Rano ogarniałyśmy się niespiesznie. Zjadłyśmy śniadanie, ale wciąż miałam poczucie, że jeszcze jestem głodna. Poszłyśmy na 10:00 do kościoła Św. Stanisława, który dzień wcześniej widziałyśmy tylko z zewnątrz. W środku był dość bogato zdobiony, szczególnie w okolicy ambony i ołtarza. Msza była śpiewana na trochę inne melodie niż na Pomorzu, a ksiądz poświęcił naprawdę sporo czasu na kazanie.

Po mszy przeszłyśmy przez Rynek Górny ku ulicy Licealnej, by następnie z głównej drogi zejść na szlak. Po drodze minęłyśmy grupkę kolarzy, z których jeden nawet nam pomachał 🙂

Z ulicy Kieleckiej zeszłyśmy na Miejską, która miała doprowadzić nas na szlak niebieski. Przejście przez Podgórze do bramy Parku wymagało od nas sporego wysiłku. Skos był spory, a do tego wędrowałyśmy asfaltową drogą w pełnym słońcu. Miało się jednak okazać, że to najtrudniejszy odcinek, jaki miałyśmy tego dnia pokonać.

Prawie na jego końcu minęłyśmy kolejnego kolarza, który zmagał się z wyniesieniem z niemałym wysiłkiem, ale dał radę, minął nas, a chwilę później spotkaliśmy się na górze, gdzie nawet ucięliśmy sobie pogawędkę kolarsko – podróżniczo – obyczajową 🙂

Zrobiłyśmy parę zdjęć w bramie Parku i weszłyśmy na pierwszy podczas tej wyprawy szlak. Czekało nas około 6-7 km, a przewidywany czas przejścia szacowano na trzy godziny. Droga wiodła przez las, nie doskwierało nam zatem słońce, a jedynie czasem komary. Wróciłam jednak tylko z dwoma ugryzieniami, na palcu dłoni i przy kostce. Z bezkręgowców zdecydowanie najczęściej widziałam żuki gnojarze, które są dla mnie niezmiernie ciekawym gatunkiem. Niebieski szlak był bardzo dobrze oznaczony, ani razu nie miałyśmy wątpliwości, którędy iść dalej. Na początku trzeba było uważać na korzenie, dalej co jakiś czas z drogi wystawały kamienie. Mama dawała sobie wyśmienicie radę i nawet miała siłę narzekać na przewalone, nieposprzątane drzewa leżące na drodze, póki nie uświadomiła sobie, że czasem w parkach zostawia się je specjalnie. Po drodze były trzy przystanki w formie ławek i jeden przypominający altankę. Pokonałyśmy też parę mostków. Po dwóch godzinach, w sumie nieszczególnie nawet zmęczone, dotarłyśmy do Świętej Katarzyny.


Znajdowały się tam mogiły i pomnik upamiętniające ofiary hitlerowców, a także wejście na szlak czerwony na Łysicę i Święty Krzyż. Ten szlak był już płatny i miałyśmy go w planach na pojutrze. Zajrzałyśmy jednak do budki strażniczej. Mama zapytała pana w stroju leśnika, czy ma pieczątkę Parku. Odpowiadając, zwrócił się wprost do mnie:
– Chodź tu, młoda.

Podbiłam sobie w książeczce pieczątkę Parku oraz Świętej Katarzyny. Minęliśmy też babcię z wnukiem, która mówiła, kończąc jakąś wcześniejszą wypowiedź:
– Kleszcz jest dlatego owadem niebezpiecznym…
– Kleszcz jest pajęczakiem, a nie owadem – zaoponowałam od razu, ale tak, że słyszała mnie tylko mama.

Kupiłyśmy jeszcze pamiątki na kramiku, obwarzanki na stoisku obok oraz zajrzałyśmy do kapliczki Żeromskiego. Następnie poszłyśmy zwiedzić samo miasto. Najpierw rzucał się w oczy kościół Św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Przylegał do niego dom zakonny sióstr bernardynek. Poszłyśmy z mamą na lody, a następnie odwiedziłyśmy Muzeum Minerałów i Skamieniałości. Mnie zdecydowanie bardziej zainteresowały te drugie, chociaż przyjemnie było popatrzeć też na ładne kamienie szlachetne. Najbardziej podobały mi się fioletowe: ametyst (nawet jeden kupiłam) i czaroit. Wypatrzyłam też w gablotach żółwia z sepiolitu czyli pianki morskiej. A ze skamieniałości najciekawsze były moim zdaniem odciski gąbki, koralowca, krewetek, ryb i zlepek muszki małży.
Po powrocie zjadłyśmy obiad. Okazało się, że nasza gospodyni gotuje wyśmienicie. Porcje z kolei były tak syte jak dla dwóch, trzech mnie, bo obiad składał się z zupy, drugiego dania i deseru. Na wieczór zostałyśmy zaproszone do znajomych mamy.





