informowała o tym, iż na tutejszym dawnym cmentarzu spoczęli rodzice Paula Nipkowa, mieszkańca Lęborka i współtwórcy urządzeń do przekazu telewizyjnego. Stojący obok pomnik w kształcie księgi upamiętniał z kolei ludność niemiecką, zamieszkującą te rejony do 1945 roku.

Zbliżałam się do placu zabaw i po jego okrążeniu zamierzałam właściwie opuszczać park, ale zerkając na południowy skraj parku, wypatrzyłam ciekawe graffiti. Jedno przedstawiało długowłosego starca z brodą, który trzymając w dłoni miecz, nad czymś rozmyślał. Być może powinnam rozpoznać tę postać, ale świat fantastyki poznałam w naprawdę niewielkim stopniu [Uzupełnienie: po publikacji otrzymałam informację, że przedstawioną postacią był zmarły w 2013 roku Andrzej Barański]. Drugi malunek przedstawiał mężczyzn w hełmach i głosił hasło Gutta cavat lapidem (łac. kropla drąży skałę). W parku znajdowała się jeszcze siłownia na powietrzu. Zaciekawiło mnie, ile naliczę ich podczas wędrówek po mieście.

Naprzeciwko wyjścia z parku znajdował się sklep wielobranżowy. Zawsze kojarzył mi się z zakupem prezentów i ozdób świątecznych. Tymczasem po lewej rozciągały się tereny SGJ czyli Społecznego Gimnazjum Językowego. Nagle zerwał się wiatr, a deszcz zaczął padać gwałtownie i dużymi kroplami. Na najbliższym skrzyżowaniu znajdowała się kolejna cukiernia Wenty. Zamierzałam tam wstąpić tak czy siak, żeby uzupełnić prowiant, bo zdążyłam już zgłodnieć, ale nie przewidywałam, że zjem wewnątrz, by przeczekać deszcz. Panie okazały się bardzo sympatyczne, a z ich rozmów z klientami dało się wyczuć, że nadchodziły święta. Wszyscy byli dla siebie serdeczni, składali sobie życzenia i wyrażali nadzieję, że pogoda nieco się poprawi.

Gdy deszcz przestał padać, pożegnałam się i żwawym krokiem ruszyłam ulicą Legionów Polskich. Dotarłam do Szkoły Muzycznej. Do istnienia powołano ją już w 1948 roku, aczkolwiek status szkoły państwowej pierwszego stopnia zyskała (czy raczej odzyskała) w 1970 roku. Naprzeciwko znajdowała się Żabka, a kawałek dalej sklep ze zdrową żywnością i Tesco.

Kolejną do odwiedzenia była ulica Okrzei. Gimnazjum odnotowałam wcześniej, ruszyłam więc niemal do końca drogi, bo interesowały mnie szczególnie dwa obiekty. Dawniej pod numerem 3 stacjonowała wytwórnia mydła. Budynek wcale jednak tego nie sugerował. Był bardzo niepozorny, za to zaciekawił mnie następny, z 1903 roku, z pięknymi zdobieniami na ścianie tuż pod dachem. Tymczasem po prawej stronie znajdował się dom dziecka, który zajął dawny budynek Powiatowego Urzędu Repatriacyjnego. Bliżej skrzyżowania z ulicą I Armii WP teren zdominowały salony urody.

Zawróciłam i powędrowałam dalej Mireckiego. Minęłam kwiaciarnię. Znałam kiedyś dziewczynę, której imię stało się inspiracją nazwy. Naprzeciwko skweru znajdował się Plac Młodzieży – tworzył niewielką pętlę skierowaną w głąb zabudowy mieszkalnej.

Z powodu braku przejścia poczekałam, aż ulica opustoszeje i przeszłam w stronę skweru. Miał niewielkie rozmiary, więc stojąc na jednym krańcu, widziałam właściwie całość. To tu przychodziliśmy biegać na lekcjach wf-u w szkole podstawowej.

Przez ulicę Armii Krajowej dotarłam do skrzyżowania z Czołgistów. Budynek mieszkalny na rogu, w którym aktualnie mieściła się piekarnia (choć pamiętam, że jeszcze kilka lat temu znajdowała się tu apteka), był dawniej siedzibą pierwszego lęborskiego komisariatu. Zastanowiło mnie, czy mieszkania przydzielano potem właśnie pracownikom policji, bo znałam policjanta, który kiedyś tu mieszkał. Wokół wypatrzyłam także kilka innych obiektów – zakład geodezyjny i fotografa, a na dalszym odcinku ulicy Armii Krajowej znajdowały się jeszcze kwiaciarnia, fryzjer, bar, sklep mięsny, kiosk i Biedronka.

Ruszyłam ulicą Czołgistów w stronę Starostwa Powiatowego. Do 1993 roku w tym miejscu stacjonowały Urzędy Miasta i Skarbowy. Tymczasem po prawej rozciągał się parking, a w oddali mogłam dostrzec sklepy zoologiczny, odzieżowe i spożywczy oraz szewca. Jako ciekawostkę dodam, że ponoć do 1966 roku w Lęborku nie było żadnego sklepu zoologicznego.

Sięgając do bardziej prywatnej historii, skręciłam koło salonu kosmetycznego i gabinetu weterynaryjnego w kierunku Szkoły Podstawowej nr 8. W sumie była to jedna z większych inwestycji powojennych, jeśli chodzi o oświatę. Budynek przy Mireckiego uruchomiono w 1969 roku, ale szkoła miała swoje oddziały także na Emilii Plater (zawsze mnie ciekawiło, że w przypadku tej ulicy patronkę zawsze podawaliśmy z imienia i nazwiska) i Słowackiego (aktualnie nieczynny). Zakładałam, że sfotografuję moją podstawówkę z zewnątrz, ewentualnie uwiecznię malunek z Kopernikiem (czyli patronem szkoły) tuż przy wejściu. Zacinający deszcz skłonił mnie jednak do dłuższych oględzin.

Wyszło to zupełnie spontanicznie. Bramka była otwarta, więc chwilę później znalazłam się na terenie szkoły. Zauważyłam zmiany już na podwórzu, dawniej ogrodzonym na kształt wielkiego kwadratu. Obecnie płot okalał już tylko tę przestrzeń, po której poruszały się dzieci, a klomby sugerowały sposób poruszania się po przylegającym parkingu. Na placu przed wejściem stały ławki i stoliki szachowe. Uwieczniłam również tabliczki, z których dowiedziałam się, że prócz Szkoły Podstawowej nr 8 mieściły się tutaj Zaoczne Liceum Ogólnokształcące oraz szkoła policealna. I gdyby nie deszcz, pewnie na tym bym skończyła. Uznałam jednak, że schowam się pod dachem. Ochrona prawdopodobnie mnie zobaczyła, ale że na korytarzu siedziało kilkoro rodziców, mogłam wyglądać jak opiekun któregoś z dzieciaczków.

Ucieszyłam się na widok malunku z Kopernikiem otoczonym symbolami znaków zodiaku. Istniał tu tyle lat i zachował się w bardzo dobrym stanie! Poprosiłam panią siedzącą na ławeczce obok, czy mogłaby wyjść na moment z kadru. Przyznałam, że byłam dawniej uczennicą tej szkoły. Pani zareagowała bardzo entuzjastycznie. Wymieniłyśmy parę zdań, po czym zajrzałam w korytarz prowadzący do dobudowanej części sportowej.  Powstała mniej więcej w czasie, gdy byłam w ostatnich klasach podstawówki. Starą salę, przyległą do tego korytarza, wciąż oczywiście użytkowano, a w wolnych okresach nieraz urządzano w niej kiermasze odzieży.

Kierując się dalej w lewo zobaczyłam korytarz prowadzący do sal zajmowanych przez najmłodsze klasy. To tutaj chodziłam na pierwsze kółka zainteresowań, dość ogólne, ale pamiętam zajęcia o ortografii i swoją dumę, że wiedziałam jak piszemy takie słowa jak mżawka czy gżegżółka. Za dobrze rozwiązane zadania językowe i matematyczne dostawaliśmy bodajże kolorowe nalepki.

To, iż nikt mnie nie wygonił, dodało mi nieco odwagi. Weszłam piętro wyżej i zajrzałam na korytarz z salami do polskiego, przyrody i informatyki. W tej ostatniej urzędowała kiedyś moja wychowawczyni. Oczywiście nie wiedziałam, czy sale nie zmieniły swoich funkcji, ale pozwolę sobie opisywać je tak, jak sama je zapamiętałam. Zaskoczyło mnie na pewno, że drzwi do tej ostatniej z klas znajdowały się jakby z boku, a nie centralnie, tak jak to kojarzyłam.

Korytarzem koło pokoju nauczycielskiego dotarłam do drugiej części szkoły. Pustki wokół sprawiły, że poruszałam się już zupełnie swobodnie. Sfotografowałam gablotę ze sztandarem, po czym zajrzałam w lewo. W tym korytarzu mieściły się chociażby sale od matematyki czy moja dawna sala od polskiego, jeszcze sprzed zmiany nauczyciela. W najszerszym miejscu korytarza przywiązywałyśmy z koleżankami do kaloryfera gumę do grania i skakałyśmy do upadłego (albo chociaż do dzwonka). Schodami po prawej skierowałam się na najwyższe, II piętro. O ile mnie pamięć nie myliła, tutaj były lekcje plastyki, a za nimi techniki i angielskiego, aczkolwiek nie byłam już taka pewna co do piętra. Przypomniała mi się moja jedyna szóstka z plastyki za robienie kwiatków z bibuły. Nieco większe zdolności wykazywałam w pisaniu pismem technicznym i rysowaniu brył z kilku perspektyw. Z angielskiego najdobitniej pamiętam, jak na koniec szóstej klasy czytaliśmy w oryginale „Piękną i Bestię” – to było coś!

Z całą pewnością długi korytarz na drugim piętrze wiódł do sali od historii, a po drodze była między innymi klasa do muzyki. W piątej klasie dostałam swoją pierwszą (i przed długie lata jedyną) jedynkę, za sprawdzian z nut. I chociaż poprawiłam się później na piątkę, cały czas o tym pamiętam. Szczerze mówiąc myślę, że już w szkole podstawowej delikatnie tworzył się zarys moich przyszłych zainteresowań. Dzielnie uczyłam się historii, chociaż za nią nie przepadałam, interesowałam się, ale nie wykazywałam szczególnych zdolności w dziedzinie sztuki, nie byłam wybitnym sportowcem, choć całkiem nieźle biegałam, za to już wtedy uwielbiałam pisać i czytać, kochałam matematykę i przyrodę.

W trakcie mojej wędrówki nagle zadzwonił dzwonek i zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie, bo już od lat nie słyszałam tego dźwięku. Koło sali od historii zeszłam schodami na sam dół, planując wyjść obok biblioteki. Znajdowała się na dawnym miejscu, ale najbardziej urzekły mnie umieszczone na całej długości korytarza kolorowe stópki prowadzące do jej drzwi. Przystawiłam swoją stopę obok i pstryknęłam zdjęcie.

Podczas wędrówki szkolnymi korytarzami co chwilę otwierałam usta w bezgłośnym „wow”. Naprawdę niesamowicie było się tam przespacerować. Ostatecznie wyszłam obok stołówki i świetlicy, z których obu korzystałam. Pamiętam panie, które opiekowały się nami po lekcjach i przeprowadzały nas z i do budynku na Emilii Plater. Jedna z nich pilnowała kolejki do stołówki, żeby każdy zdążył zjeść i miał miejsce przy stoliku.

Zmierzałam już do wyjścia. Minęłam szkolny sklepik i przewieszone obok ciekawe książkowe cytaty, z których najbardziej spodobało mi się chińskie przysłowie: Kiedy przeczytam nową książkę, to tak jakbym znalazł nowego przyjaciela, a gdy przeczytam książkę, którą już czytałem – to tak jakbym spotkał się ze starym przyjacielem. Naprzeciwko znajdowały się sekretariat i gabinet dyrektora. Na tablicach pomiędzy nimi wypatrzyłam kilka znajomych nazwisk, chociaż z czasów, gdy już skończyłam szkołę, ale tak naprawdę przystanęłam, by sfotografować szkolną tarczę. Zaintrygowało mnie, gdzie znajduje się moja. Przechodzącą panią, pracownicę szkoły, zastanowiło z kolei coś innego:

– Przepraszam, co pani robi za zdjęcia?

– Robię sobie taką podróż sentymentalną. Chodziłam do tej szkoły do 2003 roku, w systemie sześcioklasowym. Chciałabym napisać książkę o Lęborku, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie.

– Pewnie trochę się zmieniło od czasu, jak się tu pani uczyła?

– Tak. Pozwoliłam sobie przejść się korytarzami, skoro dziś nie ma uczniów. Widziałam korytarz, gdzie była moja stara klasa, od informatyki, bo pani X była moją wychowawczynią, ale zapamiętałam go nieco inaczej.

Przez chwilę przyglądałyśmy się sobie, po czym pani zerknęła na tablicę.

– Który pani była rocznik?

– 2003. Nie ma go tu, za to są znajomi mojego brata.

Wymieniłyśmy jeszcze parę zdań, po czym wyszłam ze szkoły. Po opuszczeniu budynku szkoły wróciłam na Czołgistów. Spotkałam tam znajomą mojej mamy, którą wypatrzyłam właściwie zupełnie przypadkiem. Po krótkiej pogawędce sfotografowałam graffiti prezentujące między innymi kobiecą twarz i kilka produktów spożywczych. Malunek znajdował się na bocznej ścianie ciągu zakładów, takich jak drogeria, sklepy spożywcze (w tym jeden pod szyldem piekarni) i wielobranżowe, poczta i cukiernia Wenty. Naprzeciwko mieściły się pizzeria i hurtownia papiernicza, a także bar typu fast food, wedle opinii mojego brata bardzo dobry, sklep mięsny, warzywniak, fryzjer i agencja reklamowa.

Skręciłam w ścieżkę wiodącą ku ulicy Jagiellońskiej. Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy blokami widać było gmach szkoły wraz z dobudowaną częścią sportową. Wzdłuż chodnika ustawiono ławeczkę, ale lata temu stał tu kiosk. Na krańcu Jagiellońskiej znalazłam na ścianie bloku numer 12 tabliczkę sugerującą, że mieszkał tam poeta Andrzej Guzek.

Przeszłam na drugą stronę ulicy Mireckiego. Wzdłuż niej rozciągał się blok przy Emilii Plater 14, w którym przez lata odwiedzałam kilka osób. Tym razem jednak swoje kroki skierowałam bezpośrednio ścieżką w stronę oddziału Szkoły Podstawowej nr 8. I ledwie krzewy przestały zasłaniać widok i odsłoniły ulicę, a już przeżyłam pierwszy szok. Tu również cofnięto szkolne ogrodzenie kosztem parkingu, ale dokonano tego w naprawdę ciekawy i estetyczny sposób. Koło szkoły znajdowała się budka z napisem sklepik, ale stała tam odkąd pamiętam i chyba nie budziła mojego szczególnego zainteresowania. Jeśli mnie pamięć nie myli, była jak kiosk z dominacją artykułów papierniczych.

Pokonałam przejście dla pieszych – powstałe na wybrzuszeniu drogi, co moim zdaniem świetnie temperowało piratów drogowych – po czym weszłam na teren szkoły, bo bramka znów zachęcająco stała otworem. Tym razem nie wchodziłam do samego budynku – dokładnie pamiętałam proste korytarze i sale umieszczone jedna za drugą, chociaż w pierwszych klasach szkoły podstawowej siedziało się zazwyczaj w jednej. Nasza znajdowała się w końcowej części górnego korytarza. Właściwie tam odbywała się większość zajęć. Jedynie biblioteka, klasa od religii i sala gimnastyczna były na samym dole, a pomiędzy nimi znajdowała się obszerna szatnia. Bardzo miło wspominam swoją wychowawczynię – osobę, która zaszczepiła we mnie chęć do nauki. Już wtedy zaczęłam nałogowo czytać książki, więc w bibliotece byłam stałym bywalcem. Podejmowałam też pierwsze próby pisarskie, a mój wierszyk (o Lęborku!) dostał chyba nawet jakieś wyróżnienie. Po latach, w trakcie spisywania tych wspomnień, odnalazłam ów „poemat”:

Lębork to jest moje miasto,
A teraz jest dzień.
Bije z twarzy łuna jasna
Chodź do zabawy, hej!

– Ach, te żabki,
Mają takie czyste łapki –
– woła Krzyś,
Szczeka Bryś.

Tu jest rzeczka,
Tu jest stawek,
A tam dalej
Rynek zabawek.

Jakieś piękne życie
Na baszty szczycie! –
– woła Asia,
Kasia, Basia.

Lębork to jest moje miasto,
A teraz jest noc.
Bije z twarzy łuna jasna,
Chodź do spania, chodź…

Myślę, że wierszyk można by określić jako całkiem udany, biorąc pod uwagę wiek autorki poniżej 10 lat. Dziś zdecydowanie lepiej odnajduję się w prozie i myślę, że wypracowałam swój własny styl.

Wracając jednak do samego zwiedzania szkoły – tym razem bardziej interesowało mnie boisko i rozległe, jak mi się zdawało, tereny zielone. Obeszłam więc sam budynek i… okazało się, że spoglądając dorosłymi oczami, widzę obszar dużo mniejszy od tego, który wyobrażałam sobie po spojrzeniu oczami dziecka. Zachowały się piękne drzewa, zielony trawnik i chodnik, po którym biegaliśmy na czas. Ba! Pamiętam nawet, który z chłopców w biegach sprinterskich był nie do przebicia. Mieszkał w domkach nieopodal i gdy kiedyś wybrałyśmy się z mamą w odwiedziny do cioci, krzyknął mi nagle „cześć” z dachu garażu, czym bardzo nas zaskoczył. Nieczęsto słyszymy przecież kogoś z nieba.

Wyszłam na Emilii Plater i ruszyłam dalej w kierunku ulicy Zawiszy Czarnego. Minęłam przedszkole, choć kojarzyłam, że dawniej był tu żłobek (niewykluczone, że połączony z przedszkolem). Bliżej skrzyżowania znajdowało się wybetonowane boisko. Pokonywałam je wielokrotnie wracając ze szkoły w późniejszych latach, gdy uczęszczałam już do gimnazjum. Obok wciąż funkcjonował sklep spożywczy. Stałą gimnazjalną trasą przez Zawiszy Czarnego dostałam się na ulicę Legionów Polskich, po drodze znajdując tylko gabinet protetyka. W obrębie skrzyżowania znajdował się jeszcze sklep spożywczy.

Skierowałam się ku Słowackiego. Blok po prawej na parterze oferował fryzjera, sklep spożywczy, gabinety ortodontyczny i stomatologiczne, usługi krawieckie i pocztę. Dalej znajdowały się sklep budowlany z drzwiami i fryzjer. Tymczasem po drugiej stronie wypatrzyłam sklepy odzieżowy i zoologiczny. Weszłam pomiędzy blokami na Słowackiego, mniej więcej w połowie długości ulicy. Znajdowały się tam salon kosmetyczny specjalizujący się w paznokciach i szkoła językowa. Dalej mieściło się zamknięte osiedle, z zasłyszanych informacji wywnioskowałam, że tu mógł się mieścić trzeci oddział lęborskiej „ósemki”.

Kawałek za placem zabaw skręciłam ku Legionów Polskich. Przy kiosku weszłam w Wysockiego, a po odwiedzeniu fragmentu Emilii Plater w poszukiwaniu ciocinej posesji, cofnęłam się przez Kilińskiego ku Legionów Polskich. Po drodze w sumie widziałam tylko jednego, dość nieufnego, kotka.

Skręciłam w prawo ku Traugutta, przy skrzyżowaniu wypatrując przychodnię i aptekę oraz niepozorną ulicę Drzymały. Na Traugutta skierowałam się najpierw w lewo, poruszając się wzdłuż terenu tartaku. Tymczasem po drugiej stronie drogi pod koniec wypatrzyłam ciekawy budynek, ze szkieletami drzwi i oknami bez szyb. Gdy zawróciłam i minęłam ulicę Legionów Polskich, znalazłam jeszcze firmę budowlaną specjalizującą się w kostce brukowej, warsztat samochodowy i myjnię.

Wkrótce znalazłam się przy torach. Rzuciłam okiem we wszystkie strony, także pomiędzy garaże, które znajdowały się na tyłach domów na Emilii Plater. Następnie przekroczyłam tory, by powędrować ulicą Chłopską wzdłuż ogródków działkowych. Chociaż latem widoki byłyby tu o wiele ciekawsze, i tak co pewien czas uwieczniałam elementy, które wpasowywały się szczególnie w moje poczucie estetyki. Ucieszyłam się na widok żonkili – moich ulubionych kwiatów spośród tych, które sami kiedyś mieliśmy w ogrodzie. Przystanęłam też, by uwiecznić ślimaka. Przez cały ten odcinek wędrowało za mną dwóch młodzieńców, którzy chyba nie bardzo wiedzieli, co właściwie robię, ale nic nie powiedzieli i nie próbowali mnie wyprzedzać.

Wreszcie rozdzieliliśmy się na wysokości Hibnera [Aktualizacja 2020: po dekomunizacji ulica Architektów], gdzie poszli prosto, natomiast ja skręciłam w prawo, okrążając jakby ogródki działkowe. Z Hibnera zajrzałam w ulicę Wróblewskiego, ale skręciłam dopiero na Glinianej. Na przekór planom odbiłam w lewo, bo przypomniałam sobie o wąskiej ścieżce prowadzącej od Glinianej do kościoła Świętej Jadwigi. Jako dziecko zawsze zastanawiałam się, dokąd bym nią dotarła. Kierując swe kroki w stronę wspomnianej dróżki, zdołałam zarejestrować na tym odcinku tylko jeden warsztat samochodowy.

Wróciłam do skrzyżowania z ulicą Hibnera, bo zamierzałam kierować się Glinianą ku Chojnickiej i Topolowej. Już na tym zbiegu ulic było coś, co przypomniało mi dzieciństwo i wizyty u innej cioci, zamieszkującej dom po moich dziadkach. Na Glinianej nie było nigdy chodnika, więc trzymaliśmy się jako piesi zawsze lewej strony. Gdy wracaliśmy do domu, a więc zmierzaliśmy w kierunku takim, jaki miałam obrać za moment, spacerowałam często po krawężniku, który na samym skrzyżowaniu formował kąt prosty. Nigdy nie udało mi się właściwie dowiedzieć, dlaczego. Z kolei gdy spacerowaliśmy od strony Chojnickiej, przyglądałam się biegnącym wzdłuż drogi ogródkom działkowym, które na niektórych odcinkach oddzielał od drogi niezbyt głęboki rów, poprzetykany od czasu do czasu jakąś kładką.

Tym razem odnotowywałam głównie firmy, których było na tym odcinku niewiele. Jedna z oknami, jedna branży elektrycznej, jedna niewiadoma, a już za skrzyżowaniem z Chojnicką znalazłam poradnię dietetyczną. Interesowały mnie też dwa domy. W jednym mieszkała dziewczynka, z którą niezbyt się lubiłyśmy w dzieciństwie, o czym pamiętam do dziś. Drugi zamieszkiwał mój kolega z klasy. Za namową koleżanki z klasy poszłyśmy kiedyś do niego oglądać króliki. Były to czasy bez telefonów komórkowych, a my ruszyłyśmy tam prosto po lekcjach. Wyszłyśmy po drugiej stronie jego działki na boisko i w pewnym momencie chciałam już wracać do domu. Problem polegał jednak na tym, że nie znałam drogi powrotnej, a mojej roztrzepanej koleżance wcale się do domu nie spieszyło. Cóż, chociaż sama raczej byłam grzecznym dzieckiem, nie zawsze można było tak określić moje towarzystwo. Dostałam wówczas swój pierwszy poważny szlaban w życiu, chociaż rodzice chyba bardziej odetchnęli z ulgą niż byli źli, gdy po dwóch godzinach spóźnienia wreszcie znalazłam się bezpiecznie w domu. Dziś zdecydowanie mam lepszą orientację.

Na ostatnim odcinku Glinianej, właściwie gdy miałam już przechodzić na skrzyżowaniu z Topolową i robiłam ostatnie zdjęcie przed tymże przejściem, uśmiechnął się do mnie subtelnie młody chłopak. Pomyślałam standardowo, że pewnie zastanowiło go, co takiego czynię, ale nie. Okazało się, że się znamy. A przynajmniej powinniśmy, bo rzucił w moim kierunku „cześć”, a ja wpadłam w lekką konsternację. Postanowiłam nie ściemniać, że wiem, z kim mam do czynienia i przyznałam, że nie poznaję, od razu za to przepraszając. Chłopak okazał się kolegą mojego brata, którego miałam oczywiście okazję poznać, ale nie widzieliśmy się chyba z siedem lat. Czułam się nieco usprawiedliwiona, bo lata te przypadły na jego czas nastoletni, a jak wiadomo, w tym czasie dzieciaki zmieniają się najbardziej. Niemniej jednak po chwili już rozmawialiśmy swobodnie, jakby wcale nie minęło tyle czasu od naszego ostatniego spotkania.

Po dłuższej pogawędce życzyliśmy sobie wesołych świąt i ruszyliśmy każde w swoją stronę. Pokonałam tory na Mireckiego i skierowałam się koło placu zabaw w stronę przedszkola. Przeżyłam tu potężne rozczarowanie. Z placu zniknęła huśtawka, na której bujałam się tyle lat, najpierw w czasach przedszkolnych, a później jako uczennica szkoły podstawowej i nawet jeszcze będąc w gimnazjum. Podwórko przedszkolne też wyglądało nieco inaczej i stare mieszało się z nowym. Pośród wiekowych już drabinek i zjeżdżalni znajdowały się nowoczesne pojazdy przypominające wojskowe czy strażackie. Nie wchodziłam na teren przedszkola, uznałam bowiem, że nawet w Wielki Czwartek mogą być tam dzieci, skoro wielu rodziców zapewne pracuje.

Gdy chwilę później wychodziłam ku Czołgistów, zagadała mnie z balkonu jakaś kobiecina, która chwilę wcześniej łapała swojego kota, który wbrew jej woli próbował się wymknąć na podwórze. Na szczęście nie trwało to długo, bo nie okazała się fascynującym rozmówcą.

Na Czołgistów odbiłam lekko w lewo, by odnotować sklepy biegnące w kierunku torów. Znalazłam tam Żabkę i inne spożywcze oraz fryzjera, salon kosmetyczny, kwiaciarnię i sklep ogrodniczy. Kiedyś był tu bardzo fajny sklep papierniczy, w którym można było też dostać urocze figurki, ozdoby czy zabawki. Prowadziła go sympatyczna pani w długich, czarnych włosach. Na swoje dziecięce realia powiedziałabym, że miała około czterdziestu lat. Zawsze potrafiła dobrze doradzić i miała spory asortyment. Niejednokrotnie nadkładałam drogi, żeby tu wstąpić.

Tymczasem jednak postanowiłam przejść się pomiędzy blokami na Czołgistów. Ponoć osiedle Sikorskiego, bo takiego nadano mu patrona, powstało na terenach podmokłych, więc musiano tu położyć dodatkowe fundamenty. Jeszcze kilka lat temu stało tu kilka kiosków, ale upadły. Wyszłam więc bez żadnych przygód nieopodal Biedronki na Armii Krajowej. Rozejrzałam się nieco, znajdując krawca, optyka, przychodnię, aptekę i usługi geodezyjne. Zajrzałam też na podwórze bloku, gdzie dawniej mieszkała moja siostra.

Następnie przeszłam na drugą stronę (zdecydowanie na tym odcinku panuje niedobór przejść dla pieszych [Aktualizacja 2020: powstało nowe!]) i ruszyłam ku ulicy Bieszki. Patron ulicy doczekał się tu nawet swojego pomnika. Zawdzięczamy mu bowiem „wychowanie” pokoleń pediatrów. Sam zajmował stanowisko ordynatora pediatrii, założył pierwszy ośrodek zdrowia, a nawet proponował założenie przychodni przeciwalkoholowej.

W licznych odnogach ulicy Bieszki zlokalizowałam jedynie gabinet stomatologiczny i salon kosmetyczny. Następnie wyszłam na Armii Krajowej koło przychodni. Lekko cofnęłam się w stronę warsztatu samochodowego, po czym zawróciłam do skrzyżowania Armii Krajowej i Alei Wolności. W jego obrębie oprócz wspomnianej przychodni znajdowało się jeszcze kilka gabinetów lekarskich, w tym stomatologiczne, apteka, punkt ksero, warzywniak i salon fryzjersko – kosmetyczny. Wędrując dalej Aleją Wolności znalazłam jeszcze sklepy z antykami i elektryczny.

Wreszcie postanowiłam skręcić „nad rzeką” w ulicę Głowackiego. Bardzo lubię tędy spacerować i mam nawet swoje ulubione drzewo, którego kształt zawsze mnie fascynował, choć pewnie większości ludzi wydałoby się zwyczajne. Nim jednak do niego dotarłam, minęłam jeszcze bardziej intrygujące ruiny starej rzeźni. Budynki obecnie niszczeją i podejrzewam, że gdyby nie tabliczka informująca o zagrożeniu zawaleniem, weszłabym do środka, bo mam słabość do takich miejsc. Podeszłam jednak bliżej, by zajrzeć przez ramy drzwi i okien do środka, ale poza leżącymi deskami i gruzem niewiele udało się dostrzec. Co ciekawe, na budynku zobaczyłam jeszcze jedną tabliczkę z szyldem firmy zajmującej się skupem surowców, która jako adres swojej siedziby podała właśnie ulicę Głowackiego.

Wreszcie dotarłam do mostu prowadzącego na Nowy Świat. Zrobiłam z niego zdjęcia na wszystkie strony, także w kierunku ulicy Kazimierza Wielkiego, w obrębie której znajdowała się piekarnia. Wiele lat temu mój tata codziennie przyjeżdżał tu rowerem po chrupiące, jeszcze gorące bochenki chleba. Zawróciłam i już miałam powędrować w kierunku swojego blokowiska, gdy odezwał się do mnie pan, nasadzający właśnie wraz z panią drzewka.

– Co to będzie? – zapytał.

W Lęborku jakoś odpowiedź wydawała mi się znacznie prostsza i mniej podejrzana dla potencjalnego pytającego niż gdziekolwiek w Trójmieście:

– Na razie podróż sentymentalna, a potem zobaczymy.

Pan nawiązał do widzianego dzień wcześniej filmu, w którym chłopiec dostał zadania od ojca, w związku z którymi wędrował przez miasto punkt po punkcie. Po stracie ojca myślał, że to koniec, ale misją dalej kierowała matka chłopca. Wreszcie historia zatoczyła koło i chłopiec skończył w tym miejscu, z którego rozpoczął swoją wędrówkę. Przyznaję, zauważyłam pewne podobieństwa, w związku z czym próbowałam ów film odszukać (“Strasznie głośno, niesamowicie blisko”).

Rozmawialiśmy z panem jeszcze chwilę, a że był ciekawym rozmówcą, przyznałam się do planów książkowych i do pokonania w ten sposób całego Trójmiasta, w związku z czym uznałam, że najwyższy czas na moje rodzinne miasto. Zauważyłam, jak bardzo przestrzeń się zmieniła, a on uzmysłowił mi, jak Lębork się rozrasta. Sam nie był urodzony w Lęborku, lecz gdzieś w „zielonogórskim”, ale mieszkał tu od wielu lat. Zgodnie uznaliśmy, że jako dzieci zapamiętujemy miejsca w zupełnie inny sposób i nawet wtedy, gdy nie byliśmy gdzieś szczególnie długo. Na koniec uścisnęliśmy sobie dłonie i przedstawiliśmy się sobie z imienia. Ostatecznie ruszyłam przed siebie spokojnym krokiem i zniknęłam pomiędzy blokami, by w domowych pieleszach nabrać sił na kolejny dzień.

Zainteresował Cię ten wpis? Sentymentalną podróż po Lęborku wzbogaconą akcentami z historii miasta znajdziesz <tutaj>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *