Gdynia Grabówek – krótka historia o tym, że trzeba mieć do mnie cierpliwość ;)

Dojechałam na miejsce spotkania nieco prędzej niż koleżanki, które miały mi towarzyszyć. Prawdopodobnie po raz ostatni w ramach projektu wysiadałam na SKM Gdynia Grabówek, postanowiłam więc odwiedzić osadę Kolejową. Doprawdy nie wiem, dlaczego mimo kilku wizyt w pobliżu, nie wpadłam na to wcześniej.

Ulica biegła wzdłuż torów, co jakiś czas oferując zakręt. Pierwszy był jednak niedostępny – bramy broniły dojścia do zakładu produkcyjnego firmy budowlanej. Kolejne wypełniała zabudowa mieszkalna. Przy jednym z ogrodów wylegiwał się piękny kocurek, z obróżką łudząco przypominającą muszkę. Kilka razy nacisnęłam migawkę aparatu, a on patrzył prosto na mnie, jakby pozowanie było jego codziennością. Później zauważyłam słupki, pozostałości po dawnej bramie, przez którą dawniej biegł jeden tor, przecinający także drogę. Drzewa i krzewy okalające betonowe filary nadawały temu miejscu znamiona tajemniczości. Dalsze tereny należały do kolei, ale pośród nich znalazł się warsztat samochodowy.

Zawróciłam i zauważyłam pociąg, którym prawdopodobnie nadjechały koleżanki. Okazało się, że rzeczywiście. Spotkałyśmy się po drugiej stronie torów, na ulicy Zakręt do Oksywia i dalszą część trasy pokonywałyśmy już we trzy. Zakładałam, że w jedną stronę skupimy się na głównej ulicy czyli Morskiej i drobnych odnogach po jej lewej stronie. W drodze powrotnej zamierzałam odkryć mniejsze ulice na południe od głównego ciągu komunikacyjnego.

Zaczęłam rejestrować obiekty wokół na wysokości ulicy Filomatów, która to nazwa bardzo zaintrygowała jedną z koleżanek. Wiedziała oczywiście, kim byli owi filomaci, ale nie spotkała się dotąd z taką nazwą ulicy. Pierwszą ścieżką od Morskiej, jaka jawiła się nam za ulicą Filomatów, ruszyłyśmy na Okrzei. Po lewej ujrzałyśmy fioletowe auto o ciekawym odcieniu, a także widziane przeze mnie na jednej z poprzednich wycieczek przedszkole. Na wprost rozciągała się ulica Przybyszewskiego. Kolejna nosiła imię Staniewicza i w jej pobliżu znajdowało się Gimnazjum Nr 4. Zawróciłyśmy tą samą drogą, którą przyszłyśmy i w ten sposób niezamierzenie ominęłyśmy ulicę Mieszkowskiego.

Na Morskiej po przeciwnej stronie drogi wypatrzyłyśmy sklepy budowlane z lampami, oknami, drzwiami, parkietami czy glazurą. Prócz tego znajdowały się tam sklepy meblowy, z firanami i z odzieżą roboczą oraz trzy zakłady krawieckie, warzywniak, kwiaciarnia, sklepy odzieżowy i spożywczy oraz Żabka. Tymczasem po naszej stronie minęłyśmy sklepy odzieżowy i wielobranżowy, księgarnię, optyka z gabinetem okulistycznym, salon kosmetyczny i Rossmanna.

Minęłyśmy skrzyżowanie z Mireckiego. Za nim znajdował się Kaufland z przyległymi do niego kramikami. Szczególnie zainteresowała nas budka z lodami, może z racji dość wysokich temperatur. Była jeszcze zamknięta, bo wędrowałyśmy niedzielnym rankiem. Naszą uwagę zwróciło jednak ogłoszenie o poszukiwaniu „energicznej i uśmiechniętej” osoby do pracy. Wywołało to całą dyskusję od książeczek sanepidowskich począwszy, przez ogólny stan zdrowia, na aktualnym życiu zawodowym kończąc.

Po drugiej stronie wypatrzyłyśmy dwa sklepy mięsne, rybny, elektryczny, dwa spożywczo-monopolowe, aptekę, bibliotekę, fotografa, fryzjera i pizzerię. Po lewej zostałyśmy z kolei zdominowane przez branżę motoryzacyjną. Prócz salonu jednej z marek minęłyśmy także stacje benzynowe. Dalej znalazłyśmy Biedronkę, a na równoległym odcinku po prawej wypatrzyłyśmy sklepy z antykami, zoologiczny, rowerowy, spożywczy, medyczny, odzieżowy, chemiczny, budowlany, z artykułami elektrotechnicznymi, Żabkę, piekarnię, a także pocztę, dwa bary, zegarmistrza, pasmanterię, fryzjera, studio fitness i sztuk walki, a na koniec Młodzieżowy Dom Kultury.

Za Biedronką, a patrząc po prawej za ulicą Grabowo, po naszej prawej rozciągał się spory budynek Akademii Morskiej (dziś: Uniwersytetu Morskiego, we wpisie zachowałam oryginalne nazewnictwo z momentu zwiedzania czyli 2016 roku). Łapałam go w kadr wielokrotnie, pod różnymi kątami, starając się uchwycić jak najlepszy moment, by widoku nie zakłócał cały sznur przejeżdżających aut. Nie było to proste zadanie. Podobnie rzecz się miała z niemal przyległą do Akademii Morskiej szkołą – Zespołem Szkół Mechanicznych i XII Liceum Ogólnokształcącym. Tymczasem po lewej zobaczyłyśmy warsztat samochodowy, hurtownię meblową, sklepy sportowy i z artykułami dla przyszłych mam i ich maluchów. Minęłyśmy także McDonalda i stację paliw.

Dalej na naszej trasie znalazł się przylegający do chodnika budynek grożący zawaleniem. Właściwie pozostawiał wąski na niespełna metr zadaszony fragment, którym mieli przemieszczać się zarówno piesi, jak i rowerzyści. Pewien cyklista uznał, że nie zmieścimy się razem. Poczekał więc, aż koleżanki wyjdą za budynek, a że podczas robienia zdjęć pozostałam w tyle, przy mnie przeprowadził rower, posyłając mi przy tym uśmiech i słówko wyjaśnienia, że raczej byśmy się nie rozminęli. Gdy i ja znalazłam się za budynkiem, odkryłam, iż drugą jego stronę zajmowała pizzeria. Zastanowiło mnie, co na to przepisy BHP. A może tylko część konstrukcji była niestabilna?

Obok Zespołu Szkół Mechanicznych stacjonowali kolejni reprezentanci oświaty – Zespół Szkół Hotelarsko-Gastronomicznych, dzielący budynek z Zespołem Szkół Usługowych. Uwieczniałam je właśnie, ponownie pozostając w tyle, gdy ponownie przejechał obok mnie ów rowerzysta. Mężczyzna zawrócił, by odwieźć mi żakiet, który, przewieszony przez torbę, wypadł mi po drodze, nawet nie wiem kiedy. Okrycie spadło mi już po raz drugi tego dnia, więc tym razem przewiązałam zgubę i do końca wycieczki żakiet pozostał na swoim miejscu. Serdecznie panu podziękowałam, lekko zawstydzona i nawet zaszkliły mi się oczy ze wzruszenia. Pan przejechał kawałek dalej, gdzie chodnik był szerszy i zawrócił w swoją stronę. Tymczasem dogoniłam koleżanki. Rozmawiały akurat na całkiem pokrewny temat:

– Teraz obejrzałaś rower? – spytała pierwsza.

– Tak, a tego rowerzystę widzę już po raz trzeci – odpowiedziała druga.

– Bo… – wtrąciłam się. – ten pan odwiózł mi marynarkę… Znowu mi wypadła – wyjaśniłam, niczym maleńkie dziecko.

Koleżanki popatrywały na mnie rozbawione, ale nie miałam im tego za złe. W sumie zachowałam się trochę jak sierotka i pan uratował sytuację, za co byłam mu bardzo wdzięczna. Nadłożył drogi tylko po to, by pomóc zupełnie obcej osobie. Nic, tylko chwalić tak bezinteresowną postawę.

Gdy cała sytuacja miała miejsce, stałyśmy w pobliżu sklepów rowerowego, meblowego i punktu ksero. W ten sposób dotarłyśmy do SKM Gdynia Stocznia. Koleżanki z nutką ironii podkreślały, że miałyśmy zwiedzać Grabówek. Owszem, lecz nie zawsze podziały administracyjne i nazwy stacji pokrywały się w stu procentach. W przypadku mapy, z której korzystałam, Grabówek rozciągał się na południe od torów kolejowych, od miejsca, gdzie zaczęłyśmy, niemalże do stacji Gdynia Główna.

Na ostatnim odcinku Morskiej, jaki miałyśmy do pokonania, znalazłyśmy sklep budowlany oferujący glazurę, inny z odzieżą roboczą, akwarystyczny, pralnię, meblowy. Kawałek dalej w oddali zobaczyłyśmy zakryte drzewami schody, za którymi z całą pewnością musiał być kościół, gdyż z przodu postawiono krzyż. Wiedziałam, że zajrzymy tam, zawracając.

Po prawej wciąż dominowały sklepy i lokale usługowe: apteka, meblowy, kwiaciarnia, punkt ksero i spożywczy. Natomiast po lewej zaczęły się obszerne tereny dworca kolejowego Gdynia Główna. Z racji braku lepszego tła do zdjęć, postanowiłyśmy na moment przystanąć i zrobić sobie kilka wspólnych fotografii z Morską i peronami za naszymi plecami. Ostatnim akcentem tej babskiej sesji było uwiecznienie naszych pomalowanych na przeróżne kolory paznokci.

Ruszyłyśmy przed siebie w poszukiwaniu najbliższego przejścia dla pieszych, co okazało się trudne do wykonania. Pierwszą możliwość przemieszczenia się na drugą stronę Morskiej miałyśmy dopiero w tunelu dworca. Na prowadzącym do niego odcinku drogi znalazłyśmy jeszcze sklepy wędkarski, z meblami kuchennymi, odzieżowy i warzywniak, serwis drukarek, warsztat samochodowy i studio urody. Za skrzyżowaniem z Warszawską zauważyłyśmy dodatkowo serwis komputerów, piekarnię, sklep mięsny i optyka.

Wreszcie przeszłyśmy tunelem na drugą stronę Morskiej, a ta przywitała nas całkiem zabawnym akcentem:

Fryzjer męski z dworca PKP – przeczytała koleżanka jedną z tabliczek. – To jakiś bezdomny tu strzyże? – dała się ponieść wyobraźni.

Oprócz fryzjera zobaczyłyśmy drogowskaz kierujący do przychodni, bar chiński z ciekawymi lampionami. Z kolei na początkowym odcinku ulicy Wolności znalazłyśmy sklepy odzieżowy, spożywczy i monopolowy, Żabkę, aptekę, lombard i bar mleczny, a na skrzyżowaniu z Warszawską – kiosk.

Skręciłyśmy w prawo, w kierunku ulicy Kołłątaja, przezornie przechodząc na światłach na drugą stronę. Minęłyśmy kierunek Morskiego Instytutu Rybackiego. Z radością pozowałam z logo instytucji, bo swego czasu rozważałam nawet odbycie tam studiów doktoranckich, jednak życie ułożyło się nieco inaczej. Do MIR-u przylegały firma oferująca odzież roboczą oraz Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Po drugiej stronie ulicy znajdował się natomiast Powiatowy Urząd Pracy. Nim skręciłyśmy, wypatrzyłyśmy jeszcze gabinet weterynaryjny i stomatologa.

Skierowałyśmy się w stronę widzianego z Morskiej kościoła. Była to parafia Świętej Rodziny. Trafiłyśmy akurat na koniec mszy. Drzwi boczne, obok których przeszłyśmy, znajdowały się na wysokości ołtarza. Nasze przejście spotkało się ze zdziwionym spojrzeniem księdza. Z ulicy Okoniewskiego, przy której stał kościół, przeszłyśmy na Lelewela.

Tam naszą uwagę zwrócił przede wszystkim budynek Centrum Tańca. Jego ściany pokrywało graffiti z postaciami prezentującymi różne style taneczne.

– Co to jest? – usłyszałam pytanie koleżanki.

– Centrum Tańca – odpowiedziałam.

– Mówię o schodach – doprecyzowała.

Podeszłyśmy bliżej do schodów, które niechybnie prowadziły ku biegnącej górą Falistej. Dziewczyny popatrywały nieufnie na metalowe stopnie pokryte rdzą, ale przyznam, że kusił mnie alternatywny scenariusz dotarcia na Falistą. Postanowiłam pokonać schody pierwsza, śmiejąc się przy tym, że najwyżej zdjęcie wykonane schodom przed wspinaczką będzie moim ostatnim w życiu. Okazały się jednak zupełnie stabilne. Koleżanki weszły za mną. Po drodze minęłyśmy ciekawy szary budynek, którego surowość przełamywały nowoczesny kształt i ciepły odcień drewnianych ram okiennych. Wkrótce schodziłyśmy już Falistą ku Kapitańskiej.

– Nie masz ochoty kulnąć się? – zapytała jedna z dziewcząt drugą, widząc, że tym razem mamy z górki.

Nikt się oczywiście nie sturlał, ale zejście było przyjemną odskocznią po kilku wspinaczkach.

Skręciłyśmy w lewo, podążając dłuższą chwilę Kapitańską. Znalazłyśmy warzywniak i sklep spożywczy oraz salon fryzjersko-kosmetyczny i drukarnię. Gdy dotarłyśmy do placu Neptuna, przy którym umieszczono sklep wielobranżowy, moje oczy zawędrowały już ku kolorowemu ogrodzeniu. Byłam pewna, że należało do przedszkola lub szkoły podstawowej. Tymczasem koleżanki wypatrzyły ogłoszenie o zaginionym kociaku, szarym i pręgowanym, o wdzięcznym imieniu Teksas. Za znalezienie zwierzaka oferowano sporą nagrodę. Od tej chwili aż do końca wycieczki baczniej przyglądałyśmy się przedstawicielom kociej „nacji”.

Zerknęłyśmy w Surmana. Następnie ruszyłyśmy Beniowskiego wzdłuż kolorowego płotu, faktycznie należącego do przedszkola o słodkiej nazwie Pluszowy Misiaczek. Natrafiłyśmy na skrzyżowanie w kształcie trójkąta. Zajrzałam w każdą odnogę, po czym zawróciłyśmy. Dzięki temu odhaczyłyśmy ulicę Demela. Na naszej trasie znalazł się również dom Andrzeja Wachowiaka, inicjatora obchodów Święta Morza, jak informowała tabliczka na budynku. W jednym z domów nieopodal zaintrygowały mnie trzy rzędy doniczek w oknie.

Za skrzyżowaniem Kapitańskiej z Denhoffa znalazłyśmy Żabkę. Wędrując dalej Kapitańską, minęłyśmy zakład krawiecki, punkt przedszkolny, serwis urządzeń elektrycznych i punkt ksero. Wreszcie dotarłyśmy do Gdyńskiej Szkoły Społecznej, na którą składały się szkoła podstawowa i gimnazjum. Niedługo potem po prawej minęłyśmy jeszcze poligon. Niemal naprzeciw niego znajdowały się żłobek i pizzeria.

Wkrótce znalazłyśmy się na skrzyżowaniu z ulicą Grabowo, gdzie koleżanka uznała, że zaczynają się „lasy grabówkowe”. Postanowiłyśmy skręcić w lewo i wędrować do Beniowskiego. Tam oferowano miejsca noclegowe. Zawracając, podeszłam do budynku Szkoły Podstawowej Nr 17. Na ulicy Grabowo minęłyśmy jeszcze siłownię, salę zabaw dla dzieci oraz przychodnię.

Gdy dotarłyśmy do skrzyżowania z Komandorską, mogłyśmy od drugiej strony obejrzeć Młodzieżowe Centrum Kultury. Znajdował się tam również Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Koleżanki spacerowały kilka kroków przede mną, ale w pewnym momencie wspaniałomyślnie przystanęły, bym, jak same stwierdziły, mogła umieścić w kadrze stado gołębi. Nie były ze mną w terenie po raz pierwszy, więc wiedziały doskonale, jak bardzo zwracam uwagę na lokalną faunę. Jeden z gołębi ułożył się w kępie trawy, co planowałam uwiecznić. Niestety ten fragment był ocieniony przez przydrożny słup i choć nie była to dobra kryjówka przed potencjalnym drapieżnikiem, cień sprawił, że była doskonałą osłoną przed takim paparazzi jak ja.

Na Komandorskiej znalazłyśmy dowód w formie graffiti, że Grabówek na 100% jest za Arką. Na ścianie jednego z bloków wypatrzyłam też dziwne, dwoiście rozgałęziające się rury. Ich wyloty zarówno u góry, jak i na dole, były drożne, więc nie rozumiem, jakie mogły mieć zastosowanie. Dalej znajdował się jeszcze warsztat samochodowy.

Chwilę później zaglądałyśmy już w Mireckiego. Przy samym skrzyżowaniu znajdował się sklep z porcelaną. Następnie ruszyłyśmy ku Wąsowicza. Na jej końcu spodziewałam się ulicy Iglastej, więc uparłam się, by tam dojść. Droga wydawała się jednak dość długa i pięła się coraz wyżej. Nie zaskoczyła mnie więc reakcja koleżanek:

– Chyba sobie jaja robisz – usłyszałam.

Mimo wszystko zgodziły się pokonać ze mną ten wymagający, także z racji palącego słońca, odcinek. Wybawieniem zdawała się długo wyczekiwana lodziarnia. Niestety troszkę rozczarowały nas ceny. Nie odbiegały mocno od innych lokali oferujących lody gałkowe, ale tamtego dnia wolałybyśmy tańsze opcje. Wkrótce po prawej wyłoniła się pierwsza odnoga, robiąc koleżankom nadzieję, iż o tę ulicę mi chodziło. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się tak blisko jakiejś ulicy i myślałam, że mam do czynienia ledwie z zaułkiem. Okazało się jednak, że odkryłyśmy ulicę Kaczmarskiego. Wyglądała dość nowocześnie i pokrywała ją kostka chodnikowa. Na wysokości tego skrzyżowania znalazłyśmy przychodnię weterynaryjną i Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej.

Dalej minęłyśmy salon urody i żłobek. Wreszcie znalazłyśmy się w miejscu, gdzie powinna pojawić się ulica Iglasta. Jakie było moje rozczarowanie, gdy zobaczyłam piaskową ścieżkę, wzdłuż której stał jedynie garaż czy może szopa.

– Ten piach to ulica, ale tamto brukowane to była odnoga – kpiły koleżanki z pozorów, jakie stworzyła nam moja mapa.

Zawracając, zwracałyśmy uwagę głównie na ozdobne wykończenia domów jednorodzinnych oraz na tarasy znajdujące się niemal na ich dachach. Chwilę później dotarłyśmy do skrzyżowania z ulicami Skłodowskiej i Mrongowiusza. Skręciłyśmy najpierw w lewo, ku Skłodowskiej. Na początku znalazłyśmy budynek zajmowany przez Wojsko Polskie. Ruszyłyśmy w jego kierunku, po czym kroczyłyśmy dalej ku blokom. Droga miała kilka odnóg, a w każdej z nich znajdowały się jeden dłuższy blok i kilka miejsc parkingowych. Po ich obejrzeniu zawróciłyśmy.

Koleżanki zawróciły chwilę szybciej, przez co szły kilka kroków przede mną. Wyraźnie były zniecierpliwione i odliczały minuty do końca założonego przeze mnie czasu. Do końca wyprawy pozostało relatywnie niewiele ulic, ale wiedziałam już, że nieco przekroczymy szacowane trzy godziny. Wróciłyśmy na ostatnie większe skrzyżowanie i przez Mrongowiusza przeszłyśmy na Donimirskiego. Skręciłyśmy w lewo i dotarłyśmy do ulicy Hozjusza.

– Garaż goni garaż – stwierdziła jedna z dziewcząt. – Specjalnie dla Marty cała ulica garaży.

I rzeczywiście, po lewej ciągnęły się tylko i wyłącznie garaże, natomiast po prawej zaglądałyśmy kolejno w ulice Długosza, Rutkowskiego, Krofeya, Łyskowskiego i wreszcie skręciłyśmy w Lindego. Na jednej z posesji bawił się kilkuletni chłopiec i nasza wizyta w pobliżu musiała być dla niego ciekawą odskocznią, bo zagadał:

– Dzień dobry, ale upalny dzień, co?

– Prawda – przyznałam.

– Jestem nawet dość ciepło ubrany – kontynuował, ale że rozmowa niekoniecznie się nam kleiła, ruszyłyśmy dalej.

A właściwie wspinałyśmy się, bo ulica pięła się wyżej i wyżej. Przyznaję, mnie również bolały nogi. Może była to kwestia wysokich temperatur, a może po prostu spaceru kolejny dzień z rzędu, po nie lżejszym dla nóg tygodniu pracy? Na wysokości skrzyżowania z Lindego znajdował się znak ostrzegawczy z wykrzyknikiem – Inne niebezpieczeństwo. Koleżanka z nutką złości w głosie i lekkim wyrzutem w oczach teatralnie popatrzyła wprost w obiektyw i wskazując ręką na znak, rzuciła:

– Zrób zdjęcie Uwaga Marta.

Bez wahania nacisnęłam migawkę, umieszczając w kadrze ten moment napięcia, to nasze zatrzymanie się w wyrażonej emocji. Osobiście uważam, że to jedno z lepszych zdjęć wykonanych tamtego dnia.

Przez Lindego, gdzie znalazłyśmy warsztat samochodowy, trafiłyśmy na Sambora. Tam skręciłyśmy w prawo. Teraz szło już z górki. Rzuciłyśmy okiem w Łyskowskiego. Odbiłyśmy w Krofeya, gdzie moją uwagę zwróciła duża ryba w przydomowym stawie. Następnie przeszłyśmy na Podgórną. Tą drogą wędrowałyśmy aż do Donimirskiego. Może warto w tym miejscu wspomnieć, że nie wszystkie drogi opatrzono tabliczkami, więc nazewnictwo oparłam na mapach. Tymczasem okazało się, że patrząc od strony Podgórnej w lewo, ulicę Rutkowskiego przemianowano na Młodzianowskiego. Dopatrzyłam się w tym pewnej nieścisłości. Na Donimirskiego wypatrzyłyśmy firmę zajmującą się chłodnictwem. Następnie ruszyłyśmy ku Mrongowiusza. Bez większych przygód skończyłyśmy plan spacerowy i przez Komandorską, a dalej przez Przybyszewskiego, Morską i Zakręt do Oksywia, dotarłyśmy do peronu SKM Gdynia Grabówek, kończąc wyprawę dokładnie w tym miejscu, w którym rozpoczęłyśmy.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *