Na walentynki: kiedy pokochałam Gdańsk?

Walentynki to taki dzień, który kojarzy się nam z miłością. Dla mnie miłość to pasja, która sprawia, że ktoś lub coś Cię przyciąga. Chcesz odkrywać kolejne karty tej księgi. Jesteś skłonny do różnych wyrzeczeń, by wytrwale budować relację. Dziś nieco przekornie opowiem Wam o swojej relacji z Gdańskiem, który, choć nie jest osobowy, tętni życiem i niczym żywa istota dzieli się ze mną emocjami, a ja oddaję mu swoje.

Jak się poznaliśmy? Dawno temu, jako dziecko, przeglądałam pocztówki, które zbierali moi rodzice – po kimś muszę być taka sentymentalna 😉 I znalazłam tam kadr z Gdańska. Dziś wiem, że jest to Targ Węglowy, jeśli mnie pamięć nie myli, widok w stronę Zespołu Przedbramia. Ale czy jako dziecko zwracałam na to uwagę? Niekoniecznie. Zawsze miałam słabość do starych budynków, ceglanych szczególnie, ale tym razem urzekł mnie detal. Uliczna latarnia. I to była pierwsza rzecz, jaka od małego kojarzyła mi się z Gdańskiem. Jakie ONI tam mają śliczne latarenki 🙂

Później oczywiście poznałam też Gdańsk od tej najsłynniejszej strony – Drogi Królewskiej, Neptuna, Motławy… Był rok 2007. Moi rodzice nieczęsto z nami podróżowali turystycznie, częściej odwiedzaliśmy rodzinę. Ale gdy wizytował nas mój chrzestny ze swoimi dzieciakami, tata zmobilizował się z wujkiem, by naszemu pokoleniu pokazać Trójmiasto. Zaczęliśmy od Gdańska, ale odwiedziliśmy też molo w Sopocie i gdyński Skwer Kościuszki z robiącymi wrażenie statkami. Całodzienna sierpniowa wyprawa, nieco zdjęć, ale bardziej podkreślających więzi rodzinne, dla których trójmiejskie przestrzenie były jedynie tłem. Ta wycieczka sprawiła, że całkiem mi się ten Gdańsk spodobał, ale przecież ledwie go musnęłam. Wciąż był mocno enigmatyczny, wciąż ja byłam TU, a on TAM.

Gdańsk stał się moją przestrzenią codzienności dwa lata później. W 2009 roku kończyłam szkołę średnią i wiedziałam, że chcę studiować biologię. Najchętniej w Gdańsku. Niedługo wcześniej zamieszkała tam moja siostra ze swoją rodziną, więc po raz pierwszy opuszczając rodzinne gniazdo, czułabym się pewniej, mając w pobliżu kogoś bliskiego. Składałam papiery także do innych miast, ale wiedziałam, że to Gdańsk był celem. Pamiętałam letnią wycieczkę, miałam też okazję odwiedzić siostrę, choć nie mieszkała w centrum miasta, a czas spędzałam głównie z maleńką wówczas siostrzenicą, nie zaś na poznawaniu przestrzeni miejskiej.

W październiku 2009 roku TU zamieszkałam. Nie czułam jeszcze więzi z miastem. Na początku bardzo zaprzyjaźniłam się z mapą, na roku miałam też rodowitych gdańszczan, którzy okazali się bardzo pomocni w zrozumieniu ogólnej topografii miasta i rozwiązań komunikacyjnych. Pamiętam jeden z pierwszych dni. Odebrałam legitymację studencką i wraz z nowo poznanym kolegą i jedną z koleżanek, z którymi wspólnie wynajmowałam pierwszą stancję, spacerowaliśmy Podwalem Przedmiejskim, ot tak przed siebie. Miałam poczucie, że nigdy się nie skończy (co dziś mocno mnie bawi).

Prawda jest jednak taka, że wędrowałam utartymi szlakami. Byłam pilną studentką, nieszczególnie imprezowałam i poruszałam się po przestrzeniach, których znajomość była mi potrzebna z racji studiów, organizowania sobie życia codziennego czy wizytowania znajomych. Nie chcę powiedzieć, że nie miałam chęci poznawać miasta, w którym mieszkam, ale zwyczajnie miałam wówczas inne priorytety, Gdańsk wciąż był tłem.

Lubiłam w nim pewne akcenty. Starą zabudowę. Morze kochałam od dziecka. Uspokaja mnie i kojarzy się z wolnością. Często odwiedzałam plażę na Stogach, po przeprowadzce brzeźnieńską. Pojechałam na Westerplatte i uznałam je z miejsca za przestrzeń niezwykłą, gdzie lubię wracać do dziś. Co pewien czas znajdowałam w tym mieście miejsce, które chciałabym odwiedzić i po prostu je odkrywałam.

Wszystko zmieniło się tuż po studiach, kiedy rozważałam opuszczenie Gdańska i wyjazd do Wrocławia. Wtedy zrozumiałam, że to moje miejsce. I zapragnęłam odkryć je, jak dotąd tego nie zrobiłam. Chciałam spojrzeć na nie tak, jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy, a jednocześnie czuć, jakbyśmy znali się od zawsze. Chciałam dostrzec każdy detal, ale spojrzeć też na miasto jako całość. Przez rok spacerowałam ulicami Gdańska, z ogromną determinacją, na początku z uporu, później już z czystej fascynacji. Odkrywałam rzeczy, o których dotąd nie miałam pojęcia, również w sobie samej. To był najlepszy rok w moim życiu. I, jak już wielokrotnie mówiłam, ta dzisiejsza Marta o wiele bardziej mi pasuje 😉

A teraz? Wydawałoby się, że cóż zostało mi do poznawania, skoro przebyłam każdą gdańską uliczkę? Oczywiście, mogłabym teraz zajrzeć do każdego parku, muzeum, kawiarni, tam gdzie ulica nie sięga. A jednak miałam świadomość, że chociaż mam cały Gdańsk „w nogach”, to brakowało mi wiedzy historycznej i nie tylko. Dlatego podjęłam decyzję o uczestnictwie w kursie przewodnickim. Patrzę teraz na to miasto zupełnie inaczej, odkrywam kolejne jego płaszczyzny. Dostrzegam, ile jeszcze mam do odkrycia, ile jeszcze przede mną.

I kocham to uczucie nie mniej niż miasto, które je we mnie budzi <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *