Gdynia Wzgórze Św. Maksymiliana – najdłuższa z miejskich podróży

Wysiadłam na stacji SKM Gdynia Redłowo, po czym wspięłam się po schodkach i ruszyłam ku alei Zwycięstwa. Pokonałam dwa przejścia ze światłami i znalazłam się po przeciwnej stronie drogi. Podążałam w stronę ulicy Redłowskiej. Po drodze wypatrzyłam sklep z lampami, stację paliw i Pomorski Park Naukowo-Technologiczny. Minął mnie zabytkowy trolejbus. Dotarłam do skrzyżowania z Redłowską i postanowiłam iść dalej na wprost. Pilnowałam godziny, o której byłam umówiona z koleżanką na stacji SKM Gdynia Wzgórze Św. Maksymiliana. Nie mogąc się jednak doczekać spaceru, postanowiłam sama zacząć go nieco szybciej.

Na dalszym odcinku, za Redłowską, znalazłam salon kosmetyczny i pizzerię. Moją uwagę zwrócił także śmietnik, któremu ktoś namalował oczy i uśmiech z wyszczerzonymi zębami. Niemal naprzeciwko wjazdu w ulicę Hallera znajdowała się brama prowadząca do ogródków działkowych. Dalej wypatrzyłam utrzymany w kolorze ciemnej zieleni plac zabaw. Sąsiedni był nieco bardziej kolorowy. Bliżej skrzyżowania, po przeciwnej stronie drogi, wypatrzyłam bar, sklepy spożywczy i budowlany.

Czas zdawał się płynąć zaskakująco wolno, uznałam zatem, że skręcę w Harcerską i metodą harmonijki poznam kilka najbliższych ulic. Od razu rzuciła mi się w oczy tabliczka sygnalizująca obecność poczty oraz remont od strony ulicy Biskupa Dominika. Skręciłam w prawo, w ulicę Wojewody Wachowiaka. Znajdowały się tam głównie budynki mieszkalne, więc moją uwagę zwracały raczej lokalna fauna i flora w postaci wylegujących się kociaków i kwitnących krzaków róż. Pośród nich znalazłam jednak firmę budowlaną.

Skręciłam na Hallera w lewo, gdzie stacjonowało przedszkole, a po chwili kroczyłam już ulicą Generała Jarosława Dąbrowskiego. Tutaj pomiędzy domami po lewej znalazłam proste, ale starannie wykonane graffiti Arki Gdynia. Kolejna przestrzeń między budynkami, tym razem po prawej stronie drogi, doprowadziła mnie do ulicy Generała Maczka. Wkrótce jednak wspięłam się po schodkach, by dróżką równoległą do ulicy Legionów zawrócić ku Harcerskiej.

Na skrzyżowaniu znalazłam sklep spożywczo-monopolowy i salon kosmetyczny, a dalej warzywniak i przychodnię powiązaną z Polskim Stowarzyszeniem na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym. Nim wyszłam na alei Zwycięstwa, minęłam jeszcze jeden sklep spożywczo-monopolowy i przedszkole. Następnie skręciłam w prawo. Przy głównej drodze o dziwo nie wypatrzyłam wiele. Po drugiej stronie zobaczyłam sklep z lampami nazwany „galerią”, zza budynku którego prześwitywała już rzeczywiście galeria, a dokładniej Centrum Handlowe Riviera. Tymczasem po prawej minęłam sklep medyczny i inny, skupiający się na prozdrowotnych wartościach picia jonizowanej wody i naturalnie wyciskanych soków. Za przychodnią znajdowały się jeszcze apteka i sklep spożywczy.

Przed obszernym skrzyżowaniem dostrzegłam Centrum Handlowe Riviera w pełnej okazałości, a bliżej mnie rzeźbę, której nie podpisano, ale która prawdopodobnie przedstawiała jakiegoś świętego. Dalej przeszłam obok Centrum Języka Chińskiego, budynku, który przypuszczalnie mógł mieć związek z redakcją lokalnej gazety, salonu kosmetycznego, zakładu pogrzebowego i gabinetu stomatologicznego. Przy skrzyżowaniu z ulicą Kopernika zauważyłam Carrefoura, a oglądając się za siebie dostrzegłam także mural. Graffiti wyglądało niepozornie, niczym przypadkowa seria czarnych kresek na białym tle, a jednak ujrzałam w niej kompozycję kwiatową. Skojarzyła mi się z dmuchawcami i byłam przekonana, że gdy pokażę ją swojej koleżance, dokładnie tę samą roślinę dostrzeże.

Dalej wędrowałam Świętojańską. Za ksero, restauracją, lodziarnią, piekarnią, kawiarenką internetową i kręgielnią odbiłam lekko w lewo, by wejść w tunel pod aleją Zwycięstwa. Dostałam się w ten sposób w okolicę stacji SKM Gdynia Wzgórze Św. Maksymiliana. W budkach wokół peronu oferowano nie tylko jedzenie, ale również odzież, dorobienie kluczy czy usługi z zakresu ksero i fotografii. Ten ostatni zakład zdobiło ciekawe graffiti z aparatem fotograficznym i pieskiem Snoopy’m. Tymczasem po drugiej stronie głównej drogi udało mi się dostrzec fotografa i kilka lokali gastronomicznych.

Nadjechał właściwy pociąg i odebrałam na peronie moją towarzyszkę. Zahaczyłyśmy o łazienkę w Centrum Handlowym Riviera, w którym byłam przy tej okazji po raz pierwszy. Klasycznie, jak to ja, z mapą po ulicach śmigam, a w dużym centrum handlowym zawsze się pogubię. Zupełnie na odwrót niż stereotypowa kobieta. Dzięki temu jednak natrafiłyśmy na sklep z pięknymi torebkami – urzekła mnie taka z roślinno-ptasimi motywami. Niestety jej cena była poza moim zasięgiem. Poza tym, jakby nie patrzeć, nie spotkałyśmy się z koleżanką w celach zakupowych.

Kontynuowałam swój przemarsz, już w towarzystwie, od ulicy Kopernika. Koleżanka na wspomnianym muralu rzeczywiście dopatrzyła się dmuchawców. Znalazłyśmy kwiaciarnię i sklep spożywczy, po czym skręciłyśmy w prawo w ulicę Biskupa Dominika. Minęłyśmy przedszkole i plac zabaw. Odbiłyśmy lekko w lewo, robiąc przy tym małą pętlę. Opowiadałam koleżance o jednej z minionych wycieczek i moich mieszanych uczuciach względem mało intrygującej drogi, co moja towarzyszka podsumowała, lekko mnie parodiując:

– To była bardzo głupia droga. Nie podobała mi się, ale nią szłam.

Przy Szkole Muzycznej I i II Stopnia zobaczyłyśmy przejście, dzięki któremu wróciłyśmy na ulicę Biskupa Dominika. Podobizna patrona szkoły – nieznanego nam Noskowskiego, wzbudziła w nas raczej inne skojarzenia:

– Podobny do Freuda – zauważyła koleżanka.

– Do Freuda? Mi przypomina Sienkiewicza.

– To jest portret uniwersalny sławnych ludzi.

Po chwili ruszyłyśmy w lewo. Niemal od razu dostrzegłam bibliotekę:

– Tu jest biblioteka. Tu na rogu.

– Gdzie? – spytała koleżanka.

– Patrz mi na palec. Tu na rogu.

– A!

Dalej znajdował się jeszcze zakład krawiecki. Wędrowałyśmy chodnikiem, gdy nagle remonty utrudniły nam zadanie.

– Ej, tu się kończy chodnik – zmartwiłam się.

– To chodź na drugą stronę.

– To jest rozwiązanie – uznałam.

Przeważnie najprostsze rozwiązanie jest tym właściwym. Dotarłyśmy do Harcerskiej, a przez nią do ulicy Legionów. Obiekty wokół były mi już znane, a jednak dostrzegłam wśród nich coś nowego – drabinkę niczym z placu zabaw, uformowaną na kształt zwierzątka – prawdopodobnie konika lub jakiegoś pokrewnego. Zauważyłam również, że nad wejściem do przedszkola namalowano ciekawą grafikę o tematyce morskiej.

Wędrowałyśmy ulicą Legionów. Na wysokości ulicy Dywizji Kościuszkowskiej znajdowała się pętla, w obrębie której umieszczono przedszkole, sklep z suplementami, Żabkę i pizzerię. Przy tym ostatnim lokalu naszą uwagę zwróciły wbite w żywopłot… mopy. Chwilę później znalazłyśmy się na ulicy Batalionów Chłopskich, gdzie swoją siedzibę miało Krajowe Towarzystwo Autyzmu. Drugim skrajem pętli zawróciłyśmy ku Legionów.

Natrafiłyśmy na budynek, który pokrywały napisy o jasnej wymowie: Lata walk, wyjazdów, zwycięstw i klęsk… Wszystko to dla Ciebie Arko.

Przekroczyłyśmy ulicę Legionów i weszłyśmy w dalszy ciąg ulicy Batalionów Chłopskich. Znalazłyśmy tam pensjonat, salon kosmetyczny, przychodnię i warsztat samochodowy. Na następnym skrzyżowaniu wypatrzyłyśmy również solarium. Przez Nocznickiego przeszłyśmy na Skośną. Na jej krańcu znalazłyśmy bardzo zadbaną ścieżkę z drobnych płytek chodnikowych, którą wieńczyły schody. Za nimi znajdowały się kolejne. Trafiłyśmy w ten sposób na Stoczniowców.

Łukowato biegnąca droga prowadziła na dalszy odcinek ulicy Kopernika. Stacjonował tam kościół Chrystusa Miłosiernego. Idąc w jego stronę, minęłyśmy szkołę językową i tabuny wiernych, którzy akurat opuścili świątynię po mszy niedzielnej.

Zawróciłyśmy, by zajrzeć w Okrętową. Niemal naprzeciwko znajdował się niski, sprawiający wrażenie opuszczonego, budynek. Graffiti na ścianach sugerowało, że wewnątrz działał salon urody.

Zajrzałyśmy w Mokwy i w Szczeblewskiego, ale skręciłyśmy dopiero na wysokości ulicy Tetmajera i Zespołu Szkół Budowlanych. Tym samym weszłyśmy w ulicę Hallera. Kilkanaście metrów od skrzyżowania rosła rozłożysta wierzba. Jej zazielenione, opadające gałązki skojarzyły mi się z wodorostami i od razu uznałam, że chciałabym móc wejść pomiędzy nie, a koleżance oddałam tymczasem aparat.

– Przejdziemy teraz przez odwrócone wodorosty wypływające z kory – pobawiłam się słowem, nurkując pomiędzy liście. – Jestem jak Mała Syrenka, tylko w sukience i bez ogona.

Po krótkiej sesji zdjęciowej radośnie wynurzyłam się z wierzbowej gęstwiny i wraz z koleżanką powędrowałam ku Narutowicza. Kolejne uliczki postanowiłyśmy zwiedzić metodą harmonijki. Oprócz przedszkola, pozostałe budynki miały charakter prywatny, więc podziwiałyśmy jedynie wyobraźnię i wyczucie smaku twórców niektórych z nich, jak również otaczającą nas przyrodę w rozkwicie. Na Senatorskiej znalazłyśmy gabinet lekarza o kilku specjalnościach, między innymi zajmującego się dermatologią i medycyną tropikalną. Zaintrygowała nas również posesja, w obrębie której wypatrzyłyśmy figurkę w stylu Dalekiego Wschodu. Koleżanka rzuciła nawet żartem pytanie:

– A co to za ambasada?

Zawróciłyśmy przez fragment Hallera i Wojewódzką, znajdując przy tym graffiti starca na murze. Jeden z budynków stanowił siedzibę galerii sztuki, a ogród wzbogacono metalową rzeźbą o trudnym do sprecyzowania kształcie. Kilka łukowatych pasków połączono od dołu z szerszym fragmentem zwieńczonym czymś przypominającym grzebień lub grabki. Chyba bardziej przemawiają do mnie inne formy sztuki.

Dotarłyśmy do garaży na Narutowicza i skręciłyśmy w lewo. Zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcie w ulicznym lusterku. Do odwiedzenia zostały nam dwie ostatnie ulice w tej części mapy: Kasztelańska i Hetmańska. Na tej pierwszej zaintrygował mnie dom o chropowatej ścianie pokrytej bluszczem. Druga z ulic przyciągnęła nas widokiem rozrzuconych szyszek oraz błękitnym ogrodzeniem z murkiem pokrytym biało-błękitną mozaiką. Furtkę innej posesji opatrzono tabliczką Tu mieszka pies, a murek przy jednej z kolejnych wykorzystano do postawienia butelki z wodą. Podejrzewam, że ktoś ją tam odstawił i najzwyczajniej w świecie o tym zapomniał. Ostatnim odcinkiem ulicy Narutowicza przeszłyśmy na Legionów, mijając przy okazji sklep zoologiczny i fryzjera. Przy skrzyżowaniu z Legionów znajdowały się pizzeria oraz VI Liceum Ogólnokształcące. Przy kolejnym zakręcie stacjonowały apteka, sklepy mięsny, spożywczy, medyczny i optyk.

W związku z tym, że czas koleżanki był bardziej ograniczony od mojego, a zależało nam na dotarciu nad morze, zmieniłam lekko nasza trasę i powoli kierowałyśmy się w stronę Bałtyku.

Najpierw przeszłyśmy kolejny odcinek ulicy Kopernika. Znalazłyśmy tam przychodnię, fryzjera i przedszkole. Dotarłyśmy prędko do skwerku przy Zespole Szkół Budowlanych. Zawracałyśmy ulicą Tetmajera. Pierwszym pokaźnym budynkiem na naszej trasie był szkolny internat. Nieopodal stacjonował klub nocny i bliskość położenia obu obiektów względem siebie bardzo nas zastanowił.

Chwilę później znalazłyśmy się na ulicy Syrokomli. Przy Szkole Podstawowej Nr 23 skręciłyśmy w prawo w Grottgera. Dalej mieścił się hostel. Na Ujejskiego wypatrzyłyśmy graffiti przedstawiające dwójkę grafficiarzy. Na Górnej zobaczyłyśmy gabinet chirurga-stomatologa, a także ortodonty.

Zajrzałyśmy w Reja, ostatecznie kierując się kolejnym odcinkiem ulicy Legionów. Znalazłyśmy kiosk, piekarnię, sklepy mięsny i spożywczy, jak również salon urody i gabinet ortopedy. Minęłyśmy skrzyżowanie z Ujejskiego, wypatrując przy okazji przedszkole, po czym podążyłyśmy dalej. Minęłyśmy duński konsulat i skręciłyśmy dopiero w Partyzantów w prawo. Znajdowała się tam siedziba Gimnazjum Nr 24 Liceum Ogólnokształcącego Nr III. Na krańcu ulicy Partyzantów stacjonował kolejny budynek należący do tej placówki oświatowej. W środku znajdował się między innymi internat.

Odbiłam lekko w prawo, koleżanka tymczasem odpoczywała na skrzyżowaniu. Przez Tetmajera zajrzałam w Norwida, co nie uszło uwadze przechodzącej akurat kobiety. Choć stałyśmy po przeciwnych stronach drogi, gdy podniosłam aparat, zawołała:

– Szuka pani czegoś?

– Nie, dziękuję, mam mapę.

– Bo ja jestem miejscowa i mogłabym pomóc.

– Tak sobie odhaczam ulice – uprościłam swoją ideę do jednego zdania.

– Super! – zakrzyknęła pani, unosząc kciuk w górę i posyłając mi szeroki uśmiech. – Miłego dnia!

– Dziękuję, wzajemnie – uśmiechnęłam się i wróciłam do koleżanki.

Ruszyłyśmy dalej przez Moniuszki. Kolejnym ulicom patronowali głównie kompozytorzy, ale towarzyszyli im także artyści innych dziedzin: Ejsmond, Pol, Paderewski, Matejko, Chopin, Wieniawski i Wyspiański. Na tym odcinku naszej wędrówki znalazłyśmy przedszkole językowe, bazę noclegową, sklep mięsny, stomatologów, salon kosmetyczny, Żabkę i sklep wielobranżowy. Urzekło nas również graffiti prezentujące spienione fale i lecące ponad nimi mewy. Drogą imienia ostatniego z wymienionych twórców przeszłyśmy na ulicę Prusa. Nareszcie dało się dostrzec upragnione morze.

Koleżanka skierowała się od razu w stronę błękitnej tafli, tymczasem ja podeszłam do tabliczki ustawionej przy skwerku. Informowała ona, że w jednym z budynków przy ulicy Prusa znajdowała się Informacja Marynarki Wojennej, którą wykorzystywano w czasach terroru stalinowskiego jako miejsce tortur tych, którzy walczyli o niepodległość Polski.

Przeszłam ścieżką wzdłuż parku linowego i wodziłam wzrokiem po nabrzeżu, szukając koleżanki. Okazało się, że przysiadła na jednej z licznych ławeczek skierowanych ku morzu. Przyłączyłam się do niej i dałyśmy sobie chwilę oddechu. Znajdowałyśmy się nieco wyżej niż pas nadmorski. Dodatkowo obie przestrzenie rozdzielał obszerny parking.

Zrobiłyśmy sobie kilka zdjęć. Nie tylko sobie, ale także zniewalającym widokom. Stanie na wysokości ma swoje walory. Następnie ruszyłyśmy Bulwarem Nadmorskim w prawo. Obserwowałyśmy ptaki, podjadałyśmy czekoladę i komentowałyśmy liczne malunki na murze odgraniczającym trasę spacerową od morza. Namalowana plażowiczka siedząca po turecku sprowokowała mnie to zaprezentowania pozycji jogi „kwiat lotosu”, koleżanka zaś chętnie pozowała, leżąc tak, by sięgnąć po narysowane grabki. Wzdłuż bulwaru ustawiono także kilka rzeźb. Pierwsza, którą minęłyśmy, nosiła tytuł Sen osady, kolejna znajdowała się bliżej plaży i niewielkiego molo, a poświęcono ją tym, którzy Odeszli. Nieopodal stacjonowała także restauracja.

Po wejściu na molo zawróciłyśmy i zamierzałyśmy spacerować bulwarem aż do alei Piłsudskiego. Udzieliła mi się radość dzieci, dla których puszczano bańki mydlane i podskoczyłam, by rozbić bańkę wzlatującą w moim kierunku. Co jakiś czasu podnosiłam aparat, co postanowił skomentować jeden z panów siedzących na ławkach ustawionych wzdłuż bulwaru:

– Wyrzuć aparat do morza, a będziesz wolną kobietą!

Nie posłuchałam oczywiście nawoływań mężczyzny. Nie rozumiałam, w jaki sposób wyrzucenie jednego z moich ulubionych narzędzi (taka jestem sentymentalna!) miałoby mnie uczynić wolną. I wolną od czego? Od wspomnień? Od trosk? Czy naprawdę czułam się w tamtej chwili zniewolona czymkolwiek? Raczej nie.

Minęłyśmy budkę, w której kupiłam pysznego gofra podczas spaceru po Kamiennej Górze. Znajomość tego miejsca nie dała mi jednak do myślenia. Wciąż wypatrywałam wejścia w aleję Piłsudskiego, aż wreszcie dotarłyśmy do kolejnej plaży, tej nieopodal Skweru Kościuszki, do serii lokali gastronomicznych i tablic opowiadających historię gdyńskiego portu.

Czas biegł nieubłaganie i gdy znalazłyśmy się w Parku Rady Europy, było wiadome, że nie zdołamy zawrócić i zwiedzić reszty dzielnicy wspólnie. Pociąg koleżanki miał podjechać za pół godziny. Uznałam więc, że skierujemy się w stronę stacji i inną trasą podreptam ku nieodhaczonym jeszcze ulicom. Koleżanka, znając dobrze tę część miasta, postanowiła jednak sama przejść się na dworzec i umożliwić mi tym samym dokończenie dzielnicy jeszcze tego samego dnia. Nie chcąc ponownie pobłądzić, a jednocześnie robić nadmiernych kilometrów, opuściłam bulwar na wysokości pierwszego znajomego miejsca – wspomnianej budki z goframi. Nie dysponując mapą, ale pamiętając całkiem sporo z niedawnej wycieczki po Kamiennej Górze przeszłam więc ku alei Piłsudskiego. Po drodze pokonałam ulice: Sienkiewicza, Korzeniowskiego, Sieroszewskiego, a wreszcie Legionów.

Na alei Piłsudskiego skierowałam się od razu w stronę morza. Minęłam lodziarnię i sklep spożywczy. Dotarłam do Placu I Brygady Pancernej. Dalej znalazłam Dom Marynarza, a naprzeciwko niego lodziarnię, restaurację, Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych i kolejny hotel. Przed zejściem na nabrzeże dostrzegłam jeszcze bibliotekę.

Zawróciłam spory kawałek, po czym przy sklepie spożywczym skręciłam ku Partyzantów i weszłam na teren Skweru Sue Ryder. Znalazłam tam hotel dla owadów, siłownię na powietrzu, a także skatepark. W pobliżu tego ostatniego stał mały budynek, na którym namalowano ciekawe graffiti. Wypatrzyłam je już z daleka i specjalnie obeszłam rampy dookoła, żeby podejść bliżej. Na środku widniała kula, mająca prawdopodobnie imitować kulę ziemską, choć była cała pokryta czymś na kształt kraterów. Nad nią znajdował się cyklista na rowerze typu BMX, ubrany w strój kosmonauty. Całość opatrzono hasłem The gravity is fake.

Po sąsiedzku znajdowało się boisko, a zza niego słychać było śpiewy jak podczas pochodu czy procesji. Uznałam, że zapewne miały związek z przypadającym nazajutrz 15 sierpnia – dniem ważnym zarówno ze względów religijnych, jak i patriotycznych.

Opuściłam skwer i znalazłam się na ulicy Partyzantów. Przeszłam wzdłuż garaży opisanych wspólnym hasłem Jedyny taki klub Arka Gdynia Wzgórze jedyne takie miejsce. Dalej znajdowały się hurtownia wielobranżowa, sklep spożywczy oraz gabinet kardiologa. Następnie skręciłam w lewo w Bema. Znalazłam tam aptekę, gabinety lekarskie, salon kosmetyczny i ksero. Zaintrygowały mnie schody po lewej, ale wystarczył rzut oka na mapę, by uznać, że zejdę nimi po pokonaniu najbliższych dróg.

Ulica płynnie przechodziła w Kopernika. Z nowych obiektów zarejestrowałam jedynie sklep spożywczy i chwilę później wędrowałam już ku Śniadeckich. Tam znalazłam fryzjera. Przez ulicę Orzeszkowej ruszyłam w kierunku kościoła, czy raczej Sanktuarium Matki Bożej Królowej Matki Nadziei i Św. Maksymiliana Marii Kolbego, którym opiekowali się franciszkanie. Być może z tego powodu drogę okalającą kościół nazwano Franciszkańską. Nieopodal stała również Żabka.

Zeszłam wspominanymi wcześniej schodami ku Bema, po czym skierowałam się na Skwer Plymouth. Po drodze natrafiłam na sklep odzieżowy. Przy samym skwerze moim celem były dwa pomniki. Pierwszy przedstawiał Piłsudskiego. Drugiego niestety nie udało mi się sfotografować, ani nawet obejrzeć, w całości. Dźwięki, które słyszałam jeszcze zza boiska, miały swoje źródło właśnie tu, przy Pomniku Ofiar Grudnia 1970 (z większej odległości oglądałam go, zwiedzając Kamienną Górę). Stałam tam jednak ledwie chwilę i trudno mi było zorientować się, jaka była przyczyna tego, jakby nie patrzeć licznego, zgromadzenia.

Przez Świętojańską udałam się na stację SKM Gdynia Wzgórze Św. Maksymiliana. Na koniec swojej wędrówki znalazłam sklep medyczny, fotografa, bar typu fast-food i salon kosmetyczny. Żwawym krokiem, ostatkiem sił, ale z nutką determinacji, zdążyłam dotrzeć na peron. Po powrocie do domu od razu podliczyłam przebyte kilometry. Pobiłam tego dnia rekord przebytej jednorazowo odległości, pokonując jednorazowo pełne dwadzieścia kilometrów. Nazajutrz, pierwszy raz w życiu, odczuwałam ból w kolanach.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

2 thoughts on “Gdynia Wzgórze Św. Maksymiliana – najdłuższa z miejskich podróży

  1. Michał says:

    Rzeźba chyba faktycznie nie jest podpisana, choć wiem, kogo ukazuje. Obiekt, który zresztą dał nazwę przystankowi autobusowo-trolejbusowemu „Wzgórze św. Maksymiliana SKM – Kapliczka”, przedstawia św. Jana Nepomucena. Święty był średniowiecznym księdzem i pochodził z Nepomuka – jest to „odrobina Czech w Trójmieście”, o której dla mnie warto mówić turystom np. z autokaru. Różne wycieczki mogą mi się przecież trafić. 😉

    A te wbite mopy przy pizzerii mi się skojarzyły z… głowami pudli albo jednego z muppetów – tego „damskiego”, z długimi prostymi włosami blond. 😉 Ciekawa metoda suszenia, z której wyszła sztuka w przestrzeni miejskiej – mimo woli.

    Co do kościoła franciszkańskiego (pw. św. Antoneigo z Padwy), to słyszałem, że jest trójpoziomowy – jeśli to prawda, byłby jedynym takim znanym mi w Trójmieście. Taką funkcjonalnością (więcej niż jedna msza równolegle) na pewno mógł się wykazać podczas pandemii z limitami wiernych, podobnie jak dwupoziomowe kościoły w Śródmieściu Gdyni czy w kilku dzielnicach Gdańska, w tym na Suchaninie. 👍

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      O Nepomucenie chyba nawet mówiono nam na kursie, ale Gdynię zwiedzałam rzecz jasna przed, więc nie musiałam koniecznie już wtedy tego wiedzieć.

      Z tym kościołem o trzech funcjonalnych do odprawiania mszy kondygnacjach, to rzeczywiście byłoby ciekawe 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *