Terenie, jak ja za Tobą tęskniłam!
Choć minęły zaledwie dwa tygodnie, brakowało mi tych kilometrów w nogach, odkrywania nowych zakątków, kreślenia po mapie i skrzętnego notowania świeżo powstałych anegdot. Nie pomogły bieganie, intensywne dni w pracy czy generalne porządki. Wciąż miałam nadmiar energii i wręcz mnie nosiło. Nic więc dziwnego, że zabierając się za Witomino, postanowiłam przejść całość jednego dnia.
Spotkałam się z kolegą przy stacji SKM Gdynia Wzgórze Świętego Maksymiliana. Wyszliśmy z tunelu w pobliżu węzła Franciszki Cegielskiej. Ruszyliśmy na wprost Kielecką. Mogliśmy co prawda podjechać autobusem, co zajęłoby nam około trzech minut, ale szczerze mówiąc, wolałam przespacerować się kwadrans drogą pośród drzew.
Kielecka była trzypasmową ulicą. Wzdłuż niej biegła droga dla pieszych, po której mogły także jechać rowery. Jeden z pasów Kieleckiej przeznaczono wyłącznie dla autobusów, nie dziwi więc fakt, że pokonywały one tę drogę w tak krótkim czasie. Wędrowaliśmy częściowo w cieniu drzew, częściowo w słońcu. Pomimo rannego chłodu, czuć było nadchodzący upał. Szliśmy spokojnym tempem, dlatego przejście całej Kieleckiej zajęło nam blisko dwadzieścia minut.

Wreszcie dotarliśmy, jak to ujął kolega, do cywilizacji. Przed nami pojawiło się skrzyżowanie ze światłami. Mając przed sobą Rolniczą, skręciliśmy w prawo w Witomińską. W bok od niej biegły Bursztynowa i Zielna. Najpierw odwiedziliśmy tę pierwszą, po czym cofnęliśmy się do przejścia dla pieszych przy skrzyżowaniu i weszliśmy w Zielną. Przy okazji minęliśmy Biedronkę.
Odhaczaliśmy kolejne zakrętasy, które składały się na ulicę Zielną. Wypatrzyliśmy bramę dzielącą nas od terenu wojskowego, a dokładniej należącego do marynarki. Na krańcu drogi znajdowało się coś na kształt ronda, obficie porośniętego roślinnością. Wraz z drewnianym domem z tyłu tworzyło przepiękną kompozycję.
Zawróciliśmy i ruszyliśmy Strażacką. Po lewej stronie znajdował się budynek wspominanej Biedronki, po prawej tereny prywatne, gdzie znajdowały się przepiękne hortensje. Kwiaty te skojarzyły mi się z moją siostrą, która na dniach miała obchodzić urodziny oraz z jej ogrodem. Tymczasem rzuciliśmy okiem na Biedronkę. Okazało się, że supermarket był zupełnie nowy. Otwarto go dzień wcześniej. Wewnątrz ewenementem okazało się ustawienie półek. Bliższa nam połowa regałów stała prosto, dalsza – pod pewnym kątem do tych pierwszych. Uznaliśmy to za ciekawą aranżację.

Przez Strażacką ruszyliśmy ku Rolniczej, mijając przy okazji parking i wypożyczalnię przyczep. Również na Rolniczej było kilka ciekawych obiektów. Za warzywniakiem znajdowało się stoisko z ubraniami. Przyglądałam się szczególnie dwóm bluzkom, wdając się przy tym w pogawędkę z przechodzącą akurat starszą panią. Pani sama mnie zagadała i podzielała mój entuzjazm, natomiast koledze ubrania w ogóle nie przypadły do gustu. Problem rozwiązał się sam – ewidentnie noszę mniejszy rozmiar. Po prawej, obok biegnących w górę schodków, stał jeszcze mały sklepik wielobranżowy, ale my trzymaliśmy się głównej drogi.
Zerkałam jednak na zabudowania z prawej strony. Moją uwagę zwróciły balkony wypełniające całą ścianę bloku. Co więcej, wszystkie jak jeden mąż, miały drzwi zupełnie nie przypominające balkonowych, raczej takie do mieszkań. Wydały mi się bardzo ciekawe.
– Ale fajne balkony – rzuciłam.
– Balkony są pewnie po drugiej stronie. To są przejścia, jak wiesz…
– Jak w falowcu – dokończyłam.
– No właśnie.
Przeszłam kilka kroków do przodu i rzeczywiście to zauważyłam:
– A faktycznie! To są filary, a nie ściany.

Niemniej jednak idea, którą podpięłam pod ów widok, bardzo do mnie przemawiała. Podobnie jak kompleks, który był widoczny na kolejnym dużym skrzyżowaniu. Przednią część stanowiło Centrum Handlowe Witawa, tylną – zabudowa mieszkalna. Całość pomalowano jedynie na dwa kolory: biały i niebieski. Kompozycja naprawdę przypadła mi do gustu, ale podejrzewałam, że mieszkał tam człowiek na człowieku. Po drugiej stronie Rolniczej umieszczono z kolei dwa sklepiki – kwiaciarnię i piekarnię, kontrastujące swym rozmiarem z centrum handlowym.

Skręciliśmy w Chwarznieńską, a z niej w Widną. Pośród bloków na tym odcinku umieszczono jedynie sklep budowlany. Zauważyłam również stolik szachowy – o dziwo z czterema stołkami. Więcej obiektów wypatrzyliśmy na samej Widnej. Już na wstępie zobaczyliśmy piekarnię, sklepy spożywczo-monopolowy i mięsny, a także… kolejną Biedronkę. Byliśmy absolutnie zszokowani bliskością dwóch dyskontów tej samej marki. Zastanawialiśmy się, po co otwarto nowy lokal, jeśli ten stał nie dalej niż pół kilometra stąd. Chwilę później kolega podszedł do drzwi wejściowych, by zbadać sytuację. Okazało się, że tę Biedronkę zamknięto, a starsza pani wtrąciła się, aby poinformować nas o istnieniu nowej. Podziękowaliśmy jej za informację, mówiąc, że byliśmy już w tamtym rejonie.
Ruszyliśmy dalej Widną. Minęliśmy warzywniak, sklepy spożywcze i rzeźnika, po czym w jednej z odnóg Widnej, stanowiącej dalszy ciąg Strażackiej, znaleźliśmy budynek Pierwszej Społecznej Szkoły Podstawowej. Nosiła imię Dzieci Zjednoczonej Europy.
– Podobnie jak twoje liceum – zauważyłam, zwracając się do kolegi. – Tylko bez dzieci.

Naprzeciwko szkoły znajdował się zamknięty salon fryzjerski i prawdopodobnie siłownia, również nieczynna. Na kolejnym odcinku Widnej poprzez graffiti promowało się Stowarzyszenie na Rzecz Dzieci i Młodzieży. Dalej moją uwagę zwrócił szereg barwnych aut. Wśród nich znalazły się fioletowe, czerwone i żółte.
– Jak… no te… Power Rangers! – nie mogłam się pozbyć skojarzenia.
Okazało się, że o ile ledwie kojarzyłam postaci z tej produkcji, kolega w dzieciństwie oglądał ją nałogowo.

Ścieżką za blokami powędrowaliśmy ku Pogodnej, uprzednio znajdując po prawej zabudowę z przyległym placem zabaw. Spacerujące akurat nieopodal starsze panie podchwyciły nasze spekulacje (sprawdzone kilkanaście metrów dalej), że budynek stanowił siedzibę przedszkola. Toczyły jednak swoją rozmowę niezależnie od naszej.
Na Pogodnej lekko się cofnęliśmy i skręciliśmy ku Nauczycielskiej. Minęliśmy przy tym szare, jakby metalowe garaże. Pomiędzy blokami zaskoczył mnie również widok ciągnika, a na samej Nauczycielskiej znaleźliśmy Żabkę, Prywatne Szkoły Gastronomiczne oraz sklepy spożywczy i monopolowy. Nie szliśmy jednak wzdłuż nich, a skręciliśmy w lewo. Dzięki temu chwilę później znaleźliśmy się na Chwarznieńskiej. Była to jedna z większych ulic i nie chciałam ominąć żadnych instytucji, sklepów czy lokali.
I rzeczywiście, ledwie tam wyszliśmy, a już zauważyłam sklep zoologiczny, na którym przysiadło stadko gołębi, co wydało mi się ciekawym zbiegiem okoliczności. Dalej minęliśmy komisariat policji, po czym skręciliśmy w kolejną część ulicy Nauczycielskiej. Nasza rozmowa była wówczas na etapie najnowszej mody związanej z grą, w której łapało się znane nam z jednej z bajek z dzieciństwa pokemony. Nie przekonywała mnie idea wędrowania po mieście ze wzrokiem wpatrzonym w komórkę, bo a nuż twórcy ukryli gdzieś w terenie jednego ze stworków. Opowiadałam koledze, jak załamywał mnie fakt, że nawet moi znajomi, pozornie poważni ludzie, ulegli tej modzie. Dwa dni wcześniej jeden z nich (nazwijmy go X na potrzeby tego rozdziału) pokazywał mi nawet swoje zdobycze w aplikacji. Gdy zobaczyłam grę na własne oczy, wydała mi się jeszcze mniej fascynująca niż ją sobie wyobrażałam.
– Powiedz mi, że ty nie grasz – powiedziałam błagalnym tonem.
Kolega zaprzeczył, aczkolwiek okazało się, że miał wgraną na telefon aplikację. Włączył ją z ciekawości i po chwili usłyszałam:
– Jak ja mam tam wejść. Pokemon jest w bloku!
Zabrakło mi komentarza.
Dalej czekało nas skrzyżowanie z Uczniowską. Po prawej stronie znajdował się plac zabaw z siłownią na powietrzu. Dobrze, że ten zbieg ulic był w tamtej chwili właściwie pusty, bo kolega w poszukiwaniu pokemona (!) ruszył przez skrzyżowanie po przekątnej.
– Jak ty idziesz! Środkiem skrzyżowania – zganiłam go i pospiesznie ściągnęłam na bok.
– Pokemon nad tobą – usłyszałam w odpowiedzi. – Jak nietoperz!
– To ptak – odparłam, bo dokładnie w tamtym momencie przeleciała nade mną wrona. – Czyli jednak grasz, tylko nie miałeś odwagi się przyznać – podsumowałam.

Kolega zaprzeczył i stwierdził, że dopiero teraz zaczął. Przez kolejne kilka minut wciągnął się w nową dla siebie grę na tyle, że szedł z nosem wściubionym w telefon i złapał kolejne dwa stworki. Próbowałam gasić jego entuzjazm i stwierdziłam zgodnie z prawdą, że to dość pospolite pokemony i kolega X wszystkie je zebrał, a niektóre nawet wielokrotnie. Nic nie pomagało. Kolega czuł się dumnym zdobywcą nietoperza, gąsienicy i kraba. Wreszcie jednak się opamiętał i wrócił do rzeczywistości.
Minęliśmy sklep spożywczy, dotarliśmy do skrzyżowania z poznanym po wyjściu z Pogodnej szeregiem sklepów, po czym ruszyliśmy w lewo. W ten sposób skierowaliśmy się ku Szkole Podstawowej Nr 35. W oddali po prawej widniał kolejny plac zabaw. Furtka ogrodzenia okalającego całość stała otworem.
– Wejdziemy na teren – postanowiłam.
– Można wchodzić?
– Tak, tylko psów nie można wprowadzać – stwierdziłam po przeczytaniu tabliczki na bramce. – I pokemonów. Nie wchodzisz – pozwoliłam sobie na chwilę uszczypliwości, mając oczywiście na myśli nie kolegę, lecz „złapane” w telefon stworki.

Chwilę później opuściliśmy teren szkolny i cofnęliśmy się na tyle, by wejść w Uczniowską. Zaraz za terenem szkoły znajdowało się przedszkole, a dalej dominowała zabudowa mieszkalna. Skręciliśmy w lewo przy szkole sztuk walki, dzięki czemu dotarliśmy do Chwarznieńskiej. Po lewej wypatrzyliśmy sklep z częściami samochodowymi, a drugi ze sprzętami typu piły mechaniczne. Następnie ruszyliśmy w prawo. Zauważyłam reklamę pizzerii i pokoi do wynajęcia, a kawałek dalej obie z reklamowanych rzeczy, choć trudno stwierdzić, czy to ich dotyczyły owe reklamy.
Zajrzeliśmy także w Sosnową, by dotrzeć nią do Żywicznej. Godnymi zanotowania obiektami były sklep z zamkami i alarmami, warsztat samochodowy oraz żłobek na pierwszej z tych ulic.

Po powrocie na Chwarznieńską, rzuciłam okiem na drugą stronę, w głąb Promiennej. W kadrze znalazła się nie tylko reklama Obwodowego Urzędu Miar z ulicy Słonecznej, ale uśmiech kierowcy w naszą stronę, który śmiało określiłabym mianem promiennego. Dalej przy głównej drodze znajdowały się warsztat samochodowy, sklep z oknami, przychodnię i pensjonat. W oddali widniała już pętla dla autobusów. Miała być granicą, przy której postanowiłam zawracać. Tymczasem w okolicy nie widzieliśmy żadnego przejścia dla pieszych. Ponad drogą znajdował się za to dziwny obiekt.
– Co to za most? – zapytał kolega.
– Obwodnica? – strzeliłam, zapominając, jaki przebieg miała obwodnica w tym rejonie i nie mogąc dostrzec, jak ów obiekt był szeroki.
– Za wąskie na obwodnicę – stwierdził mój towarzysz. – Tory?
– I co, wchodzisz i pod pociąg? – zwątpiłam.
Okazało się, że przed sobą mieliśmy biegnące górą przejście dla pieszych. Można było się na nie dostać windą lub schodami.
– Wjedźmy windą – poprosił kolega.
– Ale zejdziemy schodami.
W windzie było lustro, zrobiliśmy więc sobie dla żartu pamiątkowe zdjęcie naszego odbicia. Na szczycie dalej nie opuszczały nas dobre humory, zaśmiałam się więc, że jestem „królową Witomina”. Właściwie nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy. Raczej nie aspirowałabym na stanowisko rządzącego rewirem, który ledwie znam i generalnie władza nieszczególnie mnie pociąga. Fajnie było jednak nieco się powygłupiać i spojrzeć na przestrzeń z góry. Łapałam tę chwilę w kadr, a także oddałam aparat koledze, bym i ja stała się tego kadru częścią. Z nadmiaru energii zaczęłam podskakiwać, marząc o zdjęciu w powietrzu. Nigdy nie potrafiłam podskoczyć tak oszałamiająco wysoko, jak co niektórzy i nieco im takich zdjęć zazdrościłam, więc postanowiłam spróbować i tym razem. Okazało się, że konstrukcja zaczęła się lekko trząść. Nie groziło to raczej jej zawaleniem, ale gdy przystanęłam, a kolega stojący z aparatem kilka metrów ode mnie podskoczył, wibracje dotarły do mnie bardzo szybko.


Wreszcie zeszliśmy po drugiej stronie, podeszliśmy na moment bliżej pętli autobusowej, mijając przy tym sklepik elektryczno-budowlany. Następnie pod filarem mostu weszliśmy w Słoneczną. Podobały mi się niektóre tamtejsze ogrodzenia. Uwieczniłam także rzeźbionego lwa, co wywołało żywą reakcję pilnującego posesji wilczura.
– Psy dupami szczekają – kolega skomentował sytuację, używając popularnego powiedzonka.
Stało się ono punktem wyjścia do typowo biologicznej dyskusji. Właściwie ludzie i psy należą do wtóroustych czyli powiedzonko miałoby nawet naukowe uzasadnienie.

Wędrowaliśmy dalej Słoneczną, przy okazji zaglądając w boczne ulice, takie jak Wiosenna, Promienna, a wreszcie Hodowlana. Znaleźliśmy na tym odcinku hurtownię alarmów i domofonów, stację kontroli pojazdów, kilka warsztatów samochodowych, wspominany Obwodowy Urząd Miar, zakład naprawy wag, punkt dorabiania kluczy i przedszkole językowe. Wreszcie dotarliśmy do zaplecza Centrum Handlowego Witawa. W pobliżu stacjonował ryneczek, a w jego sąsiedztwie warzywniak, dwie apteki, Żabka, magiel, sklepy odzieżowy, mięsny, rybny i piekarnia.

Przeszliśmy na drugą stronę Niskiej, tak jak sugerował brak chodnika po naszej stronie, ale chwilę później i tak musieliśmy pokonać jezdnię jeszcze raz, by wejść w ulicę Bohaterów Getta Warszawskiego. Wędrowaliśmy dalej bez większych przygód, zaglądając w boczne uliczki, a na tej, którą kroczyliśmy, wypatrzyliśmy jedynie trzy warsztaty samochodowe, jedną myjnię, położone na skrzynce z prądem grzyby i reklamę firmy odzieżowej. Przy samej Hodowlanej stacjonowała kolejna Żabka.

Metodą harmonijki zwiedziliśmy Hodowlaną, Pionierów i Pańską. Na tym odcinku znaleźliśmy pensjonat, psiego fryzjera, namalowanego czarną farbą (znów na skrzynce z prądem) ptaka kiwi, a wreszcie kościół Podwyższenia Krzyża Świętego i Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.


Wreszcie wyszliśmy na Wielkokackiej, kierując się ku Stawnej i skwerowi Księdza Mowińskiego. Jego pomnik wyglądał naprawdę okazale, bo miał wysokość kilkunastu metrów. Wiedziałam, że niedługo kolega będzie mnie opuszczał, więc chciałam go poprosić o uwiecznienie mnie na tle skweru. Trudno było ustawić mi się w taki sposób, abyśmy oboje z tym monumentalnym pomnikiem zmieścili się w kadrze.

Chwilę później kroczyliśmy już Wielkokacką w kierunku Rolniczej. Mijaliśmy kolejno kwiaciarnię, kiosk i sklep spożywczo-monopolowy. Za salonem gier i Żabką wypatrzyliśmy salon fryzjersko-kosmetyczny. Dalej moją uwagę zwrócił obszerny trawnik z ogrodzonym placem zabaw oraz kosz do koszykówki. Chyba twórcy nie przemyśleli tego, że piłce prościej odbić się od utwardzonej powierzchni niż od trawnika. Bliżej Centrum Handlowego Witawa dopatrzyliśmy się warsztatu samochodowego, lombardu, pizzerii, złotnika, fryzjera i sklepu monopolowego. Tymczasem po naszej stronie zobaczyliśmy salon kosmetyczny, sklepy budowlany i elektryczny, cukiernię, kwiaciarnię. Przy serwisie rowerowym przysiadłam do zdjęcia z rowerem wystawionym jako drogowskaz i reklama w jednym. Moją uwagę zwrócił również uroczy skwerek po prawej, przy samym skrzyżowaniu z Chwarznieńską, Małokacką i Rolniczą. Ruszyliśmy ku tej ostatniej.
Znany nam już odcinek pokonaliśmy bardzo szybko, a że kolega miał sporo czasu do autobusu, podeszliśmy na kolejny przystanek, w pobliżu Strażackiej. Tam przysiedliśmy na pobliskiej ławce, póki nie nadjechał odpowiedni autobus. Nie wracałam z kolegą i postanowiłam sama pokonać resztę dzielnicy. Uznałam, że zwiedzania zostało mi na godzinę, może półtorej, a lokalizacja niepoznanych dotąd ulic raczej nie nadawała się do łączenia ich z wędrówką po sąsiednich dzielnicach, do których było relatywnie daleko. Wokół mogłam spodziewać się raczej terenów leśnych.
Ścieżką za przystankiem przeszłam ku Konwaliowej. Po lewej minęłam przychodnię i dość pokaźny budynek. Tablica sugerowała związek z siecią ciepłowniczą. Nietypowe anteny na dachu przywiodły mi natomiast na myśl radiostację. Witomino bowiem podzielono na dwie części: Leśniczówkę i Radiostację właśnie.

Skręciłam w prawo. Minęłam Osiedlowy Klub Kultury, bibliotekę, piekarnię i sklep mięsny. Pomiędzy nimi widniało graffiti Arki Gdynia, a po prawej stronie drogi wypatrzyłam sklep spożywczy i rzeźbę zakochanej pary. Chwilę później ruszyłam Narcyzową wzdłuż pasażu. Znajdowały się w nim sklepy spożywcze, wielobranżowy, mięsny, elektryczny, drogerie, lokale gastronomiczne, apteka, poczta, złotnik, piekarnia, sklep typu 1001 drobiazgów, zoologiczny, meblowy i fryzjer, a po sąsiedzku także szewc, szklarz, magiel, ksero i punkt dorabiania kluczy. Minęłam również kwiaciarnię i sklep odzieżowy, a chwilę później odkryłam przedszkole. Zawróciłam i szłam drugą stroną ulicy. Dotarłam do budynku I Akademickiego Liceum Ogólnokształcącego. Za jego gmachem skręciłam w lewo, dzięki czemu odhaczyłam także skwer 50-lecia SM Bałtyk. Wstąpiłam tam na chwilę. Skierowałam się ku tablicy umieszczonej w centrum skweru, ale poza nazwą obiektu nie było tam nic nadzwyczajnego.

Zawróciłam i ścieżką ruszyłam ku kościołowi Świętego Maksymiliana Marii Kolbego. Bramka była otwarta, więc weszłam na teren parafii, by odnaleźć tabliczkę informującą o jej patronie. Po osiągnięciu tego celu wyszłam tą samą furtką i zamknęłam ją delikatnie, by nie strącić ślimaka z rośliny obok. Włączyłam na moment tryb makro i pobawiłam się w fotografię przyrodniczą.


Dotarłam do Konwaliowej i ledwie rzuciłam okiem w prawo. Dopatrzyłam się jedynie kiosku i nieświadomie ominęłam ulicę Polskiego Czerwonego Krzyża. Wnioskując po terenie wokół, nie spodziewałabym się tam jednak dużo więcej poza zabudową mieszkalną, ale oczywiście mogę się mylić. Naprzeciwko zobaczyłam jeszcze Fresha, po czym ruszyłam w lewo.
Dotarłam do Małokackiej. Zobaczyłam Lidl, po czym skierowałam się ku Wielkokackiej. Kiedy ponownie mijałam skwerek na rogu, postanowiłam go sfotografować i uważam to zdjęcie za najlepsze z całej wyprawy. Oddawało urok podróży po typie terenu, który lubiłam najbardziej – mieszanki cywilizacji i natury.

Pokonałam krótki odcinek Wielkokackiej, by wejść na Długą. Zobaczyłam warsztat samochodowy i salon kosmetyczny oraz okulistę i optyka w jednym. Zobaczyłam blok z adresem ze Stawnej. Wówczas bliżej niesprecyzowane coś mnie zaniepokoiło i zapytałam przechodnia, czy na pewno jestem na Długiej. Potwierdził, więc uspokoiłam się i ruszyłam przed siebie. Zaciekawiły mnie rośliny wokół oraz ozdoby z przydomowych ogrodów, na przykład rozpościerający skrzydła orzeł.
Nie zobaczyłam po drodze ulicy Poprzecznej, więc skręciłam dopiero w Wąską. Minęłam jedynie parking strzeżony i jakąś prywatną firmę. Urzekł mnie balkonik domu na rogu. Skusiłam się na skręt w Łączną, gdzie spacerowało dwóch chłopców. Jeden poruszał się na deskorolce, drugi kopał przed sobą piłkę. Czułam też, że moja obecność z aparatem, zwróciła ich uwagę. Po lewej zobaczyłam uchylone ogrodzenie, a za nim zarośla i budynek z odpadającym tynkiem. Całość uznałam za intrygujący kadr.
Przez Polną dotarłam do Stawnej. Łąkową i Sadową dało się stamtąd przejrzeć na wylot, więc postanowiłam skręcić dopiero w dalszy ciąg Wąskiej. Najpierw jednak ruszyłam prosto, ku Szkole Podstawowej Nr 12, która dzieliła budynek z Gimnazjum Nr 8. Przy okazji minęłam piekarnię i odpowiedziałam dzień dobry na radosne wołanie bawiącego się w ogrodzie malucha.

Wkrótce dotarłam do Granicznej. Temperatura wyraźnie spadła. Szybkim tempem zwiedzałam więc urocze i wciąż lekko osłonecznione ulice Tulipanową, Rozmarynową i Storczykową. Schodkami i ścieżką wzdłuż pełnego różnobarwnych kwiatów ogrodu, jak się okazało – określoną mianem Mirtowej, przeczłapałam ze Storczykowej ku Tulipanowej. Przy okazji zagadałam rudo-białego kota i uchwyciłam w kadr jego ziewanie, choć raczej miałam w planach uwiecznienie pełnej godności postawy tego czworonoga. Czasem rzeczy wychodzą ciekawsze niż według naszych zamierzeń.

Kolejną ścieżką powróciłam na Graniczną. Zauważyłam nadchodzącą od zachodu czarną chmurę. Nie ciemną, nie szarą. Czarną niemal niczym węgiel. Odcinała się na tle względnie jasnego nieba. Wiedziałam, że jeśli chcę zdążyć przed ulewnym deszczem, zostało mi niewiele czasu.
Minęłam kotwicę umieszczoną na skrzyżowaniu z Łąkową, a z tej przeszłam na Krótką. Ulica okazała się niezbyt pokrywać z nazwą, a jej przebycie stanowiło już dla mnie wyścig z deszczem. Dzieci wracały pospiesznie do domów. Ludzie w autach patrzyli z lekkim powątpiewaniem, gdy dzierżyłam w dłoni aparat i żwawo zaglądałam w Pasieczną, Stawną czy Cichą. Nawet nie zauważyłam, że ominęłam Wrzosową. Wypatrzyłam za to zakład stolarski, a pilnujące go psy zaczęły szaleńczo ujadać.
Ruszyłam Gajową, znajdując firmę oferującą „haft, gadżety, nadruki”. Zajrzałam w Kwiatową, a po chwili ruszyłam Dębową. Minęłam Różaną i Ogrodową, a także panów budowlańców, którzy przyglądali mi się, jakbym była niespełna rozumu. Skręciłam w prawo. W szaleńczym tempie pokonałam odcinek drogi, który nic właściwie nie oferował i przez który trafiłam na ulicę 2 Morskiego Pułku Strzelców. W oddali widniała już pętla autobusowa. Idąc w jej kierunku, minęłam kiosk, aptekę, piekarnię, sklepy papierniczy, mięsny i spożywczy oraz gabinet stomatologiczny i bibliotekę. Okazało się, że od pętli musiałam przejść jeszcze kawałek w stronę właściwego przystanku. Dzięki temu odkryłam jeszcze Żabkę i Biedronkę. Postanowiłam nieznany mi jeszcze odcinek poznać zza szyby autobusu. Wsiadłam, a ulewa rozszalała się momentalnie tak, że zostawiłam za sobą ścianę wody. Nic ciekawego po drodze nie znalazłam, właściwie ów odcinek stanowiły tylko jezdnia i chodnik. Niewiele straciłam, a byłam dumna, że w pewnym sensie ów wyścig z deszczem wygrałam i zwiedziłam całe Witomino jednego dnia!

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

Wspaniałe zdjęcia, tak jak wspaniała jest GDYNIA.
Bardzo dziękuję, miło to słyszeć 🙂 Rzeczywiście w Gdyni można „upolować” sporo świetnych kadrów 🙂
Dziś to już historia. Wiele się zmieniło. Witomino to dzielnica stażejąca się, dawniej mawiano dzielnica sypialnia. Kluby, place, są ale nie dla przeciętnego mieszkańca. Częściej zamknięte niż otwarte. Dzisiaj Witomino jest zarośnięte, zaniedbane, rozkopane i niebezpieczne. Brak miejsc parkongowych, remontów, ciągów pieszych, likeidowane place zabaw, brak wybiegu dla psów, śmietników, a nawet przejść dla pieszych.
Nie żyje się tu łatwo. To trudna dzielnica. Monitoring nie działa. Pozostają lasy choć zaśmiecone, ale są naturalnym źródłem ulgi od miejskiego zgiełku. Schody z Pogodnej fo lasu dawno zabrała woda deszczowa, a co zniknie tego władze już nie zrewitalizują. Ciekawostką jest to, że emeryci protestowali przeciwko kładce, którą podziwialiście. Jej lokalizacja z tyłu przystanku zmusza ich do nadkładania drogi.
Kiedyś na Witominie był wyciąg narciarski, stadion leśny, dużo placów zabaw, a teraz to nawet jedną z trzech wyjątkowych rzeźb z Konwaliowej zabrano na Skwer Kościuszki. Przykre i niezachęcające.
Wycieczka odbyła się w 2016 roku, także nie dziwi fakt, że dużo się mogło zmienić. Szkoda, że w opisanym przez panią kierunku… Ale niewątpliwą zaletą dzielnicy jest właśnie to śródleśne położenie, więc tym bardziej dzielnica mogłaby na tym zyskać i przyciągać nowych mieszkańców. Jednak brak inwestycji w dzielnicę podejrzewam, że to hamuje, jak Pani mówi…