Świętokrzyski Park Narodowy – najlepsze na koniec!

Dzień rozpoczęłyśmy z mamą od wizyty na bodzentyńskiej poczcie. Byłam już przygotowana na to, że na widok 20 pocztówek uraczą mnie zaskoczonym spojrzeniem. Okazało się jednak, że jedyne co ich zastanowiło, to czy mają tyle znaczków. Na szczęście znaczków nie zabrakło, nakleiłyśmy je z mamą hurtem.

Później udałyśmy się na rynek, by złapać busa do Świętej Katarzyny. W planach miałyśmy najbardziej wymagający szlak, z dwoma głównymi punktami do odhaczenia – zdobyciem Łysicy oraz Świętego Krzyża wraz z odwiedzeniem muzeum przyrodniczego Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Czekało nas kilkanaście kilometrów szlakiem czerwonym, jedni mówili o 14 km, inni nawet o 18 km. Z mojej zdobycznej super mapy wynikało, że była to trasa 15 km od Świętej Katarzyny do Świętego Krzyża plus koło 2 km do Nowej Słupi tzw. Drogą Królewską.

Ranek był dość chłodny, ale uznałyśmy, że rozgrzejemy się po drodze. Na zaś ubrałam długie spodnie i trzy warstwy na górze. Wystartowałyśmy o 9:12. Szlak na Łysicę był dosyć wymagający i zakładano, że turyści przechodzą go w godzinę. Na jego początku dostrzegłyśmy pomnik Żeromskiego, kapliczkę Św. Franciszka i źródełko, z którego nawet napiłyśmy się wody.

Wzdłuż szlaku umieszczono tablice przyrodnicze. Dowiedziałam się z nich, że teren Parku zamieszkiwało 3,5 tysiąca gatunków zwierząt, z czego 188 kręgowców, w tym 45 ssaków. Wymijałyśmy sporo głazów i było dość stromo, zwłaszcza na sam koniec. Przed samym szczytem zobaczyłyśmy wyniesienie z samych skał i przez moment zastanawiałyśmy się, czy to to, ale dziwił nas brak tablicy. Kawałek dalej wszystko się wyklarowało, bo na najwyższym szczycie Gór Świętokrzyskich przecież tablicy nie mogłoby zabraknąć! Zdobyłyśmy Łysicę (612 m n.p.m.)! Nie obyło się oczywiście bez pamiątkowych zdjęć.

Kolejny fragment, do Kakonina, szacowano na 2,5 h. Dziwiło nas to, bo trasa była dużo prostsza niż poprzedni odcinek, a według mapy niewiele dłuższa. Po drodze minęłyśmy nie wiadomo gdzie wzgórze zwane Zamczyskiem czy Agatą. Nagle okazało się, że jesteśmy już przy kapliczce Św. Mikołaja, a stamtąd do Kakonina był rzut beretem. Ten odcinek pokonałyśmy w ciut ponad 1,5 h i pozwoliłyśmy sobie na krótką przerwę.

O 12:00 ruszyłyśmy w dalszą trasę, już na Święty Krzyż. Według drogowskazu szacowany czas przejścia wynosił aż 4 h, ale trudno nam było w to uwierzyć. Po poprzednich fragmentach wierzyłyśmy za to w nasze możliwości i uznałam, że za 2,5, może 3 h będziemy na miejscu. Trasa początkowo biegła asfaltową drogą i nawet zrobiło się nam cieplej na tyle, że zdjęłyśmy kurtki. Przy ulicy pasł się koziołek i zastanawiałyśmy się, czy nas ubodzie. Najpierw szło nam się całkiem nieźle, ale później, po krótkim przestoju na posiłek, paradoksalnie nasze siły nieco osłabły.

Około 14:00 dotarłyśmy do Huty Szklanej. Mieściła się tam osada średniowieczna, ale musiałybyśmy nadłożyć drogi, a byłyśmy już nieco zmęczone. Poza tym chciałam zdążyć zwiedzić, otwarte do 17:00, Muzeum Przyrodniczo – Leśne ŚPN. Dostałyśmy się na Święty Krzyż i, zgodnie z moją sugestią, zaczęłyśmy od zwiedzenia muzeum. Podobnie jak w Białowieskim Parku Narodowym, tak i tutaj stworzono ekspozycję, w której kolejne sale podświetlały się po wejściu zwiedzających. Tutaj równocześnie wydobywał się z głośników glos Krystyny Czubówny, więc zasugerowano nam podłączenie się do grupy szkolnej. Zdecydowanie jestem zwolenniczką zwiedzania samemu, w indywidualnym tempie, a aranżacja muzeum to uniemożliwiała. Dzieciaki wchodziły w kadr, przepychały się, nagrywały, co się dało. Aczkolwiek podobały mi się scenki rodzajowe (dmuchanie szkła czy ekosystemy z figurami zwierząt), przedstawienie dziejów Ziemi na stole w kształcie wielkiej muszli ślimaka czy mnogość zdjęć, także bezkręgowców.

Po opuszczeniu muzeum zobaczyłyśmy klasztor i cofnęłyśmy się nieco do galerii widokowej na gołoborzu, zdobywając w ten sposób niejako Łysą Gór zwaną też Łyścem (594 m n.p.m.). Zobaczyłyśmy jeszcze fragment Pogańskiego Wału Kultowego, z którego do dziś zachowało się 1,5 km. Z pobliskiej tablicy udało się nam wyczytać, że właśnie z powodu praktyk pogańskich założono w tym miejscu klasztor.

Udałyśmy się jeszcze niebieskim szlakiem, tzw. Drogą Królewską, do Nowej Słupi. Głównie przez las i cały czas w dół. Zajęło to nam około pół godziny, a po drodze minęłyśmy ponad połowę stacji drogi krzyżowej, przy czym czternasta była najbliżej klasztoru. Te pierwsze znajdowały się w Nowej Słupi przy kościele Św. Wawrzyńca i Domu Opata. Przy tym drugim obiekcie wyczytałyśmy, że Droga Krzyżowa zwana Kalwarią Świętokrzyską powstała w 1608 roku, ale przez wieki niewiele z niej zostało, więc odrestaurowano ją w XXI wieku. Po zejściu ze szlaku posiliłyśmy się w knajpce U mnicha, gdzie wystrój był naprawdę uroczy, ale jedzenie zwyczajne, zwłaszcza po tym, do czego przyzwyczaiła nas nasza gospodyni. Następnie skierowałyśmy się na rynek. Zrobiłam zdjęcie figurze mnicha Emeryka i to był chyba jedyny ciekawy jak dla mnie obiekt w Nowej Słupi. Z premedytacją odpuściłyśmy Muzeum Starożytnego Hutnictwa i Centrum Kulturowo-Archeologiczne.

Na rynku złapałyśmy busa do Górna, gdzie musiałyśmy przesiąść się w kierunku Bodzentyna. Jeden zwiał nam sprzed nosa i podejrzewałyśmy, że na kolejny przyjdzie nam poczekać. Próbowałyśmy łapać stopa, ale tutejsi ludzie kolejny raz nas w tym względzie zawiedli. Ostatecznie po dłuższym oczekiwaniu złapałyśmy jednak busa.

Pozostał nam jeszcze jeden dzień w Bodzentynie, ale że zobaczyłyśmy wszystko, co zaplanowałyśmy, a do tego zaczęłam czuć gardło, postanowiłyśmy po prostu się zrelaksować. Zresztą, pogoda mocno się popsuła, było zimno i padało. Wstałyśmy niespiesznie, by w dalszej perspektywie pójść tylko na krótki spacer do centrum po prowiant.

Trochę poczytałyśmy, a ja zabrałam się za uporządkowanie zapisków z podróży. Ogarnęłam sobie program w telefonie, dzięki czemu mogłam zapisać sporo, a po powrocie tylko to wydrukować. Po sutym jak zawsze, trzydaniowym obiedzie, gospodarz zawiózł nas na busa. Udałyśmy się do Kielc, gdzie musiałyśmy odczekać swoje. Na dworcu było chłodno, czas oczekiwania spędziłyśmy zatem w pobliskiej hotelowej kawiarni Klimt. Wypiłam jaśminową herbatę i zjadłam kawałek sernika, jednocześnie czytając. Wreszcie wsiadłyśmy w opóźniony o kwadrans nocny pociąg powrotny – dobrze wrócić do siebie 😉

2 thoughts on “Świętokrzyski Park Narodowy – najlepsze na koniec!

  1. Michał says:

    Nowa Słupia, Droga Królewska, sale muzeum, podświetlające się interaktywnie jak detale architektoniczne Piwnicy Romańskiej – Świętokrzyskie da się lubić, jest takie… pomorskie. 😉
    Zresztą w 2009 r. była taka kampania promocyjna Warszawy. Trójmiejska wersja billboardu miała zmontowaną plażę z panoramą wież (w tym PKiN) i hasłem – „Stolica da się lubić, bywa taka trójmiejska”.

    http://www.um.warszawa.pl/sites/default/files/imagecache/Lightbox_o_max_szerokosci_980px/17803trojmiasto1.jpg

    A czy koziołek ubodzie? Pewnie nie, bo nie widziałem, by Matołek bódł – Pacanów to też świętokrzyskie! 🤗

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Jeśli chodzi o podobieństwa do Trójmiasta, gdy się za nim tęskni, to gdzie by się nie było, skojarzenia nasuną się same 🙂 Poznałam Gdańsk, Gdynię i Sopot dość dobrze plus sytuacje życiowe czasem są do siebie podobne. Często będąc zupełnie gdzieś indziej mam skojarzenia, że to podobnie jak na wycieczce takiej i takiej 🙂 Inną kwestią jest to, że muzea przyrodnicze są też między sobą podobne, ale mimo to chcę odwiedzić każde, bo zawsze znajdzie się coś innego, regionalnego 🙂 A warszawska kartka świetna!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *