Lębork – dzieckiem być!

Wyszłam spomiędzy bloków na ulicy Czołgistów i podążyłam w stronę garaży biegnących wzdłuż torów. Drugi spacer postanowiłam rozpocząć od sfotografowania graffiti poruszających tematykę historyczną. Można je było zobaczyć od strony linii kolejowej. Zaprezentowano tam chociażby postaci Pileckiego i „Inki” oraz znak Polski Walczącej. Przejmująca była na pewno scena, w której zestawiono naprzeciw siebie małego chłopca i dorosłego żołnierza. Prócz tego ściany zdobiły malunki dwóch twarzy starszych mężczyzn, z których jeden był roześmiany, a drugi smutny. Zawsze intrygowało mnie też wypisane sprayem hasło: Nieraz przeklęte kontrowersyjne dziecko sztuki! Twarz obok rzeczywiście mogła należeć do dziecka, ale sama określiłabym ją jako kobiecą. Trudno też stwierdzić jednoznacznie, czy napis nie powstał niezależnie od obrazu.

Na wysokości ulicy Czołgistów przekroczyłam tory i ruszyłam ku ulicy Cisowej. Po jednej jej stronie biegły garaże, w kilku ciągach. Na ścianie jednego z nich znalazłam świetne hasło: Umysł Otwarte 24h. Genialne w swej prostocie! Tymczasem po prawej rozciągały się posesje z domkami jednorodzinnymi i firmami takimi jak warsztat samochodowy, myjnia, hurtownia elektryczna i sklep meblowy. Swoją siedzibę miał na Cisowej także znany w Lęborku Klub Biegacza Braci Petk, założony w 1992 roku przez pięciu braci, stąd jego nazwa. Niejednokrotnie widziałam całe grupy startujące w okolicy tej posesji i biegające później po całym osiedlu.

Na skrzyżowaniu z Brzozową mieściły się firma zajmująca się kominkami oraz sklep spożywczy. Skręciłam przy nich w prawo, a po chwili ponownie w prawo. W ten sposób znalazłam się na ulicy Jesionowej. Zaglądałam w boczne ulice i ścieżki, ale chyba najbardziej zaciekawił mnie gołąbek, który przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewa. Przy zakładzie oferującym odzież roboczą skręciłam w lewo i ponownie w lewo w Akacjową, gdzie znalazłam przedszkole. Na kolejnym skrzyżowaniu, z Kasztanową, chciałam zrobić zdjęcie z kościołem w oddali. Trochę wierciłam się, czekając, aż przechodząca akurat kobieta wyjdzie mi z kadru. Pani zauważyła moje zmieszanie i zapytała serdecznie:

– Czego pani szuka?

– Niczego. Wędruję ulica po ulicy i nie chciałam robić zdjęcia, na którym byłaby pani zwrócona twarzą.

Pani zrozumiała, że chodziło mi o uszanowanie jej prywatności i uśmiechnęła się. Po chwili, wstępując już na swoją posesję, odezwała się raz jeszcze:

– Coś się będzie działo?

– To znaczy dla mnie to jest podróż sentymentalna, ale nie wykluczam, że chciałabym napisać książkę o Lęborku.

Po wymianie jeszcze kilku zdań ruszyłam dalej. Skręciłam w Klonową, pokonując ją w całości. Po drodze wypatrzyłam ścieżkę, która biegła aż od Topolowej do kościoła, w związku z czym największe oblężenie panowało na niej zawsze po mszach. Przecięłam również Kasztanową, aż wreszcie dotarłam do krańca Klonowej. Znajdował się tu chodnik dla pieszych połączony z drogą dla rowerów, a właściwie będący czymś dwa w jednym, który biegł w poprzek asfaltowych ulic.

Tym razem ruszyłam w prawo. Zainteresowałam się biegającymi po podwórzu gąskami, a chwilę później wchodziłam już na Dębową. Mieścił się tam zakład tapicersko – krawiecki. Wyszłam na Kasztanowej, tuż obok plebanii. Budynek wyglądał na odświeżony, przyznaję jednak, że dawno nie przyglądałam się posesji od tej strony. Zaintrygowała mnie też intensywna zieleń trawnika. Wydał mi się bardzo zadbany. Kościół Miłosierdzia Bożego stanowił moją parafię przez większość życia i chociaż po przeprowadzce oficjalnie już do niego nie przynależę, mojemu sercu zawsze będzie najbliższy. Powstawał we wczesnych latach 90., więc nie byłam w nim chrzczona, ale przychodziliśmy tu na mszę, odkąd pamiętam. Tutaj przygotowywałam się do I Komunii Świętej i do bierzmowania. W czasach licealnych należałam do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży i niejednokrotnie ksiądz organizował dla nas pielgrzymki i wyjazdy na dni skupienia. Spotykaliśmy się na wspólnych modlitwach i śpiewach. Wspominam ten czas bardzo miło i poznałam wówczas wielu ciekawych i wartościowych ludzi. Z niektórymi z nich mam kontakt do dziś. Przez lata zmieniali się księża i zmieniał się sam budynek kościoła, ale zachował swą prostą bryłę i równie skromny charakter wystroju, za który tak go lubię.

Kiedy człowiek próbuje sobie powspominać jakieś historie zbierane na przestrzeni lat, zwykle przypominają się te najbardziej dziwne. I tak pamiętam, że będąc w szkole podstawowej debatowałam z proboszczem, czemu dzień dobry nie miałoby być równie dobre co szczęść Boże na przywitanie oraz dlaczego trzeba mówić proszę księdza, a nie proszę pana, skoro przecież ksiądz jest mężczyzną. Niestety nie pamiętam już odpowiedzi, jakich mi udzielono, ale chyba były przekonujące, bo trzymałam się później proponowanych zasad.

Pamiętam też pielgrzymkę do Wilna, gdy jako jedyna obecna nastoletnia dziewczyna miałam zaśpiewać psalm podczas mszy w Ostrej Bramie. Od pierwszych lekcji muzyki w szkole zawsze jakoś modulowałam głosem, ucząc się pieśni, by osiągnąć zadowalający efekt i to się nawet sprawdzało, choć nie każdy repertuar mi pasował. Nagła propozycja księdza wywołała u mnie lekkie zdziwienie, zwłaszcza, że dotąd w kościele nigdy nie śpiewałam solo i nawet się do tego nie rwałam. Podążyłam jednak dzielnie do zakrystii, gdzie ćwiczyłam przy wtórach śmiechu dwójki ministrantów – mojego brata i jednego z moich bliższych kolegów. Chociaż szło mi nawet nieźle, bawiła ich cała sytuacja. Ostatecznie jednak pani, która czytała tuż przed psalmem, zamknęła lekcjonarz. Nie mogliśmy z księdzem znaleźć właściwej pieśni, a ja nie wiedziałam, na jaką melodię zaśpiewać inną, którą losowo wskazał ksiądz (swoją drogą po latach zastanowiła mnie ta dobrowolność), więc ten odśpiewał ją sam, a ja stanęłam sobie pośród reszty wiernych. Pod koniec wycieczki, w hotelu grupa starszych pań zapytała mnie, czemu nie zaśpiewałam w końcu tego psalmu i „czy przestraszyłam się śpiewać pod świętym obrazem”. Do dziś nie wiem, w jaki sposób wpadły na tak absurdalne wyjaśnienie.

Okrążając kościół podczas mojej wycieczki, zauważyłam nad głównymi drzwiami napis Jezu ufam Tobie. Wypatrzyłam także kamień węgielny w ścianie. Wmurowano go w 1994 roku, chociaż parafię erygowano już w 1991. Wówczas jednak budynek kościoła nie był jeszcze ukończony, a msze odbywały się pod gołym niebem. W Dziejach Lęborka o samym kościele znalazłam bardzo niewiele informacji, natomiast przezornie wzięłam do domu książeczkę, którą opracował w 2016 roku na 25-lecie parafii obecny proboszcz. Za jego kadencji powstała też parafialna strona internetowa. Zajrzałam na nią podczas pisania tego rozdziału i muszę przyznać, że była przejrzysta, ciekawa i praktyczna.

Po obejrzeniu kościoła ze wszech stron, przeszłam pomiędzy parkingiem a placem zabaw ku Modrzewiowej. Ostatecznie wyszłam przy Jodłowej, mijając przy tym szkołę językową. Zajrzałam w ulicę Wierzbową, po czym skierowałam się na Komuny Paryskiej. Uwieczniłam domy po prawej, które wiązały się z osobistymi wspomnieniami, po czym ruszyłam w lewo aż do ronda. Na swojej trasie znalazłam salon kosmetyczny i siłownię na powietrzu.

Wkrótce kroczyłam już ulicą Lotników. Dotarłam nią do Matejki, gdzie podążyłam w lewo niepozorną ścieżką wzdłuż rzeki. Wokół było zaskakująco cicho. Szumiał jedynie wiatr, nie słyszałam nawet odgłosów zwierząt.

Przez ulicę Saperów wróciłam na Komuny Paryskiej i skręciłam w prawo. Minęłam zakład tapicerski i sklep ogrodniczy. Wypatrzyłam kapliczkę z figurą Matki Boskiej. Zastanowiło mnie, że w obrębie jednej ulicy znalazłam dwie przepompownie ścieków. Przy tej drugiej znajdował się plac zabaw, a kawałek dalej droga w prawo. Ulicą Sudecką, bo taką nosiła nazwę, ruszyłam w kierunku Tatrzańskiej.

Kolejne ulice pokonywałam dość szybko, bo rejon ten był zdominowany przez zabudowę jednorodzinną. I tak z Tatrzańskiej skręciłam w Lubelską. Przez Podhalańską trafiłam na Myśliwską. Przez Łowicką zawróciłam ku Lubelskiej i w kolejne ulice jedynie zaglądałam, nie pokonując ich w całości. Były to Sandomierska, Kujawska i Mazowiecka. Na tym obszarze znalazłam firmę ogrodniczą i warsztat samochodowy. Na jednej z posesji wypatrzyłam także bicykl pełniący funkcję ozdobną.

Wreszcie skręciłam w Topolową. Na odcinku do Pomorskiej gościłam raczej rzadko, więc bez większych sentymentów przeszłam ten kawałek, po czym skręciłam w lewo. W bok biegła ulica Małopolska. Wychodzący z niej mężczyzna z maleńkim psiakiem chyba był zaintrygowany moją obecnością i moim zerkaniem na mapę, a zwierzak wykorzystał chwilę nieuwagi i czmychnął pod zaparkowany samochód. Na szczęście szczeniaka udało się stamtąd wyciągnąć, miałabym bowiem lekkie wyrzuty sumienia.

„Rachunki” postanowił za to „wyrównać” pewien kundelek, nieco większy od dorosłego jamnika, za to uparty i zadziorny. Wędrował za mną przez pół Pomorskiej, trzymając się wciąż bardzo blisko i delikatnie poszczekując. Zwolniłam kroku, by nie prowokować go moim żwawym na tym odcinku tempem, ale to nie wystarczyło. Szłam przed siebie, nie przystając, ale on wciąż szczekał. Nie reagował nawet na wołanie właściciela. W pewnym momencie byłam wręcz pewna, że mnie ugryzie, bo czułam już jego nos na swojej nogawce. O dziwo w tym momencie jednak spasował i prawdopodobnie zawrócił, bo już go nie słyszałam. Wolałam się nie odwracać, by nie śledził mnie dalej. Przez całą tę sytuację ledwie zajrzałam po drodze w skraj Błękitnej, ale wiedziałam, że powędruję tam od drugiej strony nieco później.

Tymczasem przez Kanałową wróciłam do ronda. Znalazłam firmę budowlaną i zobaczyłam ciekawy, opuszczony dom. Mając jeszcze chwilę czasu do umówionej z koleżanką godziny, uwieczniłam także dom z panelami słonecznymi na Komuny Paryskiej oraz dom znajomej, jak również zajrzałam w skraj ulicy Artylerzystów.

Po przywitaniu się z przybyłą na miejsce spotkania koleżanką, ruszyłyśmy razem ulicą Harcerzy, gdzie rozpoczęłyśmy od odnotowania dwóch sklepów spożywczych (przy czym wątpiłyśmy, czy jeden z nich działał) oraz baru. Z okazji nadchodzącej Wielkanocy otrzymałam czekoladowe jajko z niespodzianką, co dało mi dużo radości. Minęłyśmy dom z niebieskim dachem. Pamiętam, że gdy powstał przed laty, był tutaj ewenementem. Uwieczniłam także dom dawnej przyjaciółki i ten, który z nim sąsiadował. Posesji sąsiadów pilnował duży pies, wielkości wilczura, ale o sierści niczym u labradora. Zawsze się go bałam, choć normalnie nie mam lęku przed psami, bo ten często był nieuwiązany i zaczepiał przechodniów. Pewnego razu chwycił mnie zębami za udo. Nie wiem, czy miał zamiar wgryźć się głębiej, ale w panice podniosłam taki pisk, że prawdopodobnie słyszało mnie pół osiedla, a zdezorientowane psisko puściło moją nogę i poszło dalej. Mimo iż działo się to w moich latach gimnazjalnych, nigdy więcej nie przeszłam tą częścią drogi. Alternatywna ścieżka biegła nieco dalej, ale dużo ciekawsze było przechodzenie nad płytkim rowem po szerokiej rurze. Przynajmniej wtedy, gdy miałyśmy na nogach trampki, a nie sandały czy inne buty ze śliską podeszwą. Jako małolata miałam przy tym dużo frajdy.

Tymczasem, mając już lat znacząco więcej niż naście, wędrowałam dalej szlakiem wspomnień. Odwiedziłyśmy ulicę Brzozową, gdzie mi i moim koleżankom z lat dziecięcych droga zawsze wydawała się bez końca, a dodatkowo doskwierał nam… brak śmietników. Po latach doczekałyśmy się jednego, mniej więcej w połowie długości ulicy. Na Brzozowej znajdowały się za to dwa warsztaty samochodowe oraz dom znajomej mojej mamy, z której synem z kolei ja miałam zawsze fajny kontakt. Poznaliśmy się właśnie w czasach mojej przynależności do KSM-u. To tam piłam jedyne cappuccino w swoim życiu, które mi naprawdę smakowało, bo normalnie nie pijam kawy.

Tym razem przejście Brzozową nie wydało się nam czasochłonne, a krótkim odcinkiem Cisowej przedostałyśmy się na Topolową. Już na wejściu naszą uwagę zwrócił sklep spożywczy, nazywany przez lokalną społeczność „drewniakiem”, o czym przypomniała mi koleżanka. Dalej minęłyśmy dom, który jeszcze do niedawna, o ile nie wciąż, zamieszkiwali Romowie. Pamiętam białą kozę, która stała przywiązana na ich podwórzu. W pamięci zapisała mi się także scenka z zakupów, gdy dzieciaki z tamtej rodziny odliczały grosiki, by uzbierać na lizaki.

Z Topolowej weszłyśmy w Beniowskiego. Padł mi aparat, na co koleżanka rzuciła:

– Jakieś słabe te baterie. Wciąż się kończą.

Ożywiłam sprzęt i mogłyśmy wędrować dalej. Minęłyśmy Domeyki, ale tymczasem ruszyłyśmy przed siebie. Skręciłyśmy dopiero w ulicę Kukuczki. Na swojej trasie znalazłyśmy zakład oferujący układanie glazury. Dalej minęłyśmy boisko do piłki nożnej. To tu wyszliśmy od kolegi po wizycie mającej na celu oglądanie hodowanych przez niego królików, o czym pisałam poprzednio. Nic dziwnego, że jako dziecko czułam się zagubiona w tym labiryncie ulic.

Przez Kukuczki przeszłyśmy na Arctowskiego i zaciekawił mnie jakiś ptak z krukowatych stojący nieruchomo na rogu tarasowej barierki.

– Patrz, jak on dostojnie stoi – zwróciłam uwagę koleżanki. – Jakby był zrobiony.

– Bo jest – zauważyła i na dowód pokazała mi identycznego, ewidentnie sztucznego, ptaka na palu wbitym pośrodku ogrodu na tej samej posesji.

Później widziałyśmy jeszcze takie ptaki kilka razy. Tymczasem przedostałyśmy się na Chojnicką, omijając przy tym kolosalną kałużę.

Ponownie oddałam się wspomnieniom. Odnalazłam dom dalszej kuzynki, a także jednej z koleżanek, z którymi trzymałam się na początku mojej edukacji. Kolejne dwie dziewczyny z naszej paczki mieszkały na Domeyki, gdzie skręciłyśmy po chwili. W tamtym czasie nie wydawało mi się to niczym nietypowym, ale z perspektywy lat wspominam nawet z pewną dumą, iż jako małolata trzymałam się z dziewczynami starszymi o dwa lata, a także takimi kończącymi już, wówczas ośmioklasową, szkołę podstawową. Pamiętam, jak odwiedziły mnie, gdy chorowałam na świnkę. Leżałam ze spuchniętym jednym policzkiem, przyniosły mi Kubusia do picia, a kręcąc się na krześle obrotowym z tapicerką we flagi, uszkodziły je. Niekoniecznie kalkulowała się ta wymiana sok za krzesło, ale lubiłyśmy się na tyle, że nawet się nie gniewałam.

Na dalszym odcinku Domeyki mieszkała też inna dziewczyna, z którą kumplowałam się już w późniejszych latach i zdecydowanie była to dłuższa relacja. Przy innej posesji ponownie ujrzałam na terenie Lęborka w zupełnie niespodziewanym miejscu figurkę lwa i postanowiłam ją sfotografować. Widok aparatu sprowokował do popisywania się panów śmieciarzy. Postanowili wskoczyć na tył śmieciarki i obejrzeć się, czy dziewczęta z całą pewnością to zarejestrowały. Wędrowałyśmy kawałek ich śladem, a więc ulicą Domeyki, aż wreszcie wróciłyśmy na Topolową.

Wyszłyśmy dokładnie w tym samym miejscu, w którym weszłyśmy, więc tym razem skręciłyśmy w lewo. Minęłyśmy bar, kilka znajomych domów, w tym jedną posesję, na której terenie kiedyś znajdował się sklep zwany potocznie warzywniakiem. Jego asortyment nie ograniczał się tylko do warzyw i owoców. W dzieciństwie najchętniej kupowałam tam gumy arbuzowe, których smak uwielbiam do dziś i które wyglądały jak ów owoc w pomniejszeniu. Przez pewien czas było to jedyne miejsce, gdzie dało się ten przysmak znaleźć. Po latach wypatrzyłam je w lęborskiej Żabce, ale nabywane nie na sztuki, lecz pakowane po cztery.

Dalej minęłyśmy bar. Ponadto niemal na skrzyżowaniu z Harcerzy znajdował się kolejny sklep spożywczy, istniejący w tym miejscu od kilku lat. Zaznaczam to nie bez powodu, bowiem to miejsce stanowiło dla mnie zawsze zagadkę. Będąc w pierwszych klasach podstawówki miałam bowiem dziwny sen. Śniło mi się, że mama zostawiła mnie na moment na skrzyżowaniu, by wejść po coś do sklepu umieszczonego dokładnie w tym samym miejscu, a nagle ulice zaczęły się rozmywać i doznałam poczucia totalnego zagubienia. Przy czym w rzeczywistości sklep, o którym mowa, powstał, gdy byłam już nastolatką. Nie pamiętam, co było dawniej w tym miejscu, aczkolwiek ten sen zawsze mnie intrygował.

Wstąpiłyśmy na ulicę Harcerzy, w jej lewą odnogę, „za rowem”. Uwieczniłam kilka znajomych domów, kłaniając się przy okazji zdezorientowanemu wujkowi koleżanki. Chyba nie poznał mnie po tych kilku latach, ale odkłonił się. Następnie cofnęłyśmy się do Topolowej, by pokonać kolejny jej fragment. Minęłyśmy budkę, w której kiedyś istniał sklepik. Zobaczyłyśmy przystanek autobusowy, na którym wsiadałam głównie wtedy, gdy zimą z powodu mrozów nie zawsze chciało mi się wędrować do liceum pieszo albo gdy jechałyśmy z mamą na cmentarz. Przed kolejnym skrzyżowaniem znajdował się jeszcze jeden sklep, tym razem wielobranżowy.

Skręciłyśmy w prawo, by odwiedzić ulicę Artylerzystów oraz pominięte dotąd Błękitną, Zieloną i Słoneczną. Na tym odcinku znalazłyśmy jedynie firmę oferującą drewno i usługi transportowe. Drogi tworzyły pętlę, którą przeszłyśmy, a następnie trafiłyśmy ponownie na skrzyżowanie z Topolową. Pokonałyśmy kolejny jej kawałek, niemal do Pomorskiej, ale choć zależało mi tylko na uwiecznieniu kilku znajomych domów, odkryłam też hurtownię urządzeń grzewczych. Wówczas zawróciłyśmy i odbiłyśmy w dalszą część ulicy Artylerzystów. Minęłyśmy kosz do koszykówki i weszłyśmy w Wielkopolską. Znalazłyśmy tu ślady nadchodzącej Wielkanocy w postaci zawieszonych na drzewie pisanek. Wśród licznych ogrodowych figurek wypatrzyłam nie tylko zajączki, ale także żółwia czyli moje ulubione zwierzę.

Na ulicy Pomorskiej skręciłyśmy w lewo, ku Śląskiej. Znalazłyśmy studio jogi i hurtownię pościeli, a na odcinku pomiędzy nimi także ogromny dom, który według umieszczonej na nim tabliczki uhonorowano tytułem „Mister budownictwa 2012” czyli nagrodą za najładniejszy obiekt budowlany.

Śląska była ulicą, na której dawniej mieszkałam i chociaż mój dom stał na drugim końcu drogi, już tutaj udzielił mi się sentymentalny nastrój. Mijałam domy dzieci, z którymi bawiłam się przed laty. I chociaż zabawy nie zawsze kończyły się miło i do dziś pamiętam, kto podebrał nam kiedyś zabawki, wspominam też ciekawe zdarzenia jak przejażdżki rikszą. To było niesamowite przeżycie!

Naszą uwagę na tym odcinku zwróciła również tabliczka głosząca: Sprzątamy po swoich psach. Użyty tryb oznajmujący wprawił nas w pewną konsternację. Czy twórcy mieli na myśli, iż sami sprzątają i oczekują tego samego od innych? Chcieli się tym pochwalić? A może wymóc to na innych właścicielach czworonogów, by nie trafić któregoś dnia na przykrą niespodziankę pod swoim płotem? Odpowiedź pozostawała w sferze domysłów.

Na skrzyżowaniu z Artylerzystów skręciłyśmy w lewo, „za rowem”, który dzielił drogę na dwie jednokierunkowe, podobnie jak wcześniej widziałyśmy to na ulicy Harcerzy. Tutaj jednak mniej więcej w połowie długości drogi biegł normalny przejazd. Będąc w podstawówce często jeździłam tu w kółko rowerem, bo wtedy jeszcze nie kręciło się tu wiele aut. Pewnego razu jednak ta swoboda nie wyszła mi na dobre. Rozpędzona wpadłam na bagażnik mieszkającego nieopodal chłopaka. W taki nietypowy sposób się poznaliśmy, chociaż po latach lepszy kontakt miałam z jego bratem.

Chwilę później skręciłyśmy w Mazurską, by przez nią przejść na Śląską. To tu mieszkały pozostałe ze wspomnianych wcześniej, kończące szkołę podstawową, gdy ja dopiero ją zaczynałam, dziewczyny z mojej dawnej paczki. Domy dwóch z nich wciąż stoją na dawnych miejscach, natomiast losy trzeciej są mi zupełnie nieznane. Jej dom stał na skrzyżowaniu ze Śląską, ale już przed laty go wyburzono z racji, jak mniemam, na zły stan techniczny. Byłam wtedy jeszcze w szkole podstawowej.

Dawniej Śląska i Mazurska nie łączyły się ze sobą, a zupełnie pośrodku obecnego skrzyżowania stało drzewo. Po jego usunięciu w wybudowanej drodze przez długi czas pozostała ogromnej średnicy dziura. Przy większych deszczach wypełniała się wodą. Pamiętam jedną z pierwszych lekcji jazdy na rowerze, gdy nie omieszkałam w tę rozległą kałużę wspaniałomyślnie wjechać. Mama, gdy mnie ujrzała, od razu posłała mnie do wanny. Dziś nie ma ani drzewa, ani dziury po nim, za to w okolicy skrzyżowania można znaleźć przedszkole.

Zdecydowanie najlepiej mi znany odcinek Śląskiej biegł od tego punktu w lewo do końca. To tam mieszkałam i znałam każdego z sąsiadów. Nieraz kopałam piłkę z chłopakami, a ponadto w nieużywanym garażu taty urządziliśmy sobie domki z pozostałych po budowie cegieł i naznoszonych z domu najróżniejszych drobiazgów. Od koców, przez wanienkę dla niemowląt, po naczynka plastikowe i podebrane mamie resztki przypraw z kuchni. Hodowaliśmy tam fasolkę w doniczkach. Deszcz zbieraliśmy do rodzinnych opakowań po margarynie – przecież wystarczał na rosół, a wyrwany perz był doskonałym makaronem! Ograniczała nas tylko wyobraźnia, a ta wydawała się nie mieć granic. Nasza „miejscówka” robiła furorę wśród dzieciaków na osiedlu i nieraz spędzaliśmy tam w wakacje niemal całe dni.

Na rozległym podwórku było miejsce zarówno na zabawy, jak i na ogród. Prócz standardowych warzyw przez wiele lat mieliśmy krzewy z porzeczkami. Zapach czarnej porzeczki wciąż sprawia, że wracam myślami do beztroskich czasów dzieciństwa. Ogromny sentyment mam także do żonkili, które hodowaliśmy i które wciąż zaliczyłabym do moich ulubionych kwiatów. Od strony ulicy przed moim domem rosła dawniej dorodna lipa, aczkolwiek znajdowała się już poza naszą posesją, choć nie było to oczywiste w racji braku ogrodzenia. Pewnego dnia, gdy wróciłam do domu, zastałam robotników, którzy dopiero co ścięli moje ulubione drzewo. Nie rozumiałam wówczas, ani dlaczego to robią, ani jak oni mogli bez zgody ściąć „naszą lipę”. Dopiero później uświadomiono mi, że lipa nie należała do nas.

W trakcie swojej podróży sentymentalnej spoglądałam z westchnieniem na ogrodzoną przestrzeń i dom, który otynkowano, zasłaniając widoczną dawniej pomarańczową cegłę.

Wyszłyśmy na ulicy Harcerzy. Wspominałam kolejnych sąsiadów, w tym panią pałającą aż przesadną miłością do kotów. Dokarmiała nawet te zwierzęta, które miały właścicieli i czyniła to wbrew ich woli.

Zapamiętałam też, że naprzeciwko krańca ulicy Śląskiej rów był płytszy i dało się tu przebiec na drugą stronę. Tym razem jednak przeszłyśmy w stronę przejazdu na wysokości ulicy Chojnickiej i zajrzałyśmy do sklepu spożywczego. Właścicielka od razu mnie poznała:

– Co cię tu zawiało? – zapytała, zaskoczona moim widokiem.

Odparłam pokrótce, że zrobiłam sobie taką sentymentalną wędrówkę po starym osiedlu.

– Nie tęskni się już na stare, co?

Przyznałam, że zadomowiłam się już w nowym miejscu, chociaż w głowie miałam dylemat, czy mam na myśli nowe lęborskie mieszkanie, czy Gdańsk, w którym praktycznie od kilku lat mieszkam.

– Pani wie, że to jest córka Jadzi? – właścicielka zapytała kasjerkę, którą również kojarzyłam, bo pracowała tu od lat.

– Od razu zobaczyłam, jak weszła – przyznała sprzedawczyni.

– Na którym roku jesteś? – podjęła dalej właścicielka.

– Już ponad dwa lata temu [stan na 2017 r.] studia skończyłam – odparłam.

Zostałam w tym miejscu zapytana o pracę i o to,  jak mi się ogólnie wiedzie. Po wymianie jeszcze kilku serdecznych zdań pożegnałyśmy się, a mamie obiecałam przekazać pozdrowienia. Po wyjściu ze sklepu pożegnałyśmy się również z towarzyszącą mi koleżanką.

Ruszyłam dalej ulicą Harcerzy, uświadamiając sobie, że nie ma już biegnących nad rowem kładek, a tylko rzadziej umiejscowione przejazdy. Lata temu przysiadywałam z różnymi koleżankami na tych wąskich mostkach, po prostu bujając nogami albo robiąc ciekawe doświadczenie. Najbardziej szokujące było dla nas to polegające na wrzuceniu na powierzchnię wody chipsa, żeby sprawdzić, jak rozejdzie się tłuszcz. Plama była zaskakująca duża.

Minęłam kilka znajomych domów. Do jednej z koleżanek przychodziłam na huśtawkę, swego czasu jedyną w okolicy. Razem wspinałyśmy się na drzewa, podjadałyśmy jabłka i bawiłyśmy się z naszym rodzeństwem. Fascynujące były dla mnie także kurki, które swobodnie biegały po jej podwórzu.

Z Harcerzy zajrzałam w ulicę Powstania Styczniowego, z kolei na następnym skrzyżowaniu skręciłam w prawo w ulicę Powstańców Warszawy. Minęłam ulicę Szarych Szeregów i skręciłam w Sosabowskiego, by następnie na jej końcu skręcić w Harcerzy. Na tym etapie znajdowała się jedynie zabudowa jednorodzinna.

Chwilę później z Harcerzy trafiłam na ulicę Dywizjonu 303. Minęłam ulicę Batalionu Zośka i, jak się okazało, skręciłam w dalszy ciąg Sosabowskiego. Znalazłam tam gabinet pielęgniarki, a na końcu ulicy przeszłam od razu ku Spółdzielczej, odbijając lekko w prawo. Droga stykała się tu ze ścieżką wiodącą przez łąki aż do ulicy Artylerzystów. Niejednokrotnie przyjeżdżałam tu z koleżankami rowerem. Naszym celem, podobnie jak moim tego dnia, był wiadukt nad torami prowadzącymi na Słupsk.

Droga zajęła mi z dobry kwadrans, ale przystawałam co chwilę, by podziwiać widoki wokół. Panował tu niezwykły spokój, który zakłócał jedynie silnie wiejący na tej otwartej przestrzeni wiatr. Minęło mnie kilka osób i dwójka rowerzystów, którzy pojechali dalej, ja tymczasem skręciłam w stronę wiaduktu, omijając przy tym zwały błota i kałuże. Wreszcie wspięłam się na wiadukt. Chłonęłam widoki po obu stronach torów. Dotarłam do tak zwanego Betlejem – miejsca, w którym organizowano imprezy okolicznościowe. Ciekawa jest natomiast sama geneza nazwy. Robotnicy pracujący nad powstaniem tutejszej linii kolejowej, 24 grudnia 1869 roku dotarli do osad położonych w odległości 3 km od siebie. Z powodu daty, miejsca te nazwano Betlejem i Jeruzalem.

Obejrzałam jeszcze liczne napisy na wiadukcie, po czym cofnęłam się w stronę ulicy Harcerzy. Wędrowałam Spółdzielczą jeszcze dalej, mijając jedynie domy, a na ostatnim odcinku również ogródki działkowe. Widok przejeżdżającej obok dziewczyny na rolkach przypomniał mi nastoletnie lata, kiedy sama na nich jeździłam i często zapuszczałam się specjalnie w te rejony, bo drogi były pokryte asfaltem na długo przed tym, jak wyłożono nim moją najbliższą okolicę. Dotarłam do skrzyżowania Spółdzielczej z Glinianą i Rutkowskiego [Aktualizacja 2020: po dekomunizacji Techników]. Nazajutrz postanowiłam zacząć od tej ostatniej, tymczasem jednak przez Glinianą wróciłam do domu. Wyraźnie czułam w plecach pokonane piętnaście kilometrów, ale były one bardzo satysfakcjonujące i zdecydowanie najbardziej sentymentalne.

Zainteresował Cię ten wpis? Sentymentalną podróż po Lęborku wzbogaconą akcentami z historii miasta znajdziesz <tutaj>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *