Zależało mi, aby skończyć terenową część projektu #Gdanskwpigulce jeszcze w 2020 roku, a od stycznia zabrać się za wpisy na bloga oraz pisanie książki. Chciałam mieć już wolną głowę, by móc się skupić na tych działaniach. Ruszyłam zatem 23 grudnia na ostatnią z wycieczek do książki. Ewentualne zdjęciowe uzupełnienia zostawiałam już sobie na wiosnę.
Jechałam tramwajem, którego patronem był mój ukochany Fahrenheit. Wystartowałam już o 8:40. Dawno tak wcześnie nie zaczynałam. Przede wszystkim dlatego, że ostatnio poranki były dość pochmurne, a miałam do dyspozycji cały dzień. Tym razem było inaczej. Po pierwsze planowałam jeszcze tego dnia po 12:00 złapać pociąg, by pojechać do domu rodzinnego na Boże Narodzenie. Bagaż miałam przygotowany, ale nie brałam go ze sobą, żeby nie dźwigać na spacerze, co oznaczało, że muszę uwzględnić czas na zabranie bagażu. Po drugie pogoda już od rana była całkiem przyjemna, a światło wydobywało ciepłe koloryty miejskiego krajobrazu.

Sfotografowałam między innymi widzianą już przecież ostatnio świątynię przy Mickiewicza, po czym zabrałam się za uwiecznienie kościoła Św. Krzyża na samym skrzyżowaniu z aleją Hallera. Szczególną uwagę poświęciłam sgraffito. Potem przeszłam do figury Matki Boskiej. Ostatecznie skierowałam się aleją Hallera ku Kościuszki. Zdziwił mnie widok wyjeżdżającego stamtąd autobusu, więc przyjrzałam się, która to linia. 149. No ok, jakiś czas temu zmienili jej trasę.




Weszłam w ulicę Ostroroga i rozpoczęłam wędrówkę wzdłuż garaży. Przez Żywiecką dotarłam do ulicy Manifestu Połanieckiego. Spoglądając na północ, cieszyłam oko padającymi na bladożółte bloki promieniami słońca. Mogłam też zobaczyć szkołę na Kościuszki od strony boiska. Nim weszłam w Racławicką, na należącym do niej budynku dostrzegłam tabliczkę z trzema numerami naraz zapisanymi jako „2, 4, 6”. Wydało mi się to zaskakujące, szczególnie, że numery powielono potem na przedniej ścianie.





Przeszłam na Modrzewskiego, gdzie moją uwagę zwróciła zabudowa, a dokładniej okienka niemal u szczytu części domów. Gdy przeszłam całą ulicę, dotarłam do starego peronu, pod którym można było przejść ku ulicy Narwickiej, aktualnie jednak obiekt był w remoncie, więc trudność stanowiło nawet zrobienie zdjęć z bliska.





Odbiłam w prawo w ulicę Kochanowskiego. Rzuciły mi się w oczy flagi – polska i gdańska. Poza tym ciekawym widokiem były wielkogabarytowe doniczki różnych barw ustawione na chodniku przed jedną z posesji. Chodnik był jednak na tyle szeroki, a ruch aut w tym miejscu tak nikły, że doniczki nie wydały mi się w tym miejscu niewłaściwe. Wręcz przeciwnie, uznałam je za urozmaicenie mojego szlaku.


Spoglądając w lewo pomiędzy domami, zobaczyłam dymiące kominy na Młyniskach. Tymczasem jednak odbiłam w ścieżkę po prawej. Doprowadziła mnie do ulicy Klonowicza, gdzie ponownie skierowałam się w prawo. Odcinek do kolejnego skrzyżowania pokonałam dość żwawo, aczkolwiek tam zaintrygowały mnie dwa budynki. Jeden dlatego, że wyglądał na pozostawiony sam sobie, a spod tynku przezierała cegła. Drugi z kolei zwracał uwagę płaskorzeźbą prezentującą sylwetkę motocyklisty. Poza tym przyjrzałam się napisom na murach na przeciwległym rogu skrzyżowania – jeden przestawiał szubienicę, drugi buńczucznie głosił „Wiem OCB” [o co biega – przypis autorki].





Przez fragment Żywieckiej trafiłam na Sochaczewską. Skręciłam w lewo, przy okazji w jednej z bocznych dróg znajdując przedszkole Martolandia, odkryte tych parę lat temu i kojarzące mi się z moim imieniem. Przywołało to uśmiech na moją buzię i postanowiłam zapozować na tle placówki.
Po wyjściu przez bramę na ulicę Mickiewicza skierowałam się na południe, w stronę placu Biskupa O’Rourke. Miał on formę niewielkiego skweru. Na wejściu wrony spijały wodę z kałuży, a w głębi dwóch panów dyskutowało, pani szła z dziećmi, a inna wyprowadzała psa na spacer. Zaintrygował mnie rzucający się w oczy głaz, ale nie zastałam tam żadnej tablicy informacyjnej, choć charakterystyczne otwory mogły sugerować, że wcześniej jakaś mogła tam być.





Niemal na skrzyżowaniu dostrzegłam kamienicę z 1910 roku, a przynajmniej taką informację głosiło zwieńczenie portalu. Wędrowałam następnie przez Kochanowskiego. Na tym odcinku ulica była architektoniczną ucztą dla oczu. Oglądałam piękne portale, a nawet wypatrzyłam pod dachem jednego z domów dewizę Nec temere, nec timide. Czy mogłam sobie wymarzyć piękniejszy widok na koniec mojego projektu wędrówek po Gdańsku? Chyba nie 🙂



Wreszcie dotarłam nad płynącą wzdłuż ulicy Reja Strzyżę. Naszła mnie wówczas refleksja: „jak widzę, jak teraz zgrabnie mi idzie Dolny Wrzeszcz, to się zastanawiam, czemu wtedy potrzebowałam aż czterech podejść. Zupełnie tego nie rozumiem. Mam teraz lepszą kondycję? Bardziej się w to wkręciłam? Albo może po prostu wtedy był większy mróz?”





Z tą myślą wędrowałam ulicą Reja, skąd zajrzałam w dalszy ciąg Kochanowskiego, a także w ulicę Dzielną, ale skręciłam dopiero na kolejnym skrzyżowaniu. Patrząc na numerację domów przy alei Hallera między ulicami Reja i Lengnicha, miałam poczucie, że szybko maleją, około czterdziestu numerów już na tym krótkim odcinku. Zresztą i ulica Lengnicha nie wyglądała jak ulica, bardziej jak chodnik między domami, a tabliczka tak jak tych parę lat temu była niemal nie do odczytania. W sumie szkoda, bo było to nazwisko, które więcej osób mogłoby poznać.




Z Lengnicha skręciłam w Dzielną tak, aby wyjść ostatecznie na Okrzei. Tam odbiłam w lewo i kolejny raz tego dnia znalazłam się na Kochanowskiego. Moją uwagę na tym odcinku zwracały przede wszystkim ogromne budynki na tyłach szpitala przy Klinicznej, częściowo wyglądające niczym hale produkcyjne, a do tego zwieńczone wysokim kominem. Z mniejszych rzeczy zaciekawił mnie też model ptaka, który prawdopodobnie miał odstraszyć te prawdziwe z przydomowego trawnika, a po przeciwnej stronie drogi kompozycja wysokiej łodyżki i elementu ogrodzenia ze starą, odpryskującą zieloną farbą.





Na Klinicznej, przy szpitalu, natknęłam się na tabliczkę dotyczącą Güntera Grassa, który właśnie tutaj przyszedł na świat. Choć nie stałam przed budynkiem po raz pierwszy, bardziej pamiętałam reklamę firmy perukarskiej, której już nie było, niż eleganckie detale architektoniczne nad wejściem. To ciekawe, jak działa ludzka pamięć.



Wkrótce dotarłam do przystanku tramwajowego Wyspiańskiego i przeszłam na światłach na drugą stronę ku ulicy tej samej nazwy. Wiodła ona w kierunku akademików Politechniki Gdańskiej, jednak zdecydowanie bardziej podobał mi się ceglany (wiadomo, co Marta lubi najbardziej ;)) gmach, należący już do ulicy Leczkowa. Obfotografowałam go z różnych perspektyw, pod różnymi kątami i panoramicznie. Chyba żaden obiekt tego dnia nie doczekał się tylu kadrów.



Na skrzyżowaniu z Poprzeczną dostrzegłam napis na murze „High five” albo, jak ktoś woli, klasyczną polską piąteczkę. Ulica była dość krótka, więc chwilę później skręcałam już w lewo w Leczkowa. Patron, kilka lat temu nie budzący jeszcze moich skojarzeń, dziś jawił mi się jako poległy dlatego, że miał Gdańsk w sercu. Szłam ulicą Leczkowa i zauważyłam niemal naprzeciw siebie dwa budynki z numerem 7, ale że jeden z nich był akademikiem, to wywnioskowałam, że mógł przynależeć do Wyspiańskiego. Druga rzecz, która w tym miejscu zwróciła moją uwagę, to wysokie krawężniki. Czemu zatem zorganizowano parking na chodniku, co musiało być bardzo niewygodne dla wjeżdżających tu kierowców? Tak naprawdę planowałam iść do numeru 21, bo ten widniał w rejestrze zabytków, po czym zawrócić. Gdy dotarłam na miejsce, rozczarowałam się, bo budynek nie sugerował historycznych konotacji. Większe emocje wzbudził we mnie mijany wcześniej budynek do rozbiórki, inny pochodzący z 1899 roku albo ten wyglądający na szachulcowy na skrzyżowaniu z Poprzeczną.










Po nawrotce podeszłam bliżej pod wspomniany ceglany gmach widziany jeszcze z ulicy Wyspiańskiego. Swoje siedziby miały tu Centrum Edukacji Nauczycieli, Pedagogiczna Biblioteka Wojewódzka i Pomorski Ośrodek Adopcyjny.




Cofnęłam się ku tramwajom i szłam wzdłuż torów w kierunku ulicy Mickiewicza. Gdy wędrowałam aleją Hallera, akurat jechał tramwaj numer 2, którego patronem był Lengnich! Przypomniało mi się też, jak szłam tędy pieszo z kolegą, gdy wracaliśmy z Kwadratowej z koncertu Akurat aż na Przymorze, a on jeszcze później na Brzeźno, bo akurat nam się nie zgrywały tramwaje czy coś. Wędrowaliśmy tu późno wieczorem i śpiewaliśmy sobie piosenki tego zespołu.
Na ostatnim odcinku sfotografowałam gablotę ze statkiem i graffiti ze sportowcami na terenie Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego, a po drugiej stronie Wydział Farmacji GUMed. Zwróciłam też uwagę, jak niejednokrotnie podczas jazdy tramwajem tą trasą, na półkoliste wjazdy na posesje między kamienicami.



Nad Strzyżą zrobiłam sobie pamiątkowe selfie i niemal w podskokach dotarłam na przystanek Mickiewicza na tramwaj. W końcu halo, halo! Skończyłam gdańskie wędrówki! 🙂



Do następnego razu 😉 Bowiem Gdańsk to tak wielka księga, że całe życie mogę ją odkrywać <3


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z trzeciego spaceru po Wrzeszczu Dolnym!

Uwielbiam Dolny Wrzeszcz i jego jakże inną atmosferę, niż reszty Wrzeszcza. Pozdrawiam
To właśnie piękne, że różne rejony Gdańska mogą zaoferować inną atmosferę 🙂 Również pozdrawiam! 🙂