Zaplanowałam dość sporą trasę. Wydawało mi się, że skoro nie będziemy w samym centrum Śródmieścia, to może uda się w całkiem rozsądnym czasie obejść nie tylko wybrany przeze mnie obszar, ale również Muzeum Emigracji, na które miałam chętkę już przy zwiedzaniu Portu.
Plany zostały zweryfikowane już na starcie. Nie wnikając w szczegóły, zaczęłam realizować założenia od końca. Miałam zamiar wędrować Starowiejską do skrzyżowania z Władysława IV i pójść w stronę Centrum Handlowego Batory, gdzie spotkałabym się z kolegą. Oczywiście on załatwił szybciej swoje sprawy niż ja, fotografująca co popadnie, doczłapałabym choćby w pobliże Władysława IV. Nie domyśliłam się tego jednak od razu, więc wędrowałam w swoim tempie, czekając na wiadomość od niego.
Pierwszym obiektem, który zaintrygował mnie na Starowiejskiej, był pomnik Gdynianom wysiedlonym. Przedstawiał matkę z dwojgiem dzieci oraz z walizką w ręku. Chłopiec ciągnął wózek, z kolei dziewczynka odwróciła się w stronę pozostawionego psa. Ciężko ująć jednym zdaniem, jakie uczucia wzbudził we mnie ów pomnik. Był jakby przekrojową ilustracją tego, co moim zdaniem najgorsze w wojnie: rozbitych rodzin, rozstań z tymi, którzy są najbliżsi naszemu sercu i z miejscami, do których jesteśmy przywiązani. Ponadto jako ludzie mamy naturę zbieraczy. Latami gromadzimy przedmioty, które okazują się być zupełnie nieistotne, gdy zostaje nam sprowadzić to co ważne do jednej walizki. Jeśli dziś, pomimo czasów pokoju, mielibyśmy w tej jednej walizce zawrzeć to, co naprawdę dla nas ważne, co znalazłoby się w środku?

Mam teraz wrażenie, że jakie zdanie by się tu nie znalazło, okaże się banalne. A jednak powracam do współczesności i aktualnego oblicza ulicy Starowiejskiej.
Stanowiła ona ciąg sklepów, lokali i instytucji. Szczerze mówiąc, średnio przepadam za takimi miejscami z wycieczkowego punktu widzenia. Wypisywanie wyliczanki sklepów ma praktyczne walory, ale sprawia mi o wiele mniej radości niż ekscytowanie się znaleziskiem pomiędzy zabudową mieszkalną czy właśnie interpretowanie jakiegoś pomnika czy graffiti.
Na Starowiejskiej wypatrzyłam przychodnię lekarską, Carrefoura, aptekę, kawiarnię, sklep z roletami, cukiernię, bar, studio rehabilitacji, centrum jogi, pizzerię, dwa sklepy ze zdrową żywnością, jeden z pocztówkami i jeden z częściami do aut, księgarnię oraz optyka. Chwilę później minęłam siedzibę Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej. Na budynku umieszczono tablicę upamiętniającą Augustyna Krausego – pierwszego burmistrza Gdyni, który doprowadził do jego wzniesienia.

Zajrzałam w ulicę Ofiar Piaśnicy, która wyglądała na niepozorną drogę, ale przyciągnęło mnie ku niej graffiti na budynku w głębi. Nie wiem, co miało przedstawiać, ale skojarzyło mi się z przepaścią albo rozłupaną skałą. Ciekawsze okazało się to, które ujrzałam za boiskiem po prawej stronie. Dłonie błękitnej barwy zdawały się wykonywać jakąś sztuczkę magiczną lub wymagający precyzji eksperyment, a roztoczone wokół plamy czerni poprzecinane złotymi liniami, dawały wrażenie misternie udrapowanej tkaniny.

Na dalszym odcinku Starowiejskiej zobaczyłam Żabkę, restaurację, pasmanterię, trzy sklepy odzieżowe i jeden z firanami oraz fryzjera i gabinet stomatologa. Na rogu umieszczono jeszcze sklep z maszynami do szycia, opatrzony podobizną takowej na ścianie. Była na tyle ciekawie wykonana, że przeszłam na drugą stronę ulicy, by ją sfotografować. Tymczasem po prawej stronie znajdowało się Gimnazjum Nr 1 i dzielące z nim siedzibę Zaoczne Liceum Ogólnokształcące Beta. Placówka przylegała także do ulicy 10 Lutego i właśnie do niej była przypisana. Dalej umieszczono pasmanterię.
Za skrzyżowaniem z 3 Maja minęłam sklepy obuwniczy i kilka odzieżowych, dwie restauracje, księgarnię, jubilera, salon masażu, sklepy spożywczo-monopolowy i mięsny, salon kosmetyczny, optyka, aptekę, kiosk, sklep z produktami do wyrobu biżuterii i Żabkę. Przy samym skrzyżowaniu z ulicą Mściwoja znajdował się zabytkowy Dom Abrahama. I bynajmniej nie chodzi tu o postać znaną z Biblii, lecz o Antoniego Abrahama, opowiadającego się w okresie dwudziestolecia międzywojennego za przyłączeniem Kaszub do Polski.

Dalej mieściły się sklepy odzieżowe, spożywczo-monopolowy, krawiec, kaletnik, apteka, gabinet internisty, księgarnia, sklepy papierniczy, z artykułami dziecięcymi i tylko dla dorosłych oraz salon fryzjersko-kosmetyczny, optyk i szkoła rysunku.
Tym sposobem dotarłam do skrzyżowania z ulicą Władysława IV, gdzie dołączył do mnie kolega. Wspólnie podążaliśmy dalszym odcinkiem Starowiejskiej. Minęliśmy sklep odzieżowy, jubilera, kantor, sklep komputerowy z serwisem i sklepy z firanami, ze zdrową żywnością, z różnymi odmianami kawy i herbaty, lombard, piekarnię i kolejnego jubilera.
Przy skrzyżowaniu z ulicą Zygmunta Augusta zobaczyłam Fresha, sklepy rybny, z tonerami do drukarek, zoologiczny, spożywczy i Rossmanna. Już na starcie moją uwagę zwrócił także czarujący wróbelek, którego namawiałam na pozowanie do zdjęć. Mówiłam do niego głosem tak łagodnym, jakbym kierowała swój monolog do dziecka. Przez większość czasu ptaszek zwracał jednak główkę w przeciwnym kierunku, łaskawie nie odlatując. Dopiero po dłuższej chwili pozowanie go znudziło i poleciał dalej odkrywać świat. Tymczasem my spojrzeliśmy na witrynę lokalu nieopodal, na której stał rower starej daty, taki z jednym kołem dużo większym od drugiego. Również przyciągała wzrok.

Dalej znajdowały się warzywniak, sklep odzieżowy, Carrefour, fotograf, kebab, a na wysokości ulicy Abrahama także złotnik. Kolega zaśmiał się, że fotografuję każdy sklepik, a od czasu jak przebywa w Gdyni, w miejscu tego ostatniego działało już kilka różnych branż. Powiedział również, że ulicę Abrahama potocznie zwano „kantorową”, gdyż znajdowało się tam kilka kantorów i nikt nie potrafił wyjaśnić, jakim cudem wszystkie wciąż prosperują i są opłacalne dla swoich właścicieli. Wysunęłam tezę, że może specjalizują się w innych walutach, ale nie weryfikowaliśmy tej możliwości.
Zamiast tego ruszyliśmy dalej Starowiejską. Wypatrzyliśmy jeszcze aptekę, sklepy obuwnicze, odzieżowy i wielobranżowy oraz bar. Ponadto po lewej rozciągał się teren Szpitala Świętego Wincentego À Paulo. W ten sposób dotarliśmy do placu Kaszubskiego. Na rogu znajdował się klasztor Sióstr Miłosierdzia. Ich kaplica okazała się otwarta i postanowiliśmy z kolegą wstąpić tam na moment. Było to niezwykłe doświadczenie. Nagle wybiliśmy się z gwaru miejskiego centrum. Przez moment nie rozmawialiśmy nawet między sobą. Pozwoliliśmy tej ciszy nas opanować. Czułam jednak, jak zalewają mnie myśli. Zewnętrzny gwar ustąpił miejsca temu wewnętrznemu. Dopiero, gdy „wyłączyłam” świat wokół, ten z mojej głowy doszedł do głosu. Było w tym coś metafizycznego.

Wkrótce jednak wróciliśmy do bardziej prozaicznych obiektów. Po lewej stronie placu Kaszubskiego wciąż rozciągały się tereny szpitalne, a za skrzyżowaniem z Radtkego zobaczyliśmy aptekę. Pośrodku deptaka znajdował się pomnik Antoniego Abrahama, a dalej pomiędzy drzewkami jeszcze drugi, upamiętniający małżeństwo Scheibe, które mieszkało dawniej nieopodal, a ich uczucie podobno było wzorem dla innych. Tymczasem po prawej mijaliśmy kolejno sklep ze zdrową żywnością, Biedronkę, sklepy odzieżowy i monopolowy oraz szewca.

Chwilę później dotarliśmy do ulicy Jana z Kolna. Kolega przyznał, że zawsze kojarzył tę drogę z kasztanami. W okolicy skrzyżowania wypatrzyłam kolejny tego dnia mural, ale pierwszy podczas wędrówki z kolegą. W tamtej chwili nie wiedzieliśmy jeszcze, ile malowideł wciąż czeka nas po drodze.
Ruszyliśmy dalej Portową. Skręciliśmy w lewo za restauracją, właściwie wchodząc w podwórze. Podeszłam bliżej graffiti przedstawiającego chłopca z chustą zakrywającą twarz. Zamachiwał się kijem golfowym, ale jego celem nie była piłeczka, lecz bomba z namalowanym na niej sercem. Czyż czasem nie boimy się wybuchających w nas uczuć (i nie mówię tu tylko o miłości) i nie wolimy odsunąć ich od siebie?

W międzyczasie zza drzew wyłonił się kościół redemptorystów, na który kolega zwrócił uwagę.
– Tędy nie przejdziemy – zauważył.
– Ale za to stąd widać cały, wcześniej drzewo zasłaniało.
Zgodziłam się jednak, że powinniśmy cofnąć się i dalej podążać Portową. Po drodze minęliśmy komisariat policji, dwie restauracje, Centrum Pomocy Psychologicznej, klub muzyczny i sklep z płytami winylowymi. Zaintrygowała mnie także witryna pełna storczyków, która wcale nie okazała się należeć do kwiaciarni, lecz do salonu fryzjerskiego. Kolega nie rozumiał mojego zaskoczenia, ale wtedy opowiedziałam mu o gablocie widzianej na poprzedniej wycieczce.
Spotkaliśmy także parę turystów. Pani była Polką, a pan – cudzoziemcem. W związku z tym to kobieta zapytała nas o drogę na ulicę Waszyngtona. Chociaż obydwoje z kolegą dopiero poznawaliśmy lepiej tereny wokół, opierając się na mapie, wskazaliśmy państwu właściwy kierunek.

Dalej znajdowały się przychodnia rehabilitacyjna, sklep z militariami i wspomniany kościół – Matki Bożej Nieustającej Pomocy i Świętego Piotra Rybaka. Wokół rozwieszono flagi wielu państw, bowiem tutejsza parafia podjęła się duchowej opieki nad marynarzami. Jak się okazało, kolega znał tutejszego proboszcza i przeróżne zakątki. Z pasją zaglądał tu i ówdzie, nawet do samego kościoła, gdzie trwała msza. Zauważył, że na parkingu stoi auto proboszcza, ale mimo to dowiedział się, że go nie ma. Jednak nim poszliśmy dalej, kolega zadał mi zagadkę:
– Zgadnij, który samochód należy do proboszcza.
– Pewnie najdroższy albo najtańszy – zaczęłam myśleć na głos.
– Przejdźmy się po parkingu. Masz jedną szansę.
– No to maluch – zdecydowałam.
Okazało się, że miałam rację. Kolega był zafascynowany tym, że ksiądz nie wykorzystywał swojej pozycji i żył skromnie.
Chwilę później powędrowaliśmy dalej. Obeszliśmy skrzyżowanie jakby dookoła, aby przejść ku ulicy Świętego Piotra. Uprzednio jednak zajrzeliśmy w Wendy, Węglową i dalszy ciąg Wendy. Drogi sprawiały wrażenie niemal pustych. Wypatrzyliśmy drogowskazy kierujące do hurtowni budowlanej i stoczni, kręgielnię i restaurację.
Pierwszym, co zwróciło naszą uwagę już na ulicy Świętego Piotra, było podwórze, zza którego wyłaniał się ceglany budynek. Doszliśmy z kolegą do wniosku, że przynależność budynków do ulic jest tu nieco poplątana. Zgodnie z naszym przypuszczeniem nasz obiekt zainteresowania opatrzono tabliczką „Żeromskiego”. Zawracając ku ulicy, kolega zauważył krzak malin. Wokół latały owady, lecz maliny kusiły swoją czerwienią. Skubnęliśmy po jednej i już mieliśmy wędrować dalej, gdy ujrzeliśmy śliwę. Kolega przystanął i zawołał:
– Sad w środku miasta!
Uwieczniłam go na zdjęciu razem z rzeczoną śliwą, po czym ruszyliśmy dalej. Minęliśmy laboratorium, po czym przy sklepie spożywczym skręciliśmy w Żeromskiego. Wędrując, widzieliśmy jedno graffiti po drugim. Kolega załamywał ręce, ale znosił dzielnie moje skakanie w tę i z powrotem, by uwiecznić ich jak najwięcej. Nawet przejął aparat, bym miała pamiątkowe zdjęcie z namalowanym na płocie potworkiem. Pozostałe malunki były muralami. Jednemu z nich można by zapewne przypisać szczególnie wiele interpretacji. Przedstawiał wiosłującą postać w łodzi. Siedziała zgarbiona, a na głowie miała papierową torbę, na którą nałożyła okulary i kapelusz. Na skraju łodzi przysiadł czerwony ptak, a łódź nosiła nazwę Birdy. Opierając się na jednej z powieści mojego ukochanego Whartona, przetłumaczyłabym to jako Ptasiek. Może i owa postać była zafascynowana ptakami. Może wysiłek wkładany w podróż miał zbliżyć bohatera muralu do celu, którego symbolem był właśnie owo skrzydlate maleństwo.


Oprócz murali, ciekawy był także ciąg domków wyglądający niczym wrośnięty w sąsiedni blok. Znajdowały się nieco niżej od poziomu ulicy i miały tylko jedną kondygnację.
Dotarliśmy do skrzyżowania z ulicą Świętego Wojciecha. Tam zainteresował mnie kolejny mural. Przedstawiał chłopca w marynarskim wdzianku, który stał w wannie pełnej wody. Towarzyszyły mu mewy i błogi uśmiech na twarzy, w mojej interpretacji wynikający z dziecięcego rozmarzenia. Ponadto wypatrzyliśmy gabinet ortodontyczny, sklep medyczny, drukarnię z ksero i sklep spożywczy. W oddali widniały już Sea Towers. Równie monumentalne były tankowce na następnym graffiti. W toni wodnej przepływały mechaniczne ryby.
Chwilę później ponownie zaintrygowało nas podwórze. Po prawej stronie ulicy Żeromskiego znajdowała się kawiarnia, w której współcześnie odbywały się spotkania poetyckie. Stacjonowała w oryginalnie zachowanej XIX-wiecznej chacie rybackiej. Obok znajdowała się nawet wiekowa pompa wodna. Ścieżka pomiędzy przyległymi budynkami prowadziła do ulicy Portowej.


Zawróciliśmy jednak do Żeromskiego. Podążyliśmy w prawo. Towarzyszyły nam kolejne malunki, ale nie wydały mi się zbyt spektakularne. Minęliśmy siedzibę Pogotowia Gazowego. Bliżej skrzyżowania z Derdowskiego ponad drogą biegł oszklony tunel. Ciekawszy okazał się jednak budynek po lewej.
– Czwarte okno – rzucił nagle kolega. – To była moja sala od polskiego.
Poprosiłam go o doprecyzowanie piętra i od której strony powinnam liczyć. Zakodowałam również, że właśnie tu kolega chodził do szkoły średniej. Budynek stanowił siedzibę IX Liceum Ogólnokształcącego (choć według informacji kolegi tylko do września 2016 roku) oraz Wojewódzkiego Zespołu Szkół Policealnych. Przeszliśmy na drugą stronę i podeszliśmy bliżej wejścia, żebym mogła sfotografować tabliczki przy drzwiach. Przy okazji dowiedziałam się, że za piwnicznym oknem kryła się sala od religii.

Dalej ruszyliśmy ulicą Derdowskiego w kierunku Sea Towers, mijając przy okazji Żabkę i myjnię. Za skrzyżowaniem droga zmieniła patrona na Hryniewickiego. Zbliżyliśmy się do wieżowców, a nawet poszliśmy dalej. Zatrzymał nas dopiero szlaban, przy którym stał ochroniarz. Dalej rozciągały się tereny portowe, biegły drogi wewnętrzne pewnej firmy i nie mogliśmy tam wejść. Ruszyliśmy jednak ścieżką wzdłuż budynku sklepu charytatywnego. Niestety, wędrowanie w niedzielę nie pozwala zajrzeć wszędzie. Jak dało się to przewidzieć, sklep był zamknięty. Idąc jednak wzdłuż jego budynku rozeznaliśmy się w topografii terenu i dotarliśmy do ogrodzenia, przez które przełożyłam aparat, by uwiecznić żurawie.

– Ochroniarz już idzie – zauważył kolega, choć pan podążał ulicą Hryniewickiego, a nie ścieżką w naszą stronę.
– My też już idziemy – odparłam.
– Ale może mu się nie spodobać, że robisz zdjęcia.
Zbagatelizowałam ów „problem”. Gdyby rzeczywiście pan miał jakieś wątpliwości, z całą pewnością interweniowałby wcześniej. Kolega zajrzał przez szybę sklepową, żeby uściślić mi, jaką ofertę miał sklep charytatywny.
– I to ja jestem podejrzana? – zauważyłam, śmiejąc się.
Nie czekałam, aż ochroniarz wyjdzie nam naprzeciw i odezwałam się pierwsza. Zapytałam o widniejącą na jednej z map ulicę Płażyńskiego (na drugiej mapie kilka dróg nosiło rybie nazwy, np. Dorszowa). Ochroniarz nie znał ulic po nazwach, ale potwierdził, że są tu tylko drogi wewnętrzne i nie ma możliwości spacerowania po nich ot tak. Odpuściliśmy więc, dotarliśmy do ulicy Waszyngtona i skręciliśmy w prawo.

Przywitały nas domki z pięknymi ogródkami, kolejne graffiti i klub. W pobliżu skrzyżowania z ulicą Świętego Wojciecha trwał właśnie remont chodnika i naszym oczom prezentowała się ogromna dziura uniemożliwiająca przejście. Pozowałam właśnie z udawaną, naburmuszoną miną, gdy minęli nas państwo pytający wcześniej o drogę. Najwidoczniej trafili gdzie chcieli i już zawracali.
Tymczasem my przeszliśmy nieopodal komisariatu policji na drugą stronę ulicy. Pofatygowaliśmy się tam, bym mogła uwiecznić urzekający mural. Kadr psuły nieco śmietniki stojące tuż przy ścianie bloku. Malunek prezentował szary, murowany budynek. Nigdzie nie dostrzegłam drzwi, a nieliczne okna znajdowały się bardzo wysoko. Po poziomym przejściu pomiędzy częściami twierdzy wędrowały cztery postaci ubrane w czarne garnitury. Jeśli oczy mnie nie myliły, przynajmniej jedna z nich niosła w dłoni pistolet. Trzy postaci były dorosłe i ostatnia z nich ciągnęła za sobą dziecko. Na dachu twierdzy umieszczono ogromną kotwicę, u której szczytu namalowano słońce, a wewnątrz niego oko. Kotwicy zdawały się pilnować trzy psy, również ubrane w garnitury, ale dla odmiany szare z niebieskimi kołnierzykami i bordowymi krawatami na dokładkę. Nie to w nich jednak było najdziwniejsze. Zwierzęta pozbawiono głów, a zamiast nich widniały szare kominy. Dym osnuwał kotwicę spiralnymi smugami. Wypaczony kształt fragmentu jednej z nich wynikał z obecności na ścianie budynku maleńkiego okienka.

Chwilę później wędrowaliśmy dalej. W okolicy ulicy Śledziowej i klubu muzycznego stało kilka aut. Wokół nich piknikowali sobie fani któregoś z cięższych gatunków muzyki. Wybiło południe i usłyszeliśmy kościelne dzwony. Przed nami pojawiły się tereny stoczniowe, które odgrodzono. W związku z tym ruszyliśmy w lewo, w kierunku wiaduktu.
– Marta, patrz, hotel – zawołał kolega.
– To by wyjaśniało, że w ogóle ktoś tu jest – rzuciłam bez ogródek.
Rzeczywiście, teren wokół był niezbyt atrakcyjny i nie zdziwiłoby mnie, gdyby świecił pustkami.
Przeszliśmy pod wiaduktem czyli ulicą Wendy i na Węgorzowej skręciliśmy w prawo. Odbiliśmy na chwilę w lewo, w stronę budynku jednego z oddziałów Urzędu Morskiego. Obok znajdował się także skup złomu i makulatury.

Podążaliśmy dalej Węgorzową. Minęliśmy siedzibę Federacji Związków Zawodowych Marynarzy i Rybaków. Dalej znajdowały się nieużywane tory. Zapozowałam na ich tle. Dalszemu odcinkowi drogi nadano nazwę Chrzanowskiego. W okolicy budynku Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej padł mi aparat i zatrzymałam się na chwilę, by wymienić sprzęt. Dyskutowaliśmy żywo o barwnym muralu po prawej prezentującym różne stworki i mijająca nas kobieta podchwyciła temat. Kolega załamał się słysząc, jak pani poleca nam kolejny mural. Gdyby wzrokiem można było uciszać innych ludzi, kolega z pewnością wykorzystałby tę supermoc. Kobieta jednak nie zorientowała się, że działa na jego niekorzyść, a ja z pasją nadstawiam ucha.

Skończywszy reklamę rejonu, pani poszła dalej. My również, ale w swoim tempie i kierunku. Minęliśmy sklep spożywczy i straż pożarną. Naszym następnym celem był Urząd Morski. Z racji gabarytów podejrzewałam, że to jego główna siedziba. Zapytałam pilnującego obiekt mężczyznę, czy mogę wejść i uwiecznić tabliczki. Kolega miał wątpliwości, czy tak wypada, ale pan nie robił nam żadnych problemów. Weszłam i parę razy nacisnęłam migawkę. Ochroniarz zauważył, że jedno słowo na tablicy zostało zamazane. Zapytał, czy wiem, co znajdowało się tam wcześniej. Przyznałam, że nie jestem tutejsza i raczej jestem za młoda, by orientować się w temacie. Zamazano słowo socjalistycznej, wcześniej będące częścią fragmentu o „wybitnych zasługach socjalistycznej administracji i gospodarki morskiej”. W budynku znajdował się również bufet.


Gdy zauważyłam dumnie, że gdybym nie odważyła się spytać, nie przekroczylibyśmy bramy urzędu, pan próbował zgasić mój entuzjazm, zauważając, że nic bym nie zdziałała, gdyby mnie nie wpuścił. Nie miałam ochoty na dyskusję, zwłaszcza, że wyczuwałam w jego wypowiedziach seksistowskie akcenty. Niemniej jednak przekazana przez niego informacja okazała się cenna, a mój odbiór jego słów był z całą pewnością subiektywny.
Opuściliśmy teren urzędu, przeszliśmy na pasach i ruszyliśmy drogą biegnącą naprzeciwko.
– Zaczynam się ciebie bać – usłyszałam od kolegi.
– Dlaczego?
– Bo wszędzie wejdziesz i wsadzisz nosa – argumentował.
Potwierdziłam, właściwie dumna ze swej natury odkrywcy. Uwieczniałam kolejne obiekty, w tym urząd z większej odległości, zauważając przy tym zegar na jego wieży (wskazywał 12:15), po czym próbowałam dogonić kolegę. Przez moment miałam lekkie zaćmienie i zapytałam:
– Ej, a właściwie dlaczego tu idziemy?
– Bo chciałaś zobaczyć mural? – odparł kolega pytającym tonem.
Olśniło mnie i pełna zapału podbiegłam, by zajrzeć za róg opisywanego przez kobietę budynku. Rzeczywiście graffiti zasługiwało na uwagę. To były dwa obrazy w jednym. Całość tworzyła twarz brodatego mężczyzny z fajką w ustach i o dziwo lepiej „dostrzegał” to aparat niż ludzkie oczy. Z drugiej strony składowymi tego oblicza były przypominające ludzi postacie, origami, budynki, zjawiska pogodowe i różne przedmioty, między innymi rozłamany ołówek czy klepsydra. Szczególnie urzekły mnie zamki wyłaniające się spomiędzy brody i trudny do wypatrzenia motyl, siedzący jakby na nosie brodacza. Intrygująca była także kompozycja trzech postaci znajdujących się jakby jedna w drugiej, mieszczących się pod lewym okiem. Założę się, że gdybym poświęciła muralowi jeszcze więcej czasu i uwagi, mogłabym stworzyć spis detali liczący dobrych kilka stron.

Tymczasem jednak zawróciliśmy, by podążać dalej Chrzanowskiego. Zaciekawiły mnie słupki informujące o historii pobliskich obiektów. Wyposażono je w korbki. Dzięki temu taśmy z informacjami przesuwały się i można było czytać wszystko po kolei. Chwilę później odkryłam na gmachu Urzędu Morskiego namalowaną różę wiatrów, a dalej kolejne tory i budynek pierwszego Urzędu Celnego w Gdyni. Tabliczki witały nas już na terenie portu. Dalej przeszliśmy obok Poradni Leczenia Uzależnień, przychodni i apteki, zaś chwilę później pojawiło się rondo z drogowskazem. Zbliżaliśmy się do Muzeum Emigracji.
– O, zobacz! – zawołałam z entuzjazmem. – Już jest wskazówka jak iść.
Trasę miałam opracowaną już wcześniej, ale ucieszyłam się, bo drogowskaz oznaczał, że muzeum znajduje się już niedaleko. Tak naprawdę dzieliło nas jeszcze kilkaset metrów. Znajdowaliśmy się przy rondzie, w pobliżu strzelnicy. Na ulicy Polskiej skręciliśmy w prawo. Dyskutowaliśmy dalej, że dostać się tu pieszo to nie była prosta sprawa.
– Oni opublikowali na swojej stronie internetowej, że od stacji Gdynia Główna idzie się dwadzieścia pięć minut – powiedziałam.
– Z Martą trzy godziny – zripostował kolega.

Miał nieco racji. Wędrowaliśmy dość długo, bo zahaczaliśmy o każdą uliczkę i do tego nie szliśmy prosto do muzeum. Aczkolwiek gwoli ścisłości, spacer od momentu spotkania do tego punktu zajął nam około dwóch godzin. Wiedziałam, że to ostatnie metry, może kilometr, jakie pokonujemy razem. Kolegę wzywały inne sprawy, ponadto zwiedzał już kiedyś to muzeum. Przespacerował się jednak ze mną aż do nabrzeża. Znosił cierpliwie moje zdziwienie na widok ogromnych stosów metalowych śmieci i zachwyt nad przelatującymi stadnie ptakami. Minęliśmy Pomnik Ludzi Morza oraz Kapitanat Portu. Na nabrzeżu dołączyliśmy do grona obserwatorów. Okazja nadarzyła się nie lada: ogromny norweski statek akurat cumował. Wypatrzyłam również umieszczoną w chodniku tablicę poświęconą człowiekowi związanemu z morzem. Jego nazwisko [w 2016 roku] nic mi nie mówiło, ale odcisk stopy stanowiący część tablicy zainspirował nas do ustawienia w kadr także naszych. Był to ostatni wspólny akcent wycieczki.


Zakupiłam bilet i rozpoczęłam zwiedzanie Muzeum Emigracji, zajmującego budynek dawnego Dworca Morskiego. Nad schodami w głównym holu wisiały podobizny Piłsudskiego i Mościckiego. Skierowałam się w prawo, a następnie w lewo schodami. W ten sposób natrafiłam na kolejny duży hol. Pośrodku znajdowało się coś na kształt kapsuły. Wewnątrz umieszczono ekrany interaktywne z informacjami dotyczącymi statku Batory oraz rejonów świata, które zamieszkują Polacy. Z boku sali znajdowała się ponadto galeria zdjęć dotyczących aranżacji Dworca Morskiego i okolic dawniej i dziś.
Dopiero wówczas rozpoczęło się właściwe zwiedzanie. Miałam problem z ogarnięciem, którą stroną włożyć bilet do czytnika. Moim zdaniem przydałby się jakiś rysunek poglądowy dla takich sierotek jak ja. Nawet korzystając wielokrotnie z bankomatu, zawsze spoglądam na obrazek i upewniam się, którą stroną wkładam kartę do środka. Na szczęście tym razem poratował mnie pan ochroniarz, który i tak otworzył bramkę grupie harcerzy. Na początku wędrowaliśmy niemal w identycznym tempie, co było dla mnie problematyczne. Utrudniało chronologiczne oglądanie wystawy, a tym bardziej robienie zdjęć.
Jak się łatwo domyślić, napstrykałam ich od groma. Ale nie, nie zamierzam tu opisywać każdego eksponatu ani próbować na kilku stronach streszczać historii emigracji. Chciałabym raczej wyrazić opinię o samej instytucji, a zdjęcia jedynie pozwolą mi wrócić do treści, z jakimi zetknęłam się w muzeum i wczytać się w nie uważniej.
Zwiedzałam wystawę przez mniej więcej dwie godziny i uważam to naprawdę za ekspresowe tempo. Śmiało można tam spędzić co najmniej pół dnia, jednak nie miałam aż tyle sił i czasu. Czułam już ból pleców, ale obiecałam sobie, że zajrzę do tego muzeum i rzeczywiście było warto. Gdy kolega zapytał mnie później, jak oceniłabym tę placówkę, uznałam, że dałabym jej mocne cztery w pięciostopniowej skali.
Przyznaję, że przerosła mnie dawka informacji, bo wiele prezentowanych faktów było dla mnie nowych. Gdybym chciała je wszystkie przyswoić, naprawdę dwie godziny to za mało. Najlepiej byłoby też dawkować sobie nabywaną wiedzę, żeby lepiej się utrwalała. Muzeum zaaranżowano w sposób uniemożliwiający obejrzenie części i powrót po jakimś czasie, by kontynuować. Przy ponownej wizycie trzeba i tak zaczynać od początku. Szlak wiodący nas chronologicznie przez historię emigracji ma jednak swoje plusy. Układa nam w głowie ciąg przyczynowo-skutkowy.

Przestrzeń podzielono na osiem części. Pierwsza odnosiła się już do pierwszych wieków istnienia Państwa Polskiego, obrazując jakim wielokulturowym krajem byliśmy. Najbardziej urzekły mnie okręgi na podłodze, na których należało przystanąć, by z głośnika na suficie usłyszeć osobę porozumiewającą się danym językiem. Uświadomiłam sobie podobieństwa polskiego z litewskim i zupełnie inne brzmienie języka hebrajskiego. Widziałam, że także harcerzy zainteresowała ta forma przekazu informacji. Kawałek dalej umieszczono sylwetki wielkich Polaków – artystów, wojskowych czy podróżników, czasów zaborów. Jeden z harcerzy tonem pełnym powagi powiedział do kolegi:
– Zapamiętaj lata życia. Adam Mickiewicz. 1798 do 1855.
Nie sposób było się nie uśmiechnąć.
Kolejna sekcja dotyczyła rewolucji przemysłowej i pośrodku jednej z sal stała pracująca maszyna. Jednak jako biolog bardziej zainteresowałam się informacjami o rozwoju medycyny. Na przykładzie fikcyjnej rodziny przedstawiono etapowość migracji Polaków za ocean. Podobał mi się eksponat prezentujący tempo przemieszczania się różnymi środkami transportu oraz rysunek obrazujący przekrój przez statek, jakim emigranci przepływali ocean. W jednej z sal ustawiono nawet wąskie prycze, na jakich nocowali najgorzej sytuowani pasażerowie. Emigrantów badano po przybyciu do Ameryki, a tych, u których stwierdzono choroby, odsyłano z powrotem do Europy. Dla mnie był to chyba jedna z najbardziej wzruszających informacji. Dalszy ciąg tej sekcji obrazował życie w Ameryce.

Następnie wróciliśmy do Europy czasów pierwszej wojny światowej. Krótko opisano również dwudziestolecie międzywojenne. W tej części znalazły się także informacje o początkach Gdyni i statku Batory.


Wędrując dalej, czytałam informacje dotyczące drugiej wojny światowej. Dla mnie to najbardziej wpływowy i niezmiernie interesujący okres historii, który powinien być przestrogą dla współczesnych. W muzeum znalazły się oczywiście informacje o przesiedleniach, zsyłaniu Polaków na Syberię, ale czułam lekki niedosyt po opuszczeniu tego sektora.
Powojenne losy Polaków przedstawiono jako wielką tułaczkę. Dopiero kolejna sekcja prezentowała kierunki wędrówek i chyba ta geograficzna część zainteresowała mnie najbardziej. Prezentowała, jak żyło się Polakom na różnych kontynentach i czym się tam zajmowali. Bardzo fajny okazał się ekran, pozwalający wybierać dziedziny i poddziedziny nauki i sztuki, aż rozrysowało się drzewko, na krańcach którego pojawiały się nazwiska wielkich Polaków. Udało mi się znaleźć, na przykład Zygalskiego, który odegrał niebagatelną rolę w rozszyfrowaniu Enigmy, a po wojnie został w Wielkiej Brytanii. Polskich naukowców i inżynierów doceniano nawet w odległej Ameryce Południowej.

W kolejnym sektorze przenosiliśmy się w świat PRL-u. W sali znajdowały się między innymi ogromnych gabarytów odbiornik radiowy czy rzeczywistych rozmiarów maluch. Najbardziej jednak urzekły mnie płynące z głośników dźwięki Dziwny jest ten świat Niemena, Naszej klasy Kaczmarskiego oraz Nie pytaj o Polskę Obywatela G. C., które to piosenki bardzo lubię i które pod nosem podśpiewywałam podczas zwiedzania tamtej przestrzeni.

Bardzo mało było informacji w ostatniej części, dotyczącej wolnej Polski. Gdybym miała to krótko opisać, rzuciłabym trzy hasła: Solidarność, papież, samolot (o nim jeszcze słówko dwa akapity dalej). Ten sektor zdecydowanie najbardziej mnie zawiódł. Moim zdaniem ogólnie dwóm ostatnim sekcjom wypadałoby poświęcać więcej uwagi, nie tylko w muzeum tego pokroju. Przede wszystkim w szkołach. Z autopsji wiem, że często programu nauczania historii nie realizuje się w całości i właśnie ów okres dziejów Polski zostaje pominięty.

W kwestii poruszania się po muzeum śmiało można stwierdzić, że jest ono dość intuicyjne, więc nie potrzebujemy żadnej mapy, ale w trzech punktach czułam, że kierunek jest niejednoznaczny i wiem, że z całą pewnością coś mnie ominęło. W dwóch przypadkach raczej niewielkie zakamarki, ale w jednym taras widokowy, który kolega wręcz mi polecał. Zorientowałam się na tyle późno, by nie opłacało mi się zawracać.
Co do merytoryki i sposobu przekazywania informacji, przestrzeń zaadaptowano bardzo nowocześnie. Wokół roiło się od słuchawek, ekranów interaktywnych, plansze były kolorowe i interesujące. Szczególnie zafascynowała mnie ściana pełna tabliczek, na które należało patrzeć pod różnymi kątami, by ujrzeć nazwisko postaci, krótki opis jej osiągnięć po polsku lub po angielsku. Uważam również za duży plus dwujęzyczność wystawy, aczkolwiek w bardzo ciekawym zakątku zaaranżowanym na wnętrze samolotu, trafiłam na filmik jedynie w języku angielskim. Dla mnie nie było to problemem, ale nie każdy Polak musi ów język znać.
Jeśli chodzi o inne kwestie praktyczne, umieszczenie toalet i dużej pufy do siedzenia mniej więcej w połowie wystawy uważam za strzał w dziesiątkę! Jeśli ktoś wczytywałby się w każdą tabliczkę, bacznie oglądał każdy eksponat, na pewno spędziłby tam wiele godzin. Przydałaby mu się przerwa na łazienkę, można by też przysiąść na chwilę czy coś przegryźć. Osobiście szkoda mi było czasu, nieswojo bym się też czuła, jedząc w muzeum, nawet w wydzielonej przestrzeni, ograniczyłam się więc do pierwszej funkcji i kilku łyków wody.
Po opuszczeniu wystawy zainteresował mnie także sklepik. Obsługa była przemiła, a asortyment stosunkowo bogaty i różnorodny. Podczas oglądania towarów ucięłam sobie wszechstronną pogawędkę z ekspedientką. Udało mi się znaleźć ciekawą książkę o Gdyni (właśnie szukałam), nie uszczuplając zbytnio portfela. Dodatkowo dostałam zakładkę do owej książki, a pani słysząc, że je zbieram, dorzuciła mi jeszcze jedną i do tego dała dwie pocztówki. Wyszłam z Muzeum Emigracji zadowolona z wizyty.
Ze współczesnej perspektywy dodam, że odwiedziłam tę placówkę wielokrotnie, dziś jest jedną z moich ulubionych placówek tego typu w Trójmieście, a nawet… <kliknij tutaj> 😀
Przy okazji udało mi się uniknąć deszczu. Chodniki były mokre, ale z nieba nie spadła już ani kropla. Zawędrowałam do ronda, a później Chrzanowskiego do torów, za którymi skręciłam w ulicę Marka Zygmunta. Znalazłam tam sklep budowlany oferujący podłogi i hurtownię odzieżowo-obuwniczą.

Wreszcie dotarłam do rozwidlenia dróg. Obejrzałam piaskową ścieżkę po prawej, po czym zdecydowałam się skręcić w lewo. Przeszłam pod rurami ciepłowniczymi. Po lewej znajdowała się tablica promująca kościół zielonoświątkowy przy ulicy Jana z Kolna oraz druga reklamująca hurtownię urządzeń i środków czyszczących. Obok przesiadywali zaniedbani panowie. Po prawej umieszczono z kolei sklep budowlany z drzwiami i podłogami.
Wyszłam na skrzyżowaniu ulic 3 Maja i Jana z Kolna. Skręciłam w prawo, w tę drugą. Dotarłam do Hali Rybnej, dalej znajdowały się bar, kiosk, Sąd Rejonowy z piękną kotwicą namalowaną na całej ścianie, sklep meblowy, klub bilardowy, hurtownię opakowań i skup aut. Wreszcie znalazłam się na dużym skrzyżowaniu. W prawo biegła ulica Janka Wiśniewskiego. Naprzeciw mnie wypatrzyłam pocztę. Odbiłam lekko w lewo, po czym ruszyłam w stronę Dworca PKP Gdynia Główna. Nie skupiałam się na licznych restauracjach przylegających do budynku dworca. Ten rejon zdominowała branża gastronomiczna. Drugą stronę ulicy postanowiłam odkryć przy okazji kolejnej wycieczki.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>
