W poprzedni wtorek przespacerowaliście się ze mną po Wyspie Sobieszewskiej, co było odzwierciedleniem mojego pierwszego projektowego spaceru tam. Dziś zabieram Was ponownie w te okolice, tym razem wspominając drugi i trzeci spacer projektowy. Chociaż wielu ludzi wybiera się na Sobieszewo na rower, wierna swoim założeniom poznawałam wyspę na własnych nogach. I było to nie lada wyzwanie, bo podczas drugiego z trzech spacerów niemal pobiłam swój rekord pieszy, pokonując około 18 km.

Podczas jednego ze spacerów tak naprawdę szłyśmy dwiema większymi ulicami – Przegalińską i Świbnieńską. Jeśli chodzi o tę pierwszą, na starcie i na mecie mogłyśmy obejrzeć dwie śluzy – choć w nieco innej skali.


Moją uwagę już w pierwszych momentach zwrócił nietypowy, bo lekko wypukły, zaokrąglony krawężnik na początku Przegalińskiej. Odpowiedź miała pojawić się nieco później. Przypuszczalnie powstanie takiego krawężnika było uwarunkowane obecnością ośrodka dla ociemniałych. Uznałam to za świetne, przede wszystkim praktyczne, rozwiązanie 🙂



Spacerując, przyglądałam się lokalnej zabudowie, dopiero na koniec nabierającej bardziej zwartego charakteru, początkowo zaś każdy obiekt był czymś, co skupiało na sobie wzrok.


Rejestrowałam jak najwięcej. Fotografowałam, skrobałam zapiski na mapie, momentami wykorzystując także lokalne rozwiązania 😉
Przede wszystkim jednak „chwytałam klimat” – nieco wiejski, sielankowy. Przy pięknej pogodzie i niemal zupełnej ciszy mogłyśmy się odprężyć i cieszyć krajobrazami, które nie towarzyszyły nam na co dzień.



Nie byłabym sobą, gdybym nie poświęciła choć nieco uwagi naturze. W przypadku pierwszego spaceru były to głównie ptaki – i te dzikie, i zupełnie oswojone.



Ale na naszej trasie znalazła się także koza 😉

Największą zagadką wycieczki było „wzgórze” po drugiej stronie Martwej Wisły. W pierwszej chwili to miejsce mnie zaintrygowało, bo tereny wokół były raczej płaskie. Zastanowiło mnie, czy da się tam wejść, pospacerować i co byłoby widać z góry. Nawet skojarzyło mi się z jakimiś bastionami. Wędrując, nie miałam jednak wiedzy, a gdy poszperałam w sieci po powrocie do domu, ostudziło to mój zapał i chęć na spacery 😉
Zresztą, jeżeli jesteście ciekawi, sprawdźcie sami (link).

Na koniec, odnalazłam miejsce znane mi ze zbiórek przed terenówkami na studiach (choć zorientowałam się spacer później ;)) i odkryliśmy element historyczny – głaz upamiętniający rocznicę powstania Przekopu Wisły.


Drugi spacer miał nieco inny charakter. Na początek pokażę Wam kilka ciekawostek-osobliwości 😉


Nie natrafiłam na ławeczki tak „wypasione” jak ostatnio, ale pisanie na stojąco albo przysiadywanie na oponie ustawionej zamiast ławki na przystanku też było ok.

Tym razem szliśmy główną ulicą, biegnącą pośrodku wyspy, ale zbaczając oczywiście we wszelkie boczne, niekoniecznie powszechnie uczęszczane. To pozwoliło nam dostrzec kontrasty, które mieściły się na relatywnie niewielkim obszarze.



Z rzeczy, które mnie zaintrygowały, były na pewno rzeźba żubra, z którą nie omieszkałam zapozować oraz nietypowe godziny mszy w lokalnym kościele.



A jeśli chodzi o instytucje publiczne, miłym odkryciem okazał się dla mnie patron lokalnej szkoły – naukowiec bliski mi już wtedy, w 2015 roku, a dziś szczególnie po kursie przewodnickim (o czym więcej na blogu za dni parę).


Najbardziej wyczekiwaną atrakcją wycieczki dla obu stron był piknik. Usiedliśmy na skraju lasku przy jednej z bocznych ulic. Kolega zorganizował pyszne kanapeczki i napoje, ja postawiłam na owoce. Nic dziwnego, że owadom też przypadła do gustu nasza uczta. Dlatego przykrywaliśmy kubeczki, gdy graliśmy obok… w badmintona – jedną z moich ulubionych rozrywek sportowych 🙂

Oczywiście być tak blisko morza i nawet nie zajrzeń na plażę, byłoby naprawdę grzechem, dlatego i ten punkt mieliśmy w swoim programie. Gdybym przeliczyła, pewnie z jedna czwarta zdjęć z tej wycieczki powstała właśnie tam. Byłam w cudownym nastroju. Cieszyłam się wspaniałym dniem, w miłym, dobrze znanym towarzystwie, posiliłam się nie lada smakołykami, stałam w ukochanym morzu, które swoimi falami muskało mi stopy… I co najważniejsze: uświadomiłam sobie, że oto kończę zwiedzanie przedostatniej dzielnicy. Że tak niewiele dzieli mnie od realizacji założeń poczynionych niespełna rok wcześniej. I że naprawdę mam szansę zmieścić się w założony rok.


Kolega z ogromnym zapałem uwieczniał w kadrze (a raczej w wielu, wielu kadrach) moją euforię, a nawet i jemu się ona udzieliła. To było niesamowite uczucie i aż nosiło mnie z radości. Możliwość dzielenia jej z innymi dodatkowo ją potęgowała!



Tak na marginesie, jak patrzę na swoje zdjęcia z tamtego okresu, to nie wiem, czy w jakimkolwiek innym sezonie letnim byłam tyle na świeżym powietrzu i udało mi się tak opalić 😉

Zajrzeliśmy jeszcze na moment nad Wisłę i nadszedł czas powrotów… Ale Wyspa Sobieszewska wpisała się na dobre w moje serce i z chęcią tam wracam, gdy tylko mam okazję <3

Drugiego Żubra ma pani niedaleko Sobieszewa w Jantarze przed sklepem Lewiatan 😊
Myślę, że jest ich więcej, na Kokoszkach bodajże też widziałam 🙂