Z rana udałyśmy się na śniadanie w hotelu. Wymeldowałyśmy się, ale zostawiłyśmy jeszcze bagaże pod kluczem, po czym ruszyłyśmy dalej według szlaku miejskiego. Na początek zwiedziłyśmy bardzo przyjemne w odbiorze i generujące wiele wspomnień Muzeum Zabawek i Zabawy. Dopatrzyłam się nawet obrazka z książki o Kubusiu Puchatku, dokładnie takiego, jaki zapamiętałam. Oglądałyśmy misie, lalki, autka, klocki, modele i inne zabawki, a także dopatrzyłyśmy się wielu bajkowych bohaterów z bajek, na których się wychowywałam. To było fajne. W muzealnym sklepiku wypatrzyłam breloczek żółwia. Poprosiłam panią, by sprawdziła, czy ma jeszcze inne kolory.
– Żółwia mam tego jednego.
– To chyba czekał na mnie.


Po odwiedzeniu muzeum dalej podążałyśmy szlakiem miejskim, aczkolwiek nie realizowałyśmy punktów po kolei. Podeszłyśmy do pomnika Piłsudskiego na koniu, a następnie biegnącą od niego drogą dotarłyśmy do skweru im. Żeromskiego. Znajdował się tam ciekawy pomnik upamiętniający oddział AK „Jodła”. W owalnej bryle wydrążono kształt jodły, dodając jeszcze wewnątrz postacie walczących.


Po drugiej stronie skweru mieściła się potężna katedra – Diecezjalne Sanktuarium Maryjne. Słyszałyśmy doskonale odbywające się tam nabożeństwo. Nieopodal znajdował się pomnik ks. Popiełuszki. Zwróciłam także uwagę na wieżę z zegarem. Przespacerowałyśmy się ulicą Dużą ku Sienkiewicza i skierowałyśmy się w lewo. Wkrótce dotarłyśmy do Placu Artystów. Pierwszy rzucał się w oczy kamienny dzik i może poniosła mnie wyobraźnia, ale widząc tuż przed kilka żółto-zielonych zaokrąglonych worków na śmieci, skojarzyły mi się z główkami kapusty czy sałaty. Dzik stał przed Biurem Wystaw Artystycznych. Naprzeciwko tego budynku dopatrzyłam się interesującego graffiti z sowami.



Podążyłyśmy dalej, po drodze próbując sfotografować niewielkiego ptaszka – kwiczoła. Minęłyśmy pomnik upamiętniający generała Sikorskiego. Dalej znajdowało się tzw. źródełko Biruty, nazwą nawiązujące do fabuły Syzyfowych prac Żeromskiego z rzeźbą Przysięga miłości, przyciągającą ponoć nowożeńców. Tą drogą dotarłyśmy do zbiornika wodnego i parku miejskiego. Idąc ulicą wzdłuż tego drugiego, natrafiłyśmy na koszary, pałacyk Zielińskiego, a dalej na budynek dawnego więzienia. Na murze widniały fotografie osadzonych w okresie władzy hitlerowskiej, a następnie stalinowskiej.



Wreszcie doszłyśmy do Pałacu Biskupów Krakowskich, który postanowiłyśmy zwiedzić także wewnątrz. Obsługa była przemiła, a pomiędzy sobą porozumiewała się krótkofalówkami („Jestem pod wrażeniem tego systemu” – rzuciłam), dzięki czemu płynnie przechodziłyśmy spod jednych skrzydeł pod kolejne. Zwiedzanie rozpoczynało się od wystawy poświęconej Piłsudskiemu i co ciekawe, akurat tego dnia przypadała rocznica jego śmierci. W kolejnej części budynku zwiedzałyśmy kolejne sale, w których rezydowali biskupi. Zaciekawiło mnie pomieszczenie, które zapytana pani określiła mianem antykamery (inaczej „drugi pokój biskupi”). Służyła jako poczekalnia dla gości, którzy chcieli być przyjęci przez biskupa urzędującego w pokoju obok. Interesująca wizualnie była dla mnie także prasa do obrusów. Zapytałam również o kolory ram okiennych, czy zieleń pasująca do osłon na grzejniki była reliktem przeszłości, czy wymysłem aranżujących te wnętrza na nowo. Pani trochę się zakręciła i wybąkała, że sugerowali się jakimiś starymi opisami, ale to współczesne. Na koniec obejrzałyśmy jeszcze galerię numizmatyczną. Skojarzyłam banknot 1000 zł z Kopernikiem. Zdecydowanie najbardziej urzekł mnie, jeszcze w pierwszej strefie, tzw. Tryptyk kielecki, co skłoniło mnie do nabycia pocztówki, która go przedstawiała.



Po opuszczeniu muzeum ruszyłyśmy ponownie w stronę kościoła i skweru im. Żeromskiego, ale tym razem poszłyśmy dalej. Minęłyśmy Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego. Z premedytacją odpuściłyśmy sobie jego zwiedzanie, bo byłam tam w liceum. Na naszej drodze natknęłyśmy się jeszcze na Kościół Św. Trójcy wraz z seminarium oraz Pomnik Czynu Legionowego, w pobliżu którego mieścił się jeszcze Wojewódzki Dom Kultury. Spacerując Aleją Legionów, minęłyśmy stadion. Liczyłam, że będzie widać jego wnętrze, skoro znalazł się na liście atrakcji, ale był cały zabudowany. Podekscytowałam się za to jak dziecko spadającymi noskami klonu. Były już dość spore i zabrałam jednego na pamiątkę, ale nie przetrwał w całości transportu w kieszeni.

Kolejnym punktem na naszej trasie była Kadzielnia – amfiteatr i rezerwat. Widoki z góry były rajem dla oczu – cudo! Najbardziej wyczekiwałam jednak odwiedzin Skweru Harcerskiego, tam bowiem znajdowała się galeria sław. Pomniki przedstawiały popiersia znanych ludzi, co obejrzałam z ciekawością. I chociaż także pamiętałam to miejsce z liceum, a nawet swoje zdjęcie z Herbertem, uznałam, że zasłużył on na ponowne odwiedziny i chyba ten element dał mi najwięcej radości, jeśli chodzi o etap kielecki podróży. Dalej odwiedziłyśmy jeszcze kościół garnizonowy i ruszyłyśmy w stronę dworca oraz deptaka, by się posilić, a następnie udać po prowiant, bagaże i do Bodzentyna.



Znalazłyśmy fajną pierogarnię na Wspólnej. Co prawda musiałyśmy sporo poczekać,
więc przebierałyśmy nerwowo nóżkami, by bus nie odjechał bez nas, ale było warto. Pierogi z serem i brzoskwiniami, polane czekoladą i z dodatkiem bitej śmietany, okazały się idealnym wyborem. Zrobiłyśmy szybkie zakupy, odebrałyśmy rzeczy z hotelu i czatując na nasz bus, natknęłyśmy się na jeszcze lepszy, bo bez przesiadek. Kierowca był bardzo miły, a cena zaskakująco niska (4zł/os.). Zameldowałyśmy się w nowym miejscu, gospodarze okazali się naprawdę super. Podobał mi się też naklejony nad moim łóżkiem jeden z moich ulubionych cytatów (If you can dream it, you can do it! – Walt Disney).

Zrobiłyśmy sobie dwugodzinny spacer po mieście, dzięki czemu obejrzałyśmy wszystkie atrakcje. Zaczęłyśmy od mniejszego z dwóch miejskich kościołów – Św. Ducha. Dalej minęłyśmy zabytkową Zagrodę Czernikiewiczów, ale była zamknięta. Spacerując, zobaczyłyśmy jak starsza pani poprawia okulary, by się nam przyjrzeć, po czym z zupełnym brakiem dyskrecji zawołała do kogoś wewnątrz domu:
– Próbuję poznać, ale to jakieś obce baby.


Przeszłyśmy się wzdłuż cmentarza parafialnego. Następnie odwiedziłyśmy Rynek Dolny (gdzie wysiadałyśmy z busa) i Górny (z pomnikiem i fontanną). W ten sposób dotarłyśmy do kościoła Św. Stanisława. Tutaj postanowiłyśmy przyjść nazajutrz na mszę.

Droga biegła dalej ku ruinom zamku. Chyba ten punkt zyskał miano mojego ulubionego, jeśli o Bodzentyn chodzi. I nie mogłam odżałować, że rzeczywiście były to ruiny, pozostałości murów (a do takowych mam słabość), ogrodzone z zewnątrz, gdyż tak zapuszczone, że wchodzenie do środka byłoby zwyczajnie niebezpieczne. Gdyby je jednak odrestaurowano, wzmocniono, uważałabym to za największą atrakcję miasta nie tylko dla mnie, ale dla szerszej rzeszy turystów.



Zeszłyśmy niemal wzdłuż Psarki ku zaporze, głównej drodze i krzyżującej się z nią Suchedniowskiej. Tam mieściła się siedziba Dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego, gdzie pracowała znajoma mamy. Kolejna ulica prowadziła na stadion Łysicy Bodzentyn, będący jedynie dużą połacią zieleni, nic szczególnego, ale korciło mnie, by tam podejść, bo bawiła mnie nazwa tutejszego klubu piłkarskiego. Po drugiej stronie drogi był cmentarz wojenny. Sfotografowałam go, a mama zażyczyła sobie zdjęcie przy siedzibie Parku, szłyśmy więc innymi stronami ulicy.



Skręciłyśmy przy głównej drodze na Podgórno, by odhaczyć jeszcze jeden punkt – cmentarz żydowski Kirkut. Zobaczyłam tam charakterystyczne kamienie, kładzione na nagrobnych płytach, które pamiętałam jeszcze z jakiegoś filmu o Żydach, oglądanego przed laty. Przez ulicę Szermentowskiego, z towarzyszącym nam widokiem zachodu słońca, powróciłyśmy na kwaterę. Zgrabnie nam poszło. Mogłabym przejść w sumie cały Bodzentyn ulicę po ulicy, jakbym chciała.



