Po tym, jak przejechałam północnymi trasami tramwajów gdańskich, dwa dni później zdecydowałam się na kontynuację, tym razem kierując się na południe miasta. Przyjęłam tę samą strategię działania co ostatnio. Tym razem wystartowałam, wsiadając w charakterystyczny tramwaj w barwach Lechii pod patronatem Romana Rogocza. Linią numer 4 pokonałam na początek odcinek od Opery Bałtyckiej do Bramy Oliwskiej. Rozciągające się po prawej stronie Aniołki, przyciągały wzrok niezwykle złożoną architekturą tutejszych willi. Poza tym wśród zieleni między jezdniami znajdował się głaz upamiętniajacy Gralatha, którego działania przyczyniły się do powstania Wielkiej Alei Lipowej. Także w tym rejonie mieścił się Gdański Uniwersytet Medyczny.




Wybór tramwaju nie był przypadkowy, bowiem jako jedyna linia to właśnie czwórka jechała dołem, przy Dworcu PKS. Docelowo planowałam nią jednak dojechać jeszcze dalej. Tymczasem przejechaliśmy przy Zespole Bożego Ciała, z kościołem pod tym samym wezwaniem. Przed samym Dworcem PKS uwagę przykuwał mural z lwem, a za dworcem ceglana zabudowa. W okolicy kolejnego skrzyżowania mieścił się Urząd Miejski.
Czwórka skręcała w prawo na Węźle Groddecka, pozwalając przy tym niemal z każdej strony obejrzeć gmach dawnego szpitala, dziś zajmowany przez Lasy Państwowe. Doprawdy, był to przykład perełki architektury, przynajmniej w moich oczach.




Dalszy odcinek, w stronę dzielnicy Chełm, nie był szczególnie fotogeniczny. Spora część okolicznej zabudowy była niewidoczna dla jadącego dołem tramwaju, a tam gdzie tory wiodły wyżej, sporo zasłaniały drzewa. Tym niemniej wypatrzyłam kościół Chrystusa Króla, związany z gdańską Polonią w okresie Wolnego Miasta Gdańska. Gdy wjechaliśmy między bloki, zwróciłam m.in. uwagę na ten należący do ulicy Dragana, bo niedawno nagrywałam odcinek podcastu na jego temat. Zainteresowało mnie również, jak różnorodne były bloki w ramach jednej dzielnicy. Na Wilanowskiej utwierdziłam się w przekonaniu, że jechałam tym samym tramwajem, co jeden z wiceprezydentów Gdańska. Jednak sama wysiadłam dopiero na Przemyskiej.




Chyba nigdy wcześniej się tu nie przesiadałam, wiec zdziwiłam się, że tablica wskazywała tylko tramwaje jadące na Lawendowe Wzgórze, podczas gdy mi zależało na dotarciu do pętli Łostowice Świętokrzyska. Zorientowałam się jednak szybko, że dalej tory się rozdzielały i biegły w dwóch kierunkach, dlatego powstały w tym celu dwa odrębne przystanki. Przeszłam zatem na właściwy i tu rozkład jazdy wyglądał zdecydowanie przychylniej. Zresztą, chwilę później nadjechał tramwaj linii numer 6, którego patronem był Władysław Czerny.


Z panem Czernym zabrałam się do wspomnianej pętli, ponownie niewiele fotografując po drodze, za to wykorzystując na nagminne wciskanie guzika aparatu czas pozostały do przesiadki powrotnej. Do Przemyskiej dotarłam linią numer 7, co niezwykle mnie ucieszyło, bo była to jedyna okazja, bym przejechała się „siódemką”. Podczas tych dwóch dni w trasie nie załapałam się tylko na „jedenastkę” – poza tym miałabym komplet linii. Pojazdem bez patrona wróciłam do Przemyskiej, mądrzejsza o wiedzę, że należy zmienić przystanek i czekałam z zaciekawieniem, czym podjadę tym razem na Lawendowe Wzgórze.






Podjechała dwójeczka pod patronatem Doerffera, którą odbiliśmy w prawo. Gdy znaleźliśmy się na Łódzkiej, czekała nas mijanka, bo zawracał akurat tramwaj w barwach Lechii, którym jechałam na samym początku. Bez większych przygód, jedynie z widokiem na nowe osiedla, dojechaliśmy do końca trasy. Na Lawendowym Wzgórzu było sporo nowoczesnej zabudowy mieszkalnej, ale również szkoła. Przespacerowałam się, fotografując przestrzeń wokół, po czym wsiadłam w ten sam tramwaj, którym przyjechałam. Zresztą, nie ostatni raz tego dnia. Zastanawiało mnie, czy moja osoba mogła wprawić kilku takich motorniczych w konsternację.







Przesiadałam się w tramwaj linii numer 12 na Ujeścisku i też potrzebowałam chwilki, by rozeznać się, jak ten fragment Gdańska się zmienił. Podjechał pojazd, którego patronem był ks. Franciszek Rogaczewski, o którym też niedawno nagrywałam podcast. Tym razem miałam przed sobą dłuższy odcinek. Po prawej stronie minęłam Państwową Straż Pożarną i liczne ogródki działkowe. Duże wrażenie robiła różnica wysokości terenu. Trudniej było jednak sfotografować kościół Miłosierdzia Bożego na Migowie, bo raz, że musiałam obrócić się do tyłu, by złapać go od frontu, a dwa, że jechało akurat sporo aut. Dalej jadąc przez Piecki-Migowo, obserwowałam głównie bloki, aż wysiadłam na Warneńskiej, gdzie dodanie korony do nazwy ulicy na blokach urzekało mnie od dawna, w końcu Warneńczykowi królewskiej korony nie brakowało 😉









W tym miejscu, choć z przystanku naprzeciwko, wsiadłam w tramwaj linii numer 10 do Brętowa PKM. Tym razem trafił się pojazd bez patrona. I znów, jechałam w obie strony tym samym. W stronę PKM-ki nie fotografowałam wiele, ale zwróciłam uwagę, iż tramwaj jechał górą, ponad ulicą. I dotarłam do końca biegu tej linii, jednocześnie w tym konkretnym miejscu będąc stopami po raz pierwszy (wcześniej tylko przejazdem, w PKM-ce właśnie). Cieszyłam się z faktu, że mam około 10 minut, aż mój pojazd podjedzie znów, by ruszyć w przeciwnym kierunku, a tymczasem mogę sobie z góry obserwować widoki. Na Niedźwiednik, w kierunku Piecek-Migowa, a nawet po prostu w dół, ku ulicy. Wówczas wsiadłam ponownie w „dziesiątkę”, zamierzając pokonać nią spory odcinek, bo aż do Dworca Głównego.











Na trasie początkowo nie było szczególnych atrakcji poza współczesną zabudową. Przy Emaus trwały akurat jakieś prace ogrodnicze, a przy okazji fotografowania biegnącej w górę Łostowickiej, zmieściłam w kadrze pomnik upamiętniający poległych podczas I wojny światowej mieszkańców Emaus. Przy pętli na Siedlcach stał kościół św. Franciszka z Asyżu. Dalej fotografowanie prawej strony było dość niefortunne, bo w kadr wchodzili liczni przechodnie, a do tego w zamyśleniu przegapiłam szkołę i mural nieopodal, które chciałam uchwycić. Dojeżdżając do Urzędu Miejskiego, na wyświetlaczu zobaczyłam, że temperatura przekroczyła 12 stopni Celsjusza. A dopiero co minęła 10:00. w okolicy Huciska minęłam jeszcze Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną oraz skwer im. Polskich Harcerzy w byłym Wolnym Mieście Gdańsku.








I tak dojechałam do Dworca Głównego, gdzie wsiadłam w tramwaj linii numer 6 pod patronatem Pileckiego tylko po to, aby przejechać Błędnik. Sfotografowałam przy tym gmach przy Dyrekcyjnej. Wysiadłam dość szybko, bo już na Bramie Oliwskiej i zrobiłam nawrotkę do Śródmieścia SKM linią numer 2. Pojazdowi patronował Jan Wulff. Uwieczniłam gmach Ateneum oraz widoki z góry na przystanek kolejowy Gdańsk Główny. W sumie za Nowym Ratuszem już nie fotografowałam niczego, a gdy wysiadłam na Śródmieściu, rzuciłam okiem najpierw w kierunku Biskupiej Górki, po czym weszłam do Forum, gdzie zaplanowałam sobie przerwę regeneracyjną.








Po przerwie wyszłam w kierunku Bramy Wyżynnej i czekałam na tramwaj linii numer 9. Podjechał taki bez patrona, za to o ciekawym numerze 1111. Myślałam, że uda mi się złapać w kadr dawny budynek Wydziału Biologii Uniwersytetu Gdańskiego, moją Alma Mater, ale wiadukt biegł zbyt nisko. Przy kolejnym skrzyżowaniu w oddali majaczył kościół św. Piotra i Pawła. Tuż przed pierwszym z ramion Motławy znajdowały się ceglane budynki, z których jeden zajmowany był przez Gdański Urząd Pracy, zaś za wodą spichlerze, jeden zaadaptowany na oddział Muzeum Archeologicznego (Błękitny Baranek). Drugie ramię oferowało nie mniej malownicze widoki. Kolejną wodę mijałam już przejeżdżając przez Most Siennicki – tym razem była to Martwa Wisła. Na Przeróbkę spoglądałam oczami byłej mieszkanki – spędziłam tu bowiem większość studiów licencjackich.





Właściwie w obrębie Przeróbki i Stogów bardziej doceniałam widoki natury, takie jak ciek płynący wzdłuż ulicy Kaczeńce czy zaaranżowaną zieleń w obrębie ogródków działkowych. Dopiero przed skrętem w kierunku plaży zainteresował mnie pasaż handlowy, wydawał się bowiem odnowiony i bogatszy w porównaniu do tego, jak go zapamiętałam. Aczkolwiek w kadrze byłaby spora liczba przechodniów, dlatego wiedziałam, że nie nadadzą się do publikacji. Tramwaj minął pętlę linii numer 8 i ruszył szybciutko ku plaży wzdłuż ściany drzew, zza których nieśmiało migotał Pusty Staw.



Nim się spostrzegłam, byłam już na przystanku końcowym, gdzie na odjazd oczekiwał tramwaj o ciekawej, zmiennej kolorystyce, którego jeszcze wcześniej nie widziałam. Tymczasem ruszyłam w stronę morza. Była to jedyna plaża tego dnia. Już wchodząc ścieżką ku plaży, obserwowałam roślinność wydmową wokół. W oddali przepływał akurat statek, po lewej widniała zabudowa portowa, zaś po prawej krajobraz był bliższy naturalnemu.






Wsiadłam w tramwaj powrotny, po raz trzeci tego dnia przy przystanku końcowym wchodząc do tego samego pojazdu. Dojechałam do bloków na Stogach, minęłam ogródki działkowe, rozejrzałam się po znajomych kątach Przeróbki i przejechałam nad Martwą Wisłą. Dalej przyjrzałam się ciekawym obiektom architektonicznym: Bramie Żuławskiej, budynkowi dawnych koszar oraz tym należącym do Akademii Muzycznej. Tramwaj skręcił ku Bramie Wyżynnej, gdzie przesiadłam się ponownie w tramwaj pod patronatem Doerffera, już tego dnia napotkany, aby wrócić do siebie.









Tym razem przejazd wraz z powrotem do domu zajął mi 4,5 godziny. Obie wyprawy dały mi niesamowitą frajdę! Pozwoliły wrócić do zakątków, gdzie dawno mnie nie było, o dziwo odkryć nowe, zobaczyć dynamikę zmian, szczególnie na południu miasta i w niebanalny sposób spędzić czas. Jednocześnie niczym kolekcjoner wypatrywałam kolejnych patronów tramwajów, choć przecież żadna z tych postaci nie była mi totalnie nieznana. A w głowie rodziły mi się już kolejne pomysły, jak jeszcze mogę swój ukochany Gdańsk odkrywać <3

Bardzo potrzebny i oczekiwany spacer. Gdańsk tak szybko zmienia się i rozbudowuje. Nie znam wielu nowych osiedli w dzielnicach które były kiedyś podmiejskimi wsiami. Zainspirowałaś mnie do podobnych wypraw. Tym bardziej że chcę poznać nowe trasy komuniacji miejskiej.
To bardzo miłe, stać się dla kogoś inspiracją 🙂 Po to też dzielę się swoimi wyprawami na blogu, by zaciekawiać i prowokować do odkrywania samemu 🙂
Szczególnie te południowe dzielnice się zmieniają w zawrotnym tempie i pewnie powinnam bywać tam częściej, by nadążać 😉