Kolega, z którym wybrałam się na wycieczkę tym razem, usłyszał o moim gdańskim projekcie okrężną drogą, prędzej niż poznał mnie osobiście. Pracowałam już wówczas nad Gdynią. Widziałam, że równie uważnie słuchał moich opowieści o gdańskich wędrówkach, jak ja chłonęłam jego ciekawostki o Gdyni. Był wyraźnie związany z tym miastem.
– Pokażę ci kiedyś wieżę widokową – obiecał.
Zapytałam o jej lokalizację, po czym zasugerowałam, by przyłączył się do mnie podczas zwiedzania Działek Leśnych. Udało się nam wreszcie dograć terminy i wspólna wyprawa stała się rzeczywistością. Na początku zamierzałam podejść w kierunku Centrum Handlowego Riviera, po czym zawrócić do węzła Franciszki Cegielskiej i dotrzeć do wieży od strony ulicy Kieleckiej. Kolega uznał, że to on zamierza robić za przewodnika wycieczki. Wyjaśniłam mu, w jaki sposób realizuję projekt, co zdawało się go jednak nie przekonywać. Chwilę zajęła nam wymiana argumentów. Nie zamierzałam odpuszczać i pomijać niektórych ulic. W końcu tupnęłam nogą, stawiając na swoim, ale dając przy tym koledze pole do popisu. Pilnowałam trasy, ale nie broniłam mu jej w pewnym stopniu modyfikować.

W związku z tym do wieży dotarliśmy według jego zamysłu i muszę przyznać, że trasa była całkiem ciekawa. Stawialiśmy dopiero pierwsze kroki, a koledze już włączył się tryb gawędziarza, co niezmiernie mnie cieszyło. Pragnęłam zanotować każde słowo (przed wycieczką rozważałam nawet zorganizowanie sobie dyktafonu), ale ostatecznie zapisywałam sporo treści hasłowo na brzegu mapy. W pewnym momencie zatrzymałam się, bo w ruchu trudniej mi się pisało. Stanęłam na jednej nodze, z drugiej robiąc coś na kształt pulpitu. Miałam wrażenie, że wyglądam jak joginka i poprosiłam kolegę o uwiecznienie tego na zdjęciu.

Wiedzieliśmy, że czeka nas dość długa wyprawa i kolega zapytał z troską w głosie, czy zjadłam śniadanie. Potwierdziłam, dodając przy tym, że konieczność wyjścia z domu bez śniadania (na przykład w celu wykonania badań laboratoryjnych) byłaby dla mnie istną bolączką. W odpowiedzi na to przytoczył znaną maksymę:
– Moja babcia mawiała, że śniadanie trzeba zjeść do syta, obiadem podzielić się z przyjacielem, a kolację oddać wrogowi.
Pełni energii wędrowaliśmy ulicą Górskiego wzdłuż Centrum Handlowego Riviera, a tymczasem kolega snuł opowieść o powstaniu jego ukochanego miasta. Gdynia uzyskała prawa miejskie w 1926 roku i do 1939 roku liczba ludności dobiła według kolegi do blisko 150 tysięcy. Według informacji, do których sama dotarłam, szacowano ją na 127 tysięcy. Polska po latach uzyskała swój kawałek morza. Zbudowano więc port, który był jednym z najlepiej prosperujących w Europie. Pozwoliło to na rozwój rybołówstwa oraz transport węgla. Chociaż swoje siedziby miały tam firmy zagraniczne, miasto zasiedlała ludność polska. Jak określił to kolega, port „wybudowano z entuzjazmu Polski niepodległej”. Jednak prężnie rozwijające się miasto „wpadło w oko” Niemcom. W 1939 roku Gdynię zaatakowano zarówno ze strony Wolnego Miasta Gdańska, jak i niemieckiej. Już w początkowym okresie wojny wysiedlono większość ludności, kładąc nacisk na przedstawicieli inteligencji, duchowieństwa i urzędów. Część z nich skierowano do wejherowskich więzień, a w Piaśnicy nieopodal Wejherowa dokonano eksterminacji wielu gdynian. Z opowieści kolegi dowiedziałam się, że podobno w drzewach piaśnickiego lasu znajdowano nawet zęby dzieci. Gdy słyszy się o tak makabrycznych wydarzeniach, człowiekowi pozostaje tylko mieć nadzieję, że sam nie będzie musiał nigdy takowych doświadczyć. Że dawne (czy aż tak dawne?) dzieje będą przestrogą dla nam współczesnych.
Wracając do współczesności… Wzdłuż Centrum Handlowego Riviera wędrowaliśmy aż do ulicy Wołyńskiej. Tam skręciliśmy. Po lewej minęliśmy parking, a za nim ulicę Wileńską. Ostatecznie weszliśmy w las, odbijając od razu w prawo. Na tym odcinku kolega uzupełnił opowieść o sylwetki Eugeniusza Kwiatkowskiego czyli ówczesnego ministra przemysłu i handlu, który zainicjował budowę portu oraz Tadeusza Wendy, który stworzył jego projekt. Kolega podkreślił, że tereny te zagospodarowywano od zera. Stawiano domy, budowano ulice, po prostu wszystko. Zabudowania były głównie koloru białego, stąd określano Gdynię jako „białe miasto”.
Mój towarzysz wsiąkł w historię Gdyni dzięki dziadkowi, ale nie brakowało mu oczywiście własnych wspomnień, o czym miałam się przekonać chwilę później. Po drodze zauważyliśmy namalowaną na płycie ażurowej pomarańczową strzałkę. Jej zwrot był przeciwny do naszego celu, w związku z czym przystawiliśmy stopy do pamiątkowego zdjęcia pod roboczym tytułem Idziemy pod prąd. Kolega ruszył przodem i po chwili usłyszałam jego wołanie:
– Znalazłem dla ciebie domek.
Przyznaję, nieco mnie rozczuliło.
Ścieżką dotarliśmy do ogrodzonego terenu, na którym stało kilka domków. Takich, jakie buduje się dla turystów, na przykład nad jeziorami. Te podobno dawniej zajmowali harcerze, a obiekt nosił wdzięczną nazwę Stokrotka. Obejrzeliśmy posesję zza bramy. Dopatrzyliśmy się nawet kwitnących w ogrodzie kwiatów, a przed bramą rosła ogromna kępa paproci. Następnie moją uwagę zwróciły porzucone fragmenty kłód po naszej lewej. W pobliżu niestety walało się sporo śmieci. Moim oczom ukazało się nawet opakowanie po kasecie magnetofonowej. Niemniej jednak, chociaż widok odpadów mnie zasmucił, nie zrezygnowałam ze zdjęcia siedzącej na pniu Marty. Wspięcie się na ten wybrany przeze mnie nie było najprostsze – chociaż spoczywał w pozycji leżącej, miał relatywnie sporą średnicę. Po chwilowych zmaganiach udało się.

Na prawo od ośrodka biegła droga, która nagle się urywała. Za nią znajdowały się tylko ogrodzenie i dachy Centrum Handlowego Riviera. Według kolegi dawniej biegła tędy ulica Litewska. Ruszyliśmy więc pomiędzy drzewami ścieżką, która wyłoniła się za przewalonymi kłodami. Nogi obute w sandały lekko grzęzły mi w stertach liści, bo grunt pod nimi był dość nierówny. Niezrażona tym jednak brnęłam dalej, w trop za kolegą, który doskonale znał drogę do wieży widokowej.
Już po pierwszym rzuceniu na nią okiem zrozumiałam, że kolega miał na myśli obiekt, o którym niemal cały świat zdał się zapomnieć. Stanął u podstawy piętnastometrowej konstrukcji, którą niemal doszczętnie pozbawiono drewnianych schodów.

– Spójrz, jak tu wygląda. Wieża to jest moja młodość – rozmarzył się nieco i zaczął wspominać, co wyprawiali na wieży ze znajomymi, kiedy ta była jeszcze funkcjonalna.
Ten fragment wyprawy będę wspominać najmilej. Wdrapaliśmy się na poprzeczkę, od której rozpoczynały się schody, a właściwie to, co z nich pozostało. Kolega prowadził, a ja powoli i ostrożnie podążałam za nim coraz wyżej, stopień za stopniem. Na jednym ze schodów wypisano złowieszcze hasło Witaj w piekle. Mimo ogromnej adrenaliny czułam raczej zew wolności niż lęk, a chyba takie uczucie powinno towarzyszyć naszemu wyobrażeniu piekła. Po chwili kolega uznał, że puści mnie przodem, by w razie czego mnie asekurować. Nie było jednak takiej konieczności. Pokonywaliśmy kolejne poziomy i mijaliśmy coraz wyżej położone tarasy widokowe. Aktualnie nie oferowały one jednak zbyt rozległych panoram, bo tereny wokół były mocno zadrzewione. Wspinaczka wreszcie (nie oszukujmy się, przecież balansowaliśmy na krawędzi zdrowego rozsądku) miała się ku końcowi. Ostatnie kilkanaście schodów okazało się jednak największym wyzwaniem. Gdy znaleźliśmy się na szczycie, nie wiedziałam, gdzie właściwie powinnam stanąć. Tutaj z wieży naprawdę został tylko szkielet. Kolega wyminął mnie i nakierował w najbardziej odpowiednie miejsce, o ile w ogóle można tak to określić. Stopy oparłam stabilnie o dwie różne krawędzie, chyba w poczuciu, że gdyby z jedną coś się stało, druga pozostałaby na swoim miejscu. Później odeszłam od tego zamysłu. Czułam się tam zupełnie stabilnie, ponadto dłońmi podtrzymywałam się balustrady. Dziś jednak nie pokusiłabym się o powtórkę.

Widoki były naprawdę fascynujące. Co prawda w stronę Witomina wciąż wszystko przesłaniały drzewa, ale północny-wschód miał nam więcej do zaoferowania. Po lewej rozciągały się naprawdę jaśniejące bielą zabudowania. Dokładnie jakby miasto chciało swym wizerunkiem poprzeć opowieści kolegi. Wypatrzyliśmy również Sea Towers. Dalej znajdowały się między innymi obiekty stoczniowe. Z kolei po prawej pośród rozlicznych ulic widniał kościół Świętego Antoniego, którego wieżę dobudowano wiele lat później. Całości dopełniało morze na horyzoncie. Z wieży mieliśmy przekrojowy widok na zatokę.
Właściwie ciężko słowami oddać, co człowiek może dostrzec z jakiegokolwiek punktu widokowego i nie inaczej było w tym przypadku. Obiekty można wymieniać, ale ich oglądanie byłoby jałowe, gdyby nie towarzyszyły temu emocje. Mimo wysokości nie czułam, by cokolwiek wadziło mojemu poczuciu komfortu. Mniemam, że kolega mógł mieć podobnie.
Przede wszystkim byłam podekscytowana samym odkryciem tego miejsca. Właśnie poznawanie dotąd nieznanego stanowiło jeden z kluczowych czynników, które tak uzależniły mnie od wędrówek. Smaczku wycieczkom niewątpliwie dodaje też towarzystwo, o ile uda się je dobrze dobrać i dana osoba pozwoli się zarazić moim entuzjazmem, a ja czuję się na tyle swobodnie, by nie dać go w sobie zgasić. Dalej wszystko dzieje się już samo. Gdy jesteś w terenie, gdzie nikt cię nie zna, ludzie nagle zaczynają się otwierać. To doskonały sposób, by kogoś lepiej poznać, nawet gdy wydaje ci się, że znacie się już na wylot.
A tutaj? Stoisz tyle metrów nad ziemią. Wokół nikogo nie ma. Jesteś tylko ty i ten drugi człowiek. Dla mnie chyba właśnie to poczucie nieskażonego niczym obopólnego zaufania stanowiło o magii tej chwili.
Chwili… Właściwie staliśmy na wieży pół godziny, dyskutując na tematy, które w innych okolicznościach może nigdy nie zostałyby poruszone. Pozostanę jednak w roli osoby, która chłonie historie, ale te prywatne zachowuje dla siebie. Tak jest po prostu uczciwie.
Nim zeszliśmy z wieży, poprosiłam kolegę, by uwiecznił mnie na tle owej panoramy. Delikatnie obróciłam się, starając się zachować stabilność.
– Stoisz prosto, jakbyś kij połknęła – zaśmiał się kolega.
Starałam się nieco tę sztywność przełamać, a po kilku kadrach uznaliśmy, że wystarczy tej sesji. Kolega sfotografował jeszcze „mądrość ludową”, jaką ktoś wyrył niemal po drugiej stronie wieży: Życie jest piękne, gdy ma się dla kogo żyć. Następnie podjęliśmy próbę zejścia. Zapytałam, które z nas pójdzie pierwsze i kolega bez chwili zwątpienia stwierdził, że on. W końcu miał mnie asekurować. Wydawało mi się, że schodzenie wymagało większej precyzji niż wdrapywanie się, ale być może moje wrażenie było mylne. W każdym razie wyszliśmy z tej przygody bez szwanku. Nie ukrywam, że do dziś uważam tę wspinaczkę za najbardziej szaloną i niebezpieczną rzecz, jakiej dokonałam w życiu, ale choć u szczytu miałam nie lada satysfakcję, drugi raz nie podjęłabym tego ryzyka. Mam jednak ogromną nadzieję, że próby odbudowy obiektu pewnego dnia nareszcie staną się rzeczywistością i będzie można posmakować tych widoków ponownie, już w bezpieczniejszych okolicznościach.

Ruszyliśmy ponownie w las, wzdłuż odchodzącej od wieży dawnej kładki czy też najniższego z tarasów – trudno to określić jednoznacznie. W ten sposób dotarliśmy do innego miejsca, które otwierało koledze szafę wspomnień. Tutaj przychodzili ze znajomymi, gdy odwiedzanie wieży stało się kłopotliwe. Usłyszałam też, że zawsze sprzątali po sobie chociażby butelki i był wyraźnie zniesmaczony na widok niezłej kolekcji wokół korzeni drzewa, przy którym siadywali kiedyś.

Kilkanaście metrów dalej w lewo znajdowało się wyrobisko pocegielniane. Wydobywano stąd glinę na potrzeby lokalnej cegielni, stojącej prawdopodobnie tam, gdzie aktualnie znajdował się najbliższy nam róg Centrum Handlowego Riviera. Druga, dość słynna cegielnia, działała w Kolibkach, w okolicy obecnej ulicy Bernadowskiej.
Wreszcie wyszliśmy na Kielecką. Pierwszym obiektem, który zwrócił moją uwagę, była lecznica weterynaryjna. Obok znajdowały się sklep z artykułami do sprzątania i droga wiodąca ku zabudowaniom, pośród których mieszkał podobno prezydent miasta (?). Tymczasem po naszej prawej, podążaliśmy bowiem ku Bydgoskiej, swoją siedzibę miała Wyższa Szkoła Administracji i Biznesu. Jej budynek dawniej nazywano Izbą Wełny. Na wysokości przejścia dla pieszych przy Bydgoskiej, znajdował się natomiast obiekt, którego czasy świetności ewidentnie przeminęły. To, co dawniej było hotelem Bałtyk, dziś stanowiło ruinę, która w niezwykle artystyczny sposób wpisywała się w kadr. Jednak zdjęcia nie oddawały jej uroku, po kilku próbach spasowałam więc i ruszyliśmy dalej Bydgoską.

Po prawej rzucały się w oczy cyrkowe przyczepy, umalowane na bardzo żywe kolory. Po lewej natomiast pojawiła się prostopadła droga, która nosiła tę samą nazwę. Podążyliśmy nią ku Poznańskiej, mijając przy tym transformatory. Skręciliśmy w prawo, docierając przez Poznańską ku Witomińskiej. Przy okazji natrafiliśmy na umieszczone skośnie w chodniku żółto-białe barierki, których zastosowania nie byliśmy w stanie rozszyfrować. Przy skrzyżowaniu z Witomińską znajdowały się dwa warsztaty samochodowe, w tym jeden z myjnią. Zauważyłam też reklamę Teatru Muzycznego pomiędzy zwykłymi domami i odparłam, jakby mnie totalnie zaćmiło:
– To on niby jest gdzieś tutaj ten teatr czy tu stoi tylko reklama?
– Teatr Muzyczny w Gdyni? – spytał kolega, jakby usłyszał totalne bluźnierstwo.
Szybko uświadomiłam sobie swoją gafę i momentalnie oprzytomniałam 😉
Skręciliśmy w Toruńską, gdzie na skrzyżowaniu swoją siedzibę miały zakład pogrzebowy i spółka wodociągowa. Budynki wokół zaczęły mieć charakterystyczne kształty, które kolega określił jako „gdyński modernizm”. Stanowił on trend w architekturze, który wykorzystywał zaokrąglenia murów, balustrady czy okna wyglądające niczym bulaje statków. Wystarczyło mi zobaczyć jeden taki dom i rozpoznawałam wpływ modernizmu w kolejnych, które mijałam. Ów styl wydawał się nie do pomylenia.

Dalej wędrowaliśmy Bydgoską, gdzie znalazłam piekarnię, a kolega… szyszkę. Pokazał mi ją, bo była nietypowa. Miała kolce. Prawdopodobnie pochodziła z sosny czarnej.
– Mogę wziąć na pamiątkę? – zapytałam.
– Jest twoja – dobrodusznie zgodził się kolega.
Przy okazji tej lekcji botaniki, kolega zapytał mnie, czy jadłam w dzieciństwie orzeszki buczynowe. Gdy zaprzeczyłam, z nadzieję próbował dalej:
– A morwę jadłaś?
Pokręciłam przecząco głową.
– To może chociaż przyczepiałaś klonowe noski?
Przynajmniej na to pytanie mogłam odpowiedzieć twierdząco. Może jednak nasze lata dziecięce nie różniły się aż tak bardzo?


Wędrowaliśmy Bydgoską, po lewej mijając dojazd do wspominanego prezydenckiego osiedla. Natomiast po prawej znajdowały się kolejno ulice Kujawska, Mazowiecka, Królewiecka, Malborska i Fromborska. Były na tyle krótkie, że dało się je obejrzeć na przestrzał i tylko zaglądaliśmy w nie od strony Bydgoskiej, postanawiając rzucić później okiem także z Witomińskiej. Wyjątkiem było podejście do ogromnego buku, który był pomnikiem przyrody.
– To drzewo musi mieć ze czterysta lat – powiedział kolega, próbując podkreślić jego potężne gabaryty.
– Dokładnie dwieście dziesięć – zripostowałam, opierając się na przyczepionej do pnia tabliczce.

Nim wyszliśmy na Witomińskiej, znaleźliśmy jeszcze siłownię na powietrzu, warsztat samochodowy i serwis komputerowy. Przeszliśmy na drugą stronę głównej drogi, by wejść na Cmentarz Witomiński. Kolega pytał już wcześniej, czy ów teren wpisuje się w plan naszej wycieczki. Zależało mu na odwiedzeniu ważnego dla niego grobu. Przed bramą cmentarza znaleźliśmy kwiaciarnię, po czym przekroczyliśmy próg nekropolii i wędrowałam już w trop za kolegą.

Zapytał mnie, czy wiem, dlaczego na Wszystkich Świętych miejsca takie jak to wypełniają się szeregiem świateł. Opowiedział mi, że nie tylko zwyczaj palenia zniczy przejęliśmy od dawnych Słowian. Topienie marzanny czy obchodzenie nocy Kupały, znanej nam jako noc świętojańska, także należały do zwyczajów o korzeniach pogańskich. Dotarliśmy wreszcie do sektora, który najbardziej interesował kolegę.
– Wiesz, czemu to jest najsmutniejsze miejsce na tym cmentarzu?
Patrzyłam na niego wyczekująco.
– Spójrz na rozmiary nagrobków.
– Dzieci – zrozumiałam momentalnie.
Wiele nagrobków musiało latami leżeć bez żadnej interwencji ze strony bliskich. Na jednym sztuczne kwiaty pokrył pył, na innym położony krzyż przywarł do zeschniętej ziemi. Pośród licznych grobów maleństw, które niejednokrotnie nie przeżyły nawet miesiąca, znalazły się także niewielkich rozmiarów groby osób, które dożyły sędziwego wieku. Kolega wyjaśnił mi, że prawdopodobnie wewnątrz są urny z prochami, a nie całe ciała. To miejsce odsłoniło w nas pokłady wrażliwości. Czyż każdy z nas nie ma w swoim sercu luki, jaką pozostawił ktoś, kto odszedł? Zawsze za wcześnie.

Ostatnim punktem podczas wędrówki po cmentarzu był sektor poświęcony walczącym za Ojczyznę. Dodatkowo ustawiono tam pomnik upamiętniający tych, którzy bronili polskiego wybrzeża w 1939 roku.
Żeby przełamać ów ponury nastrój, kolega wysilił się na żarcik sytuacyjny:
– Pokażę ci coś ciekawego.
Obróciłam się w jego stronę, odrywając się od czytania nazwisk na nagrobku entego majora, kapitana czy strzelca.
– Dziura – wskazał na pękniętą kamienną donicę, część nagrobka. – I z tej dziury wylatują muszki.
Chwilę później jednak spoważniał, przyglądając się tablicy nagrobkowej:
– Zobacz, nie ma nic – rzeczywiście, tablicy nie wypełniał żaden napis. – I nikt tego grobu nie likwiduje, pewnie też wojenny.

Rzuciłam jeszcze okiem na ścianę, której wnętrze musiało skrywać co najmniej kilkadziesiąt urn, po czym opuściliśmy teren cmentarza i ruszyliśmy w lewo. Minęliśmy cmentarną kaplicę, która wyglądała zaskakująco nowocześnie. Zastanawialiśmy się, czy w tym przeszklonym budynku zainwestowano również w klimatyzację. Kawałek dalej roboty budowlane umożliwiły nam podejrzenie, jak warstwowo zbudowana była droga. Pod asfaltem umieszczono kilka poziomów bruku.

Witomińska ciągnęła się dość długo, ale obiektów było niewiele. Początkowo zdominowały ją firmy kamieniarskie. Znaleźliśmy także cztery zakłady pogrzebowe. Później wypatrzyliśmy ogłoszenie dotyczące chiromancji i pierwszy z kilku warsztatów samochodowych. Minęliśmy także firmę oferującą „technologie gastronomiczne”, kwiaciarnię i psiego fryzjera. Miłym urozmaiceniem była placówka szkolna. W jednym budynku swoją siedzibę miały przedszkole, Szkoła Podstawowa Nr 24, Gimnazjum Nr 21 i Szkoła Przysposabiająca do Pracy Nr 2.
Zamierzałam przejść ku Pomorskiej schodkami, ale przegapiliśmy właściwe, a następnie zupełnie inne wzięliśmy za te przez nas poszukiwane i zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, bo ograniczały nas bramy. Skręciliśmy zatem przy sklepie ogrodniczym w lewo, a po chwili znów w lewo. W ten sposób pokonaliśmy pierwszy odcinek Pomorskiej i ruszyliśmy ku Kwidzyńskiej, mijając przy okazji sklep muzyczny i gabinet stomatologiczny. Dopiero z tej perspektywy zauważyliśmy, że właściwe schody były już na wysokości szkoły.
Kawałek dalej, przy jednym z domów zauważyliśmy długie schody o łukowanych poręczach, okolone zaroślami. Dawniej, kiedy ogród był bardziej wypielęgnowany, to miejsce musiało wyglądać naprawdę pięknie. Na Kwidzyńskiej minęliśmy jeszcze warsztat samochodowy i przedszkole. Podążając w kierunku Olsztyńskiej, natknęliśmy się na wejście do parku.


Wydawało się, jakby ścieżka wewnątrz niego biegła niemal równolegle do asfaltowej drogi, więc przystałam na propozycję kolegi, by wędrować parkiem. Chociaż dzielnica należała raczej do spokojnych, otaczająca nas w tamtej chwili zieleń koiła jeszcze bardziej. Miałam poczucie wszechobecnej sielanki.

– Ty się chyba cieszysz życiem, co? – spytał kolega.
Przytaknęłam. Wiem, jak bardzo się zmieniłam przez ostatnie, ja wiem, dwa lata? Niewątpliwie była to zmiana na lepsze. Dla mnie, ale myślę, że także dla mojego otoczenia. Przestałam się tyle przejmować opinią innych. Poukładałam pewne rodzinne i osobiste kwestie. Podjęłam satysfakcjonującą mnie pracę i zaczęłam się realizować także na innych płaszczyznach, czego doskonałym przykładem mógł być trójmiejski projekt. Wreszcie zdałam sobie sprawę, że to tylko moje życie i powinnam je przeżyć według własnego zamysłu, a nie wbijać się w schemat, jaki ułożyliby dla mnie inni. Niedużo wcześniej usłyszałam od kolegi z pracy, że nie da się przejść całego Gdańska, każdej jego ulicy. I przyznaję, że z niemałą satysfakcją odpowiedziałam mu, że już to zrobiłam. Zdecydowanie te wędrówki stały się dla mnie jednym z zajęć sprawiających mi największą frajdę w życiu.

W tamtym momencie wędrowaliśmy tak, jak prowadziła nas ścieżka. Przynajmniej do pewnego momentu. Wówczas improwizowaliśmy, sugerując się tym, gdzie ziemia była bardziej udeptana albo widniejącymi w oddali zabudowaniami. Spoglądaliśmy także w górę. Najciekawszym obiektem okazała się zbitka desek, stanowiąca być może dawniej podłogę domku na drzewie. Z drugiej strony pośród naziemnej roślinności znaleźliśmy kość. Jedynie nasz plan wyjścia na Olsztyńskiej nie powiódł się. Wszędzie blokowały nas ogrodzenia. Wreszcie postanowiliśmy z powrotem pokonać parkową trasę. W pewnym momencie niemal zabłądziliśmy, choć według mapy park nie wydawał się zbyt duży. Wszystkie drzewa zdawały się wyglądać podobnie. Sugerowaliśmy się intuicyjnymi kierunkami świata. Wreszcie uratował nas ów „domek na drzewie”. Od niego bez problemu wyznaczyliśmy drogę powrotną.

Normalną ulicą dotarliśmy do Olsztyńskiej, skręcając w nią. Przy okazji minęliśmy krzewy czerwonej porzeczki i agrestu, co nam obojgu przypomniało lata dziecięce. Na samej Olsztyńskiej zaintrygował nas budynek, z balkonem tylko przy najwyższej z trzech kondygnacji. Kolega wyraził przypuszczenie, że pod nim, poziom niżej, być może kiedyś też istniał balkon. Przychyliłam się do tej sugestii, zauważając zamurowany fragment ściany w kształcie kwadratu. Jego odrębność wyraźnie się odznaczała. Po drugiej stronie ulicy dopatrzyliśmy się z kolei dziur w ścianach, które kolega przypisał wojennym kulom. Na naszej trasie znalazły się także serwis RTV i przedszkole. Ponadto natknęliśmy się na gabinety stomatologa, otolaryngologa i logopedy. Koledze wpadło w oko także pewne auto. Sam jeździł innym modelem tej marki. Gdy wyszliśmy chwilę później na Pomorskiej, zaglądając uprzednio w Mazurską, spotkaliśmy nawet mechanika samochodowego, z którego usług korzystał kolega. Widać było, że specjalizował się w naprawach właśnie tych aut, kilka stało w rządku nieopodal jego warsztatu.

Na Pomorskiej skręciliśmy w prawo. Minęliśmy salon kosmetyczny i wypożyczalnię wideo. Następnie schodkami po lewej przeszliśmy na Warszawską i ruszyliśmy na północ. Na swojej drodze znaleźliśmy dwa sklepy meblowe, gabinety stomatologiczny i ortodontyczny, siedzibę Gdyńskiego Stowarzyszenia Osób Niesłyszących, Ich Rodzin i Przyjaciół, piekarnię, sklep mięsny i kilka spożywczych, w tym Żabkę. Ponadto wypatrzyliśmy fryzjera, kwiaciarnię, sklepy z firanami, kołdrami i wielobranżowy. Jeszcze dalej znajdowały się salon fryzjersko-kosmetyczny, szklarz, sklep zoologiczny, gabinety dietetyka i stomatologa oraz lombard. Najbardziej zaintrygowała mnie chyba gablota serwisu komputerowego. Wypełniały ją ubrane w sukienki manekiny, zabawki i sztuczne kwiaty. Od skrzyżowania dzieliły nas jeszcze piekarnia, sklep mięsny, gabinet stomatologa i salon masażu.

Znaleźliśmy się na zbiegu ulic Warszawskiej i Nowogrodzkiej. W tym miejscu się pożegnaliśmy i każde poszło w swoją stronę. Dalszym ciągiem mojej trasy była ulica Nowogrodzka, ruszyłam więc w lewo. Minęłam kiosk, a bliżej kolejnego skrzyżowania po prawej agencję reklamową, zaś po lewej park sióstr urszulanek, który wyglądał bardzo niepozornie. Kierowałam się wciąż na wprost. Bez większych przygód dotarłam do krańca ulicy Nowogrodzkiej. Prócz zabudowy mieszkalnej był tam tylko jeden sklep z częściami samochodowymi.

Naprzeciwko mnie, już na Tatrzańskiej, mieściła się Szkoła Podstawowa Nr 26. Przy niej ruszyłam w prawo. Dość szybko zmieniałam kierunek, bo droga mocno się wiła. Doprowadziła mnie do placówki pod pieczą jezuitów, oferując jednak uprzednio kilka interesujących prywatnych posiadłości. Szczególnie przypadł mi do gustu drewniany domek z białymi ramami okien, okolony gdzieniegdzie krzewami. Z kolei jedną z latarni owinął dość gęsto bluszcz. Ciekawie wyglądała również posesja z 1933 roku, z dużym ogrodem, schodzącym stopniowo coraz niżej, od domu do furtki. Minęłam przedszkole i niemal od razu ujrzałam tabliczki informujące, że w obrębie jezuickiego centrum sportowego uświadczymy zarówno basen oraz saunę, jak i fitness oraz salę sportową.
Okazało się, że te tereny nazwano Wzgórzem Świętego Stanisława Kostki i zostały one zagospodarowane właśnie przez jezuitów. Boczną drogą po prawej dotarłam do kościoła Świętego Stanisława Kostki, a także do Gimnazjum i Liceum Jezuitów. Obok budynku szkoły umieszczono pamiątkową tablicę poświęconą jezuitom zamordowanym przez hitlerowców w 1939 roku. Wiele ciekawych informacji umieszczono w gablotach ustawionych wzdłuż budynku szkoły. Wyczytałam tam między innymi, że placówka powstała w 1937 roku dzięki poparciu Eugeniusza Kwiatkowskiego, ale podczas wojny jej działanie było niemożliwe, chociażby dlatego, iż jezuicką kadrę rozstrzelano w Piaśnicy. W kolejnych częściach wystawy prezentowano już współczesny obraz szkoły wraz z jej misją i ignacjańskimi sposobami nauczania.

Powróciłam na Tatrzańską, by kierować się nią ku Słupeckiej. Wypatrzyłam studio fitness. Chwilę później mijałam siostrę zakonną. Nosiła biały habit. W trakcie pisania tego rozdziału szukałam odpowiedzi na pytanie, jakiego zakonu mogła być przedstawicielką. W terenie założyłam, bazując na znajdującej się nieopodal ulicy Urszulanek, że może właśnie minęłam urszulankę. Nie dajcie się jednak zwieść. Internet też bywa średnio pomocny, jeśli szpera się w nim po omacku. Postanowiłam więc zwrócić się do kolegi bardziej obeznanego w tej dziedzinie i znalazł on odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Z niemal stuprocentowym prawdopodobieństwem stwierdził on, że zakonnica była przedstawicielką zakonu Sióstr Wielkiego Zawierzenia. To taki nieoficjalny odpowiednik męskiego zakonu jezuitów, gdyż oficjalnie na żeński zakon zgody nie wyraził sam papież. Siostry te są formowane w celu towarzyszenia ludziom w rekolekcjach ignacjańskich.
Podczas tamtego terenowego spotkania rzuciłam ku niej charakterystyczne Szczęść Boże, a ona odpowiedziała mi tym samym. Zauważyłam, że kiedy mówię do dzieci albo zwracam się do kogoś grzecznościowo, często mówię wyższym głosem niż zwykle. Podobnie było w tym przypadku.
Dalej zaintrygował mnie kamienny mur, zza którego wychylała się zieleń. Kobieta idąca na tle tej zieleni wydawała się łudząco do mnie podobna, choć obserwowałam ją ledwie kątem oka. Wydawało się jedynie, jakby wędrowała w dół, chowając się za częścią muru bez „okienek”. Po chwili jednak połapałam się, że nie miałam do czynienia z lukami w murze, lecz z lustrami i to ja byłam ową postacią. Wykorzystałam te okoliczności do zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia. No dobra, kilku.

Z kolei na Słupeckiej zaintrygował mnie biały dom z niebieskimi otoczkami okien i drzwi. Zamierzałam go uwiecznić w pełnej okazałości, bo wyglądał prawie jak z bajki. Zorientowałam się jednak, że w ogrodzie opala się mężczyzna, prawdopodobnie właściciel, i zatrzymałam się tak nagle, że zwróciłam na siebie jego uwagę. Nie pytałam już, czy pozwoli mi sfotografować posesję. Zrezygnowałam z tego pomysłu i poszłam dalej. Tam znajdowała się firma oferująca gadżety reklamowe.

Wkrótce skręciłam w ulicę Urszulanek. W tamtej chwili chyba najbardziej czułam zmęczenie. Idąc pod górę łukowatą drogą, wystawiałam się na słońce, co potęgowało moje odczucia. Niemniej jednak, było warto. Co prawda po spotkaniu zakonnicy chyba liczyłam, że na ulicy Urszulanek znajdzie się ich klasztor, nawet pomimo tego, że siostra miała inny habit. Nie odnalazłam go, za to wypatrzyłam opuszczony i zdewastowany dom w stylu modernistycznym (a jakże!). Serio nie wiem, czemu ciągnie mnie do takich miejsc, ale podobnie jak podczas odwiedzin na Kamiennym Potoku, byłam w stanie sobie wyobrazić, jak odnawiam tę przestrzeń i nadaję jej mój charakter. Tajemnicze, gęste zarośla wokół pewnie też zrobiły swoje.

Zawróciłam, po czym skierowałam się w ostatni, nieznany mi jeszcze, odcinek Pomorskiej. Po lewej minęłam schody prowadzące ku Karpackiej i sklep budowlany. Na samej Pomorskiej wypatrzyłam firmę oferującą świeżo wyciskane soki, sklep z odzieżą roboczą, psiego fryzjera, warsztat samochodowy i Centrum Terapii Autyzmu.
Przez Nowogrodzką ponownie trafiłam na Warszawską, gdzie skręciłam w lewo. Pierwsza w oczy rzuciła mi się czytelnia. Dalej moją uwagę zwróciły roboty drogowe i sklep z częściami do aut. Później minęłam Pomorski Ośrodek Korekcji Wad Postawy i poradnię rehabilitacyjną, przychodnię weterynaryjną i zwierzęce studio urody. Za sklepem obuwniczym oderwałam się na chwilę od nieruchomości, by podziwiać delikatność ptaszęcia w ruchu. Podskakiwał delikatnie na chodniku, a ja starałam się go nie spłoszyć i wykonać choć jedno nieporuszone zdjęcie. Maleństwo było ledwie wycinkiem kadru, ale udało mi się stworzyć symbol tego spotkania.

Na dalszym odcinku Warszawskiej znalazłam pizzerię, kiosk oraz sklepy: z roletami i medyczny. Temu ostatniemu towarzyszyły przychodnia, apteka i graffiti Good morning Gdynia, dla uwiecznienia którego specjalnie przeszłam na moment na drugą stronę drogi. Dalej zobaczyłam fryzjera, sklepy budowlany, papierniczy i spożywczy. Za skrzyżowaniem ze Słupecką wypatrzyłam kolejne sklepy i lokale. Pierwszym z nich był fryzjer, a nieopodal niego stała apteka. Dalej znalazły się sklep elektryczny, kilka spożywczych i zoologiczny, firma oferująca urządzenia czyszczące, hurtownia z kwiatami i zniczami oraz biblioteka i sala bankietowa.

Tym sposobem dotarłam do ulicy Wolności. Na rogu zaintrygowały mnie wyrzeźbione na framugach drzwi kwiatowe, podobne do kaszubskich, motywy. Skręciłam w lewo i niemal od razu minęłam sklep spożywczy. Zajrzałam w Karpacką, nie znalazłam tam jednak nic intrygującego, więc ruszyłam dalej. Wypatrzyłam perukarnię, a niedługo potem, dochodząc do rozwidlenia dróg, wybrałam lewą odnogę czyli Podlaską. Znajdował się tam warsztat samochodowy.
Wkrótce droga rozchodziła się. Odbiłam lekko w prawo, by po chwili ruszyć w lewo w Szczecińską. Na tym odcinku znalazłam jedynie firmę oferującą nadruki, na przykład na koszulki. Bez większych przygód zboczyłam na Sztumską, przez którą trafiłam na Wolności. Dotarłam do jej krańca, by zajrzeć w Elbląską, po czym cofałam się w stronę wspominanego rozwidlenia. Zaciekawił mnie motocykl w jednym z ogrodów, matowy, w kolorze wojskowej zieleni. Podnosiłam aparat, gdy nagle z domu wypadł pocieszny psiak. W biegu jego uszy podnosiły się ku górze. Tak bardzo skupiłam się na nim, naciskając migawkę, że obcięłam przód i tył pojazdu, za to uroczy psiak znalazł się w kadrze w pełnej krasie.
Dalej minęłam sklep spożywczy i cukiernię. W okolicy skrzyżowania z Tatrzańską stacjonowały jeszcze Gimnazjum Nr 23 i II Liceum Ogólnokształcące, a przy wspomnianym wcześniej rozwidleniu także Gimnazjum Nr 2. Do tej ostatniej placówki przylegały boisko oraz spory i barwny plac zabaw, w którym bawiło się sporo dzieci. Zawracając znanym już sobie odcinkiem ulicy Wolności, dopatrzyłam się jeszcze tapicera.

Żwawym krokiem ruszyłam do tunelu prowadzącego do dworca Gdynia Główna, dzięki czemu znalazłam się po drugiej stronie ulicy Śląskiej. Minęłam hostel i zauważyłam malarzy tworzących mural na ścianie pierwszego z bloków. Pośród rusztowań wędrował także fotograf. Po drugiej stronie szerokiej drogi znajdowała się przychodnia. Ulica była tutaj nie tylko szeroka, ale wiodła też na różnych poziomach. Tymczasowo trzymałam się niżej. Dzięki temu zauważyłam napisy na filarach wiaduktu. Jedno z haseł rozpisano na kolejne litery, pozostałe zapisano po słowie czy dwóch. Całość tworzyła zdanie-drogowskaz This way to the FUTURE.
Tymczasem jednak wędrowałam ku przyszłości, zbaczając lekko z głównego kursu. Wstąpiłam na ulicę Podjazd, gdzie czekały mnie ogromne schody, biegnące ponad drogą. Z tego podwyższenia widziałam jak na dłoni przejeżdżającą kolejkę SKM, pod wiaduktem pokrytym torami – autobus i auta. Moją uwagę zwróciło także graffiti przedstawiające postać na wózku inwalidzkim, która zdawała się zjeżdżać w stronę ulicy. Gdy odwróciłam się ku przeciwnej barierce, mogłam obserwować ruch aut na Śląskiej.

Po drugiej stronie schodów rozciągała się niemal parkowa droga, która chwilę później, gdy pojawiła się zabudowa mieszkalna, ustąpiła chodnikowi. Chwilę później zobaczyłam pana z psiakiem, którzy zwrócili moją uwagę już w tunelu dworca. Zwierzak miał ciemnoróżową chustę, nie do pomylenia.
Dalej minęłam siedziby kilku firm. Z kolei po przeciwnej stronie drogi jawił się kontrast nowego ze starym. Zaniedbana budowla sąsiadowała z bardzo zadbanym domem o śnieżnobiałych ścianach. Od tamtego miejsca lokale użytkowe i sklepy obserwowałam głównie po prawej, chociaż pośród zabudowy mieszkalnej po mojej stronie drogi gdzieniegdzie też stacjonowały różne firmy. Po prawej zobaczyłam szewca, sklepy spożywcze, w tym ze zdrową żywnością, drukarnię reklamową, dwie pralnie, dwa sklepy meblowe, krawca, jubilera, grawera, salon urody, pizzerię, pasmanterię, kaletnika i sklep odzieżowy.
Niezła wyliczanka!
Natomiast z bliska, bo po lewej stronie, widziałam restauracje, w tym chińską, Baltic Business Center, Żabkę, fryzjera, kwiaciarnię, firmę produkującą kosmetyki. Tym sposobem dotarłam do skrzyżowania z Nowogrodzką. Skręciłam na moment w lewo. W poszukiwaniu Podolskiej, Poleskiej i Litewskiej trafiłam na drogę wiodącą do tunelu, na parking, sklepu spożywczego i baru. Niestety nie udało mi się zweryfikować nazwy tej drogi.
Wróciłam ku głównej drodze, powielając schemat sprzed chwili. Po prawej wypatrzyłam piekarnię, sklepy odzieżowy, spożywczy i dwa monopolowe, krawca, aptekę, sklep budowlany, papierniczy z ksero, bibliotekę, cukiernię, kwiaciarnię, sklep meblowy, pocztę oraz pracownię reklamową. Natomiast po mojej stronie znów przegląd był dość ubogi i zawierał przychodnię, stację paliw, Wyższą Szkołę Bankową, warsztat samochodowy, Żabkę, stomatologa, ginekologa i sklep z upominkami.
Na odcinku za skrzyżowaniem z Warszawską po prawej stronie widniały tylko drzewa i bloki za nimi, zresztą po lewej obiektów też było niewiele. Minęłam Ochotniczy Hufiec Pracy, Państwową Inspekcję Pracy, Okręgowy Inspektorat Rybołówstwa Morskiego, jeden z oddziałów Narodowego Funduszu Zdrowia i gabinety stomatologiczne.

Na ostatnim odcinku zieleń zdominowała moje otoczenie i przełamał ją jedynie duży pluszowy (?) miś na jednej z posesji. Przez moment poobserwowałam jeszcze latającą nisko mewę. Wreszcie, bo na ostatnim odcinku moje nogi działały już chyba na autopilocie, dotarłam do zejścia prowadzącego na stację. Wsiadłam w pociąg powrotny na stacji SKM Gdynia Wzgórze Świętego Maksymiliana.
Ze stopami brudnymi niczym po pracy w polu, z nogami podrapanymi o gałęzie i pogryzionymi przez owady oraz okraszona zaczątkami opalenizny dzięki wciąż obecnemu słońcu, powróciłam do domu. Muszę jednak przyznać, że nogi bolały mnie niczym przy bardzo silnych zakwasach. Jakby nie patrzeć, wędrowałam przez sześć godzin. Po raz pierwszy przekroczyłam w Gdyni dystans piętnastu kilometrów podczas jednej wyprawy i wykonałam rekordową liczbę zdjęć – ponad siedemset.
I chociaż zapasy sił były na wyczerpaniu, żadna z dotychczasowych wycieczek nie przyniosła mi tyle satysfakcji, co zwiedzenie Działek Leśnych. Dostarczyłam sobie naprawdę potężną dawkę endorfin i po raz pierwszy poczułam, że czasem warto sięgnąć głębiej. Poznać dawne dzieje, a nie tylko to, co tu i teraz. Kolega niewątpliwie jest w Gdyni rozkochany i emanuje swoją pasją. Chyba potrzeba mi było takiego właśnie punktu zapalnego – kogoś, kto niemal za rączkę wprowadzi mnie w świat gdyńskiej historii.
Obym poznała jeszcze niejedną opowieść o „mieście z morza”.
Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

Kiedyś, jak będzie spacer po Działkach Leśnych z przewodnikiem, to jestem gotów nawet przyjechać z Gdańska – dzielnica zróżnicowana, różne wille i obiekty użyteczności publicznej. Do tego ten po Grabówku mi się podobał. A z Działkami Leśnymi byłem związany przez trzy lata jako uczeń II Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza. 👍
Natomiast Twoje wejście na wieżę widokową mnie zaskoczyło, choć już o nim mówiłaś. Chodzi o buty, w których bym się nie odważył (zresztą nie wiem, czy bym się zgodził bez najprostszych lin z okuciami). 😉
Oczywiście śledzę co jakiś czas postępy w sprawie remontu wieży, bo jest też Ci znany (biernie) fanpage „Wieża OdNowa”. Udział w otwarciu poleciałbym Ci tak samo, jak spacer z przewodnikiem po sąsiedniej (sic!) dzielnicy Działki Leśne. Tu doszliśmy do zmiany, za którą i tak mało kto nadążyło – od jesieni 2015 r. wieża czy centrum handlowe u podnóża są na Wzgórzu św. Maksymiliana. 😉
Tak, zdecydowanie jedna z ciekawszych przestrzeni w Gdyni, a jednocześnie dużo spokojniejsza, choć w pobliżu leży przecież tak licznie odwiedzana (choć podejrzewam, że nie w obecnych okolicznościach) Riviera 🙂
Co do podziału na dzielnice – wracamy do tego tematu wielokrotnie, zatem może podrzucisz mi jakieś oficjalne podziały? Ten projekt jest oczywiście już zamknięty, więc nie poprzestawiam treści rozdziałów, ale wiedziałabym na przyszłość 🙂
Hm, na swoją obronę powiem, że cały strój był adekwatny do pogody, a idąc na wieżę nie miałam pojęcia, że będzie w takim stanie. Żebyś widział mnie, jak ostrożnie stawiałam kroki! 😉 No i jak napisałam, nie odważyłabym się na powtórkę, więc bardzo liczę, że wreszcie wspomniana przez Ciebie inicjatywa przyniesie owoce. Bardzo się cieszę, że są ludzie, dla których wieża jest ważna 🙂
Podział administracyjny po zmianach jest na poniższej mapie:
https://www.gdynia.pl/mieszkaniec/budzet-obywatelski-2018,7577/w-piatek-rusza-nabor-wnioskow-do-budzetu-obywatelskiego-2018,516804
Natomiast na tle ulic i budynków to najlepszy jest w OpenStreetMap.org , gdzie trzeba śledzić fioletowe linie kropkowane z nazwami dzielnic wzdłuż nich. 🙂
Przy okazji, odkryłem w sobie powody zamiłowania do dzielnic (niekoniecznie willowych) blisko centrum danego miasta, ale zielonych i górzystych, zapewniających widok na to centrum np. ze zbocza. W Gdańsku ten wymóg spełnia oczywiście Suchanino, gdzie się wychowałem, znane mi ze spacerów Wzgórze Mickiewicza, a także fragmenty Siedlec i Chełma. W Gdyni – Kamienna Góra i właśnie Działki Leśne, które mają potencjał dla wymagającego turysty, jak ja. 😉
Drugi powód jest też sentymentalny i dotyczy miasta porównywalnego z Gdańskiem wielkością – Bratysławy. Chodzi o jej fragmenty Starego Miasta (Bratislava I – Staré Mesto), które górują nad „starówką” (dzielnica jest jeszcze większa od gdańskiego Śródmieścia ze wszystkimi jego osiedlami). A spodobała mi się podczas poszukiwań w Google StreetView domów wg projektu Dušana Jurkoviča – tego samego, o którym wspominał nasz geograf na kursie. 😉 Dokładnie to poszukiwałem i znalazłem dom ważnej dla mnie osoby, w którym mieszkał sam architekt. Stąd pewnie mój sentyment i myśli: „Ul. Drwęcka, Na Zboczu, Urszulanek czy Tatrzańska – przecież Beáta ma z tarasu pełnego kwiatów podobny widok”. Piosenkarka może sobie mieszkać dzięki temu blisko centrum, z ładnym widokiem, ale z dala od turystów, choć i tak podobno często chodzi pieszo, a „rozchwytywanie” z lat 80. i tak minęło! 🙂