Świętokrzyski Park Narodowy – wyprawa dwóch pokoleń

Obserwowałyśmy z okna pociągu, jak wschodzi słońce. Wykorzystałam ten piękny kadr, by otworzyć nim nowy album na moim fanpage’u.

Później tylko na bieżąco wstawiałam wybrane kolejne zdjęcia. Wysiadłyśmy z mamą raniutko na dworcu w Kielcach. Oczywiście zrobiłam sobie zdjęcie z tablicą z nazwą miasta. W końcu byłam tu już dawno, bo w liceum, na wycieczce szkolnej. Wypiłyśmy kawę i herbatę z automatu, w skrajnie małych porcjach. Przebrałyśmy się w lżejsze ciuchy w dworcowej łazience. W pobliżu budynku dworca stało kilka pomników. Spodobał mi się szczególnie ten przedstawiający dziewczynę z lunetą (Aktualizacja: sprawdźcie tutaj, kim się okazała). Wówczas ruszyłyśmy tunelem na drugą stronę głównej ulicy – Żelaznej. Tam zastałyśmy całkiem ładne graffiti. Po drugiej stronie rozpoczynał się deptak – ulica Sienkiewicza. Sfotografowałyśmy zabytkowy budynek, w którym aktualnie mieścił się bank. Pozowałam też na ławeczce z pomnikiem Jana Karskiego. Śmiałam się potem, że rozpoczęłam poranek od rozruszania szarych komórek i „rozegrałam z nim partyjkę szachów”. Były to dwa ostatnie punkty według mapy prezentującej tzw. szlak miejski. Dalej dopatrzyłyśmy się fontanny, która była nieczynna, ale godzinę później działała w najlepsze, puszczając wodę niczym z wodospadu. Po drodze zwróciłyśmy uwagę na mnogość banków i sklepów typu wszystko za 5 zł, a także na restaurację Magdy Gessler i księgarnię z sherlockowymi motywami.

Dotarłyśmy do Hotelu Śródmiejskiego i chociaż planowałyśmy tylko zostawić bagaż, mieli już dla nas wolny pokój o numerze 11. Przepakowałyśmy niezbędne rzeczy w mniejsze plecaki i ruszyłyśmy na dworzec, by tego dnia odwiedzić Tokarnię i Chęciny. Mama zabrała też ze sobą kijki do nordic walking, co znacząco ułatwiało jej marsz. Na dworcu jednak nie było łatwo się zorientować, który kierowca dowiezie nas do celu. Pytałyśmy zatem jednego po drugim.

– Jedzie pan przez Tokarnię?

– No gdzie na Końskie – wtrąciła się oburzona pasażerka. – Nie ten kierunek.

– Wie pani, ja jestem turystką.

W domyśle: nie jestem stąd, nie muszę znać nazwy każdej miejscowości.

– Tokarnia to na Jędrzejów albo Kraków – zasugerował nam kierowca.

Wreszcie znalazłyśmy właściwego busa, a kierowca, początkowo burkliwy, okazał się miły, wskazał nam dalszą drogę i zasugerował, do którego przystanku najlepiej będzie nam się cofnąć, by potem podjechać do Chęcin. Skierowałyśmy się tymczasem do Muzeum Wsi Kieleckiej, mającego formę sporego skansenu. Słoneczko prażyło, a my miałyśmy w sobie spokój i luz, jak na urlop przystało.

– Ale super, że jest taka pogoda – zauważyłam.

– Dobrze się czuję i jestem cała happy – dodała mama.

W tak pozytywnym nastroju rozpoczęłyśmy zwiedzanie skansenu. Na początku mogłyśmy obejrzeć tablice ze zdjęciami prezentującymi różne wsie i kilka zamkniętych domków. Dopiero później mogłyśmy zajrzeć do środka dwóch budynków. Pierwszym był dom lekarza. Szczególnie upodobałam sobie jego gabinet z fotelem podobnym do ginekologicznego, walizką pełną soczewek czy szklanymi naczyniami pełniącymi dawniej rolę kroplówek. Oprowadzał nas tutaj młody mężczyzna, później pod swoje skrzydła wziął nas starszy. Pokazał nam z kolei aptekę, która była nie mniej ciekawa. Tłumaczył nam też powstawanie wody sodowej, a ja zaskoczyłam go chyba szastaniem nazwami chemicznymi – typu wodorowęglan sodu w przypadku sody oczyszczonej. Jeszcze ciekawsza była opowieść o różnych formach tworzenia świec – np. przez ustawienie knotów na planie koła jak na żyrandolu i kręcenie tym z jednoczesnym laniem parafiny nad misą.

Panowie okazali się być ojcem i synem, mama zaczęła rozmawiać o dawnych czasach z tym starszym. Tymczasem, kiedy ona debatowała, ja zwiedzałam już budynek młocarni i ruszyłam dalej w kierunku kościółka. Tam ponownie złączyłyśmy siły i kawałek dalej natrafiłyśmy na inwentarz żywy – głównie owce i indyki. Była też wystawa rzeźb – moją szczególną uwagę zwrócił szkielet z kosą.

Wkrótce dotarłyśmy do Modrzewiowego Dworku. Przy okazji wejścia grupy szkolnej posłuchałyśmy o rezydentkach czyli ciociach, które pomieszkiwały u krewnych, nie mając własnych rodzin. Grywały na pianinie czy skrzypcach. Te młodsze próbowano jeszcze czasem wydać za mąż. Była tu też bardzo miła pani z obsługi, z która porozmawiałyśmy ogólnikowo o życiu zawodowym całej naszej trójki.

Odpoczęłyśmy chwilę w altance, po czym zwiedziłyśmy dalszą część skansenu. Były tam wiatraki, młyny, szkoła czy domy różnych rzemieślników, np. plecionkarzy, pszczelarzy czy krawca. Mama co jakiś czas wspominała dzieciństwo albo pytała, czy pamiętam coś z domu dziadków.

Po zwiedzeniu skansenu udałyśmy się w okolicę przystanku. Sfotografowałam jeszcze mur niedokończonego domu, z samymi tylko miejscami na okna, otoczony zielenią. Zawsze ciągnie mnie w takie miejsca. Następnie wsiadłyśmy w busa do Chęcin, a kierowca był na tyle miły, że zboczył z trasy i podrzucił nas pod sam kościół Św. Bartłomieja. Podeszłyśmy schodkami, by go zwiedzić i naszym oczom ukazał się kolejny ich rząd, tym razem prowadzący do zamku. To podejście sprawiło mamie trudność, więc zrobiłyśmy kilka krótkich postojów. Usiadła przy wejściu na zamek i zasugerowała, żebym zwiedziła go sama. Zwiedziła jednak potem ze mną płaską część zamku i czekała wśród ludzi, gdy szybciutko zwiedzałam dwie z udostępnionych trzech wież. Widoki były niesamowite już z tarasu, a co dopiero z wież! Zrobiłam świetne zdjęcia z wysokości!

W cenie biletu było też mierzenie hełmów rycerskich i pozowanie ze szkieletem Gienkiem.
Ja skorzystałam z tej drugiej opcji. Chyba jako biologa po prostu ciągnie mnie do kości. Pani, która nas fotografowała, zaczęła nagle, nie wiedzieć czemu, zachwalać Gienka jako kandydata na męża.

Dalej zwiedziłyśmy skarbiec i obejrzałyśmy herby rodowe. Był też Abdank, z tego co kojarzę, przypisany naszemu nazwisku. Po zwiedzeniu zamku i nabyciu kilku pamiątek, udałyśmy się dla odmiany w dół.

Poszłyśmy na busa i ruszyłyśmy do Kielc. Najpierw się posiliłyśmy. Początkowo mama lekko marudziła na ceny, które mi zupełnie nie wydały się straszne, jak na miasto wojewódzkie i to przy głównym deptaku. Ponadto nabyłyśmy mnóstwo pocztówek. Prócz rozesłania ich najbliższym, planowałam także zrobić konkurs na swojej stronie i wysłać je w ramach nagrody. Po tej chwili oddechu zwiedzałyśmy miasto według idei szlaku miejskiego, przy czym realizowałyśmy punkty od końca. Zabytkowy budynek banku i ławeczkę z Karskim miałyśmy już odhaczone. Podążyłyśmy w lewo nad rzeczką Silnicą. Znajdowała się tam pamiątkowa tablica, dotycząca pogromu ludności żydowskiej w 1946 roku. Dalej minęłyśmy Urząd Wojewódzki z zegarem na ścianie, dawną synagogę i zawróciłyśmy ulicą Kościuszki. Dotarłyśmy do kieleckiego rynku z fontanną, a także ciekawą aranżacją drewnianych ławek, hamaków i roślinności. Przylegał do niego Urząd Miasta. Udałyśmy się dalej pod kościół Św. Wojciecha. Na koniec naszej trasy minęłyśmy jeszcze Kieleckie Centrum Kultury i Muzeum Historii Kielc. Wówczas wróciłyśmy do hotelu.

2 thoughts on “Świętokrzyski Park Narodowy – wyprawa dwóch pokoleń

  1. Stanisław says:

    Podążaliśmy podobnymi ścieżkami. Miło oglądać świat cudzymi oczami. Tak dla porówniania. Wtedy dostrzega się więcej.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Bardzo dziękuję za komentarz, Profesorze! 🙂 Pana wędrówki i dla mnie są nieraz inspiracją! Zgadzam się również, że spojrzenie na coś pozornie już znanego innymi oczami zdecydowanie poszerza horyzonty 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *