Wrzeszcz Dolny #2 Wyzwanie dla przewodnika

Drugą wycieczkę rozpoczęłam w tym miejscu, w którym zakończyłam pierwszą. Towarzyszył mi kolega, który już na starcie zaczął sprawdzać, ile mu powiem jako przewodnik. Zapowiedział mi wręcz, gdy umawialiśmy wycieczkę, że tego właśnie oczekuje 😉 Zapytał na początek, jaką trasę zaplanowałam, jakie mam metody działania i czuł się zaskoczony, że Dolny Wrzeszcz okazał się być położony dość blisko dzielnicy, w której obydwoje mieszkamy. Mając świadomość, że Wrzeszcze są dwa, poprosił o wyjaśnienie, gdzie przebiega granica między Dolnym a Górnym (tory SKM). Zaprezentowałam mu również na trzymanej już w dłoniach mapie, jaki zakres obejmuje nasza wycieczka, a jaki cała dzielnica.

Przeszliśmy przez tory i pasy, aby skierować się ku Szkole Podstawowej nr 49. Tablica na ścianie informowała, że tutaj rozkwitała patriotyczna działalność polskich studentów w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Przy budynku szkoły kolega zapytał:

– Jak będziesz to opisywała? Że to zabytek…

– To nie jest zabytek.

– Za to są ślady na ścianie, jak po strzałach.

– W sumie ciekawe. Budynek ma historię międzywojenną.

Bardziej jednak intrygował mnie ten sąsiedni. Ceglany, z wysoką wieżą, pod numerem 9. Tutaj odbywała się część moich zajęć podczas studiów licencjackich na Uniwersytecie Gdańskim. Nim Wydział Biologii znalazł się na kampusie w Oliwie, najeździłam się po całym Trójmieście.

Mając z tym miejscem wiele wspomnień, postanowiłam zapozować przed zamkniętą bramą na tle tylnego z budynków należących do mojej alma mater. Ustawiałam się do zdjęcia, przekazując telefon w ręce mojego kompana, gdy zagadał nas przechodzący alejką mężczyzna:

– Czy coś tutaj będzie?

– Nie wiem – roześmiałam się. – Tutaj się uczyłam, jak jeszcze tutaj był Wydział Biologii uniwersytetu.

– To takie zdjęcie z sentymentu – dopowiedział mój kompan.

Przy Legionów 9 zastanowiła nas też wieża budynku. Jaką rolę mogła pełnić, czy może powstała na potrzeby wojsk? Skojarzyła mi się też meteorologia, ale dopiero w domu sprawdziłam, że rzeczywiście mieściło się tam dawniej Obserwatorium Meteorologiczne, a jeszcze wcześniej wzniesiony w drugiej dekadzie XX wieku gmach służył pruskiemu wojsku.

Podobnie jak budynek kościoła Św. Stanisława Biskupa i Męczennika, do którego podeszliśmy chwilę później. Dawną ujeżdżalnię koni przearanżowano w okresie międzywojennym na świątynię służącą gdańskiej Polonii. Momentalnie skojarzyłam postać księdza Komorowskiego, więc podałam to nazwisko mojemu towarzyszowi, sugerując jednocześnie, że w dalszym toku wędrówki dotrzemy do jego pomnika. Tymczasem kolega dostrzegł za kościołem dom parafialny i jego patronem okazał się właśnie wspomniany kapłan.

Obok kościoła rozciągała się duża połać zieleni. Wspomniałam, że jest to wpisany nawet do rejestru zabytków teren dawnego klubu sportowego KKS Gedania.

– O! I to jest ciekawe! – podekscytował się mój kompan i podszedł do płotu, aby zrobić zdjęcia.

– Z drugiej strony jak byłam, to też fajne zdjęcia wychodziły, bo było widać w tle wieżę Biologii i wieżę kościoła.

Zauważyliśmy na boisku nawet coś a la usypane schodki. Domyślaliśmy się, że być może był to jakiś fragment trybuny albo coś takiego.

Skupiliśmy się ponownie na bryle kościoła, a mnie korciło także wejście do środka. Zbierali się właśnie wierni na mszę, więc tylko rzuciłam okiem z przedsionka. Czułam, że muszę tam wrócić. Kolega wskazał mi na stojące na stoliku obok środki do dezynfekcji, znak trwającej epidemii, a po wyjściu ze świątyni zwrócił uwagę, że kościół był niewątpliwie po modernizacji.

– Ciekawe jaka jest historia tego kościoła.

Po chwili dostrzegł tablicę, z której dowiedział się o związkach świątyni z Polonią.

– Musisz koniecznie o tym [w książce] napisać – usłyszałam po chwili.

– Na pewno napiszę o księdzu Komorowskim, więc o tym kościele pewnie też! – zapewniłam go.

Przeszliśmy na drugą stronę, gdzie znaleźliśmy pomnik św. Stanisława. Wchodząc następnie w alejkę za kościołem ku ulicy Lilli Wenedy, zobaczyłam murek z graffiti, wobec którego nie mogłam przejść obojętnie.

– Poczekaj, poczekaj! – zawołałam do mojego towarzysza, który wyrwał do przodu.

– Muszę to zmieścić w kadrze. Mural wyglądał niczym pociąg i się zajarałam strasznie na ten widok, urzeczona czyjąś pomysłowością, a jednocześnie realnością obrazu.

Wyszliśmy ku skrzyżowaniu. Na wprost biegła ulica Lilli Wenedy. Sama patronka ulicy skojarzyła mi się z Mickiewiczem, ale kolega wyprowadził mnie z błędu, bo był to utwór Słowackiego.

Skręciliśmy w lewo. Szliśmy ulicą Chrobrego i kolega dopatrzył się po drugiej stronie ulicy dekoracji świątecznej.

– Baczne oko – skomplementowałam mojego kompana.

Namówiłam go, żebyśmy przeszli, bo w mojej głowie momentalnie zrodziła się wizja udostępnienia tego zdjęcia na swoim fanpage’u z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Ciekawym elementem kompozycji, bardzo adekwatnej w kontekście roku, na którym epidemia kładła się cieniem, był siedzący na krześle Mikołaj:

– Czy mi się wydaje, czy ten Mikołaj ma przyłbicę?

– I fartuch też.

– Mikołaj naszych czasów.

– Jest jeszcze karetka.

– Widziałam ją jeszcze z drugiej strony drogi.

– Fantazja – podsumował kolega.

Zaczęłam śpiewać pod nosem piosenkę „Fantazja” i się cieszyć, póki nie usłyszałam od mojego towarzysza stanowczego:

– Nie lubię tej piosenki.

Rozbawiła mnie jego powaga i wybuchłam śmiechem jeszcze bardziej, ale przestałam śpiewać.

Tymczasem skręciliśmy na moment w prawo w Kościuszki, nim zrobiliśmy nawrotkę równoległą do Chrobrego ulicą. Mój kompan zauważył płaskorzeźby nad wejściem, które i mnie ujęły podczas wycieczki tydzień wcześniej.

Gdy trafiliśmy na ulicę Zbyszka z Bogdańca, kolegę zaciekawiło z kolei, kiedy powstały te domy, kto w nich mieszkał i wskazał mi bruk, podkreślając, że jest na pewno stary.

Doszliśmy do skrzyżowania z ulicą Lilli Wenedy i zobaczyłam dom, który zawsze mi się podobał, oczywiście ceglany jak wiele wokół, ale dodatkowo z turkusowo-morskim ogrodzeniem i detalami. Mojemu towarzyszowi domy wydały się typowo angielskie, kojarząc mu się z dzielnicami robotniczymi w Anglii z przełomu XIX i XX wieku. W tym miejscu odbiliśmy w lewo.

Przy skrzyżowaniu z ulicą Dubois (gdy dodałam na nagraniu „jakkolwiek się jego nazwisko czyta”, usłyszałam w odpowiedzi „dibła” 😀 i uznałam: „ja jeszcze nie wiem, kim ten pan był, ale się dowiem”), na widok „zatoczki” powiedziałam:

– Dochodzimy do najdziwniejszego skrzyżowania w Gdańsku.

W tym miejscu namówiłam też mojego kompana na wspólne zdjęcie w przydrożnym lusterku. Weszliśmy następnie w ulicę pana Dubois w kierunku Mickiewicza, gdzie zachwycił mnie fakt, że wszystkie te domy były architektonicznie spójne i ceglane. Gdzieniegdzie budynki dodatkowo porastały pnącza.

– Magia. Raj dla mnie.

Ktoś jeszcze nie wiedział, że jestem fanką cegły? 😉

Kolega uznał, że moje wędrówki można by określić mianem turystyki alternatywnej i dostrzegał jej liczne walory. Rzeczywiście, przebyłam już niejeden szlak, który standardowemu turyście nie przyszedłby do głowy.

Tuż przy końcu ulicy Dubois zauważyłam bramkę z zakazem wstępu na prywatną posesję, jednocześnie otwartą na oścież, co wydało mi się ciekawym paradoksem (napis był tylko od naszej strony). Po drugiej stronie ulicy, gdzie przeszliśmy chwilę później, prezentowała się już dostojna bryła z wolutami, lukarnami pod dachem i wysoką wieżą z zegarem. Przy tymże kościele – Św. Andrzeja Boboli, sprzedałam koledze info:

– W tym kościele brał ślub Forster. Zgadnij, kto był świadkiem?

– Hitler.

– Tak. Chyba nawet o tym czytałam w książce. Kiedyś ją pożyczałam od kolegi, ale teraz mam swoją.

– Hitler był w Gdańsku?

– Był. Chyba 19 września 1939 roku.

Zastanowiło mnie jednak, czy na pewno daty się zgadzają. Okazało się, że ślub Forstera był wcześniej, a Hitler owszem wizytował Gdańsk nawet trzykrotnie, ale w innym czasie, a świadkiem nie był na ślubie kościelnym, lecz cywilnym, który odbywał się w Berlinie. Nazajutrz podzieliłam się tą wiedzą z kolegą.

Pod samym kościołem wspomniałam, że bulwersuje mnie fakt zapisania dat na tablicy upamiętniającej Mickiewicza, bo zapis wygląda niczym lata życia. Jednak „1855-1955” mogłoby być mylące. Zawsze pod tą tablicą przypominam też sobie fakt, że to jedyny polski poeta, którego lata życia rzeczywiście zapamiętałam z lat szkolnych do dziś. Z drugiej strony bardzo intrygująca była klepsydra na tablicy ogłoszeń, mająca nie tyle pełnić rolę informacyjną, co uczulić lokalną społeczność na problem osób głodujących i bezdomnych. Do środka nie wchodziliśmy ze względu na trwającą mszę.

Za kościołem wyłaniała się inna elegancka posesja i zastanowiło mnie, czy nie była to aby zabytkowa pastorówka, a obecnie dom zakonu jezuitów, bo dawniej kościół był ewangelicki.

Ostatecznie po obejrzeniu obydwu budynków przespacerowaliśmy się ulicą Mierosławskiego. Przy kolejnym skrzyżowaniu kolega zwrócił uwagę, że podoba mu się nazwa ulicy Kubacza. Ta właściwa część biegła równolegle, więc my dalej wędrowaliśmy prosto. Kawałek dalej kolega zaczął się przymilać do pieska, a po chwili moim oczom ukazał się uroczy widok, bo piesek zaczął się przymilać do kolegi 🙂

Nieopodal biegł potok, jak głosiła tabliczka Królewski. Po tafli sunęły kaczki, a ja poczułam się jakbym cofnęła się tych parę lat w czasie – wówczas też obserwowałam krzyżówki, tylko było zimniej, a towarzyszył mi nie kolega, lecz koleżanka. Za wodą rozciągał się niewielki skwer. Zobaczyliśmy tu trochę spacerowiczów, ale lokalny plac zabaw pozostawał pusty. Przeszliśmy się jedną alejką tak, aby kolejnym mostkiem zawrócić ku zabudowie. Już na wejściu w ulicę Kubacza przyglądaliśmy się lokalnej zabudowie.

– Dom jest z lat dziewięćdziesiątych, bo była wtedy moda na domy z takimi kolumienkami – zauważył mój towarzysz.

– To są tralki. I to się nazywa balustradą tralkową – uzupełniłam jego wiedzę.

Dzięki spostrzegawczości kolegi mogłam cieszyć oko także ozdobą z gdańskimi lwami na ścianie. Zajrzeliśmy w ulicę Saperów. Dalej mój towarzysz zwrócił uwagę na okiennice jednego z domów, współczesne, ale stylizowane:

– Fotkę poproszę!

Będąc ponownie na ulicy Mickiewicza, odbiliśmy w stronę Placu Komorowskiego. Nim jednak dotarliśmy do pomnika wspominanego już kapłana, minęliśmy niewielką ulicę Próżną i budowę, gdzie rejon dawnej poczty przerabiano na budownictwo mieszkaniowe (?). Na banerach reklamowych dodatkowo przyuważyłam znajome nazwisko artysty zaangażowanego w ów projekt.

Przeszliśmy przez kilka przejść dla pieszych, aby znaleźć się przy pomniku księdza Komorowskiego i poświęconej mu tablicy. Odkąd po raz pierwszy o nim usłyszałam, fascynowały mnie związki jego postaci raz z rejonem Wrzeszcza, gdzie się uczyłam, dwa z budynkiem dawnej Viktoriaschule (tam trafił po aresztowaniu na początku wojny przez hitlerowców), gdzie również mieściła się część Wydziału Biologii podczas mojego licencjatu. Będąc już po kursie przewodnickim zainteresowałam się publikacją na temat kilkorga błogosławionych męczenników trójmiejskich z okresu II wojny światowej, o czym wspomniałam koledze.

Przeszliśmy na kolejnych światłach i ruszyliśmy ulicą Wyspiańskiego. Na billboardzie reklamowym dostrzegłam hasło „Dobrze spędzić ten czas razem!” i jeszcze bardziej doceniłam tę z całą pewnością ostatnią w ramach tego projektu wycieczkę w towarzystwie.

Przy skrzyżowaniu z Waryńskiego naszą uwagę zwróciły graffiti: roślinne oraz z eleganckimi postaciami. Po przeciwnej stronie ulicy Wyspiańskiego zaintrygował mnie stary, ceglany budynek. Zauważyłam również szczyt schodkowy koło wjazdu w ulicę Saperów, po czym ruszyliśmy dalej.

Gdy skręcaliśmy w ulicę Danusi już na dzień dobry urzekł mnie bogato zdobiony portal. Zawsze zachwycała mnie ta część Wrzeszcza, właśnie ze względów architektonicznych. Jedyne co się zmieniło przez tych jedenaście lat w Gdańsku (stan na grudzień 2020) to fakt, że teraz niektóre z tych elementów już umiem ponazywać 😉

Zajrzeliśmy w ulicę Zawiszy Czarnego, ale po krótkiej przerwie kontynuowaliśmy przejście ulicą Danusi. Natrafiliśmy na ciekawą tabliczkę informującą, że mieszkańcy z okazji milenium Gdańska odbudowali ogrodzenie z 1920 roku! Podziwialiśmy także werandy i obydwoje kojarzyliśmy charakterystyczny różowy sklepik z bibelotami z drugiej ręki.

Przy rondzie Güntera Grassa musieliśmy przejść kawałek po jezdni ze względy na remont jednej z kamienic. Z ulicy Wajdeloty przeszliśmy w ulicę Aldony i w tym momencie kolega zasugerował mi, że ta pierwsza kojarzyć się może z Krakowem.

– Bardzo fajnie ją odrestaurowali w tych ostatnich latach.

Tymczasem na ulicy Aldony moją uwagę zwrócił płynący między budynkami potok Strzyża.

– Jak w Wenecji. Zarejestruj to.

– Niniejszym rejestruję – stwierdziłam podczas nagrania.

Metodą harmonijki przeszliśmy ulicami Aldony, Konrada Wallenroda i Grażyny pomiędzy ulicami Lelewela i Wajdeloty, skupiając się głównie na architekturze, a poza tym na prywatnej rozmowie. Szczególnie, że ulicą Grażyny wędrowałam niemal co piątek ku SKM-ce, gdy byłam na pierwszym roku studiów. Z ciekawostek dodam, że mój kompan wypatrzył szczotki do butów przy wejściu jednej z kamienic. Mnie z kolei ciągnęło do bramy podpisanej jako Browar Gdański, bo skojarzyło mi się ze spisaną przed wycieczką listą zabytków, ale choć brama była ceglana, to cegła była raczej współczesna, a zabudowa za nią była nowoczesna i mieszkalna. Z zabytkowym browarem widoczne z tej perspektywy budynki się nie kojarzyły.

Kolejnym ciekawym punktem na naszej trasie był plac Wybickiego, z elementami nawiązującymi do postaci Güntera Grassa. Pisarza upamiętniono w formie rzeźby. Na ławce tych kilka lat temu (gdy zwiedzałam cały Gdańsk po raz pierwszy) zasiadał tylko Oskar (od 2002 roku) czyli bohater „Blaszanego bębenka”, a dopiero relatywnie niedawno (pod koniec 2016 roku) pojawiła się także sylwetka Grassa. Lokalną fontannę zdobiła rzeźba Tulli, bohaterki innej powieści tegoż autora. Skusiliśmy się obydwoje na sesję zdjęciową na ławeczce. Obok mieściła się tablica informacyjna – jedna z kilku odnoszących się do powiązań Grassa z Dolnym Wrzeszczem.

Kolejną znaleźliśmy przy szkole, gdy kontynuowaliśmy wędrówkę. Mój kompan przeczytał nazwisko patrona ulicy:

– Trzeba koniecznie napisać, kim był Pestalozzi – stwierdził.

– Zamierzam właśnie takie nazwiska związane z Gdańskiem i nie tylko, tych patronów gdańskich ulic, trochę przybliżyć w książce.

Obfotografowałam budynek szkolny, gdzie mieściły się II i XIX LO, pierwsze pod patronatem Pniewskiego, drugie Mokwy. Intrygujące, dlaczego w jednym budynku umieszczono dwie placówki oświatowe zamiast połączyć siły i utworzyć jedną.

Gdy powędrowaliśmy dalej, na Gołębiej przypomniałam sobie ogródeczki między zabudową, widziane tych parę lat temu podczas pierwszej wędrówki. Co ciekawe, nie było mnie tu wcale w międzyczasie. Zniknęło graffiti z hasłem „Express yourself”.

Wkrótce odbiliśmy w lewo na Kilińskiego i nieco zagęściliśmy ruchy, bo choć było wczesne popołudnie, zdążyliśmy już trochę zmarznąć, bo w powietrzu była przenikliwa wilgoć. Zboczyliśmy na moment w stronę zabudowy na terenie starego browaru, ale i z tej perspektywy zabudowa wyglądała na zupełnie nową.

Zaglądając w ulicę Nad Stawem mieliśmy ciekawą perspektywę na dwie galerie handlowe. Zawsze mnie zastanawiała celowość budowy dwóch tak blisko siebie. Z drugiej strony niektórym łatwiej teraz wytłumaczyć, po której stronie jest który Wrzeszcz, gdy już wiedzą, że granicą są tory 😉

Kawałek dalej, a szczególnie w okolicy Parku Kuźniczki, po naszej lewej dostrzegliśmy wreszcie nieco starszej zabudowy. Przeszliśmy się też chwilę przez sam park, wchodząc jedną bramką, a wychodząc kolejną. Zasmucił mnie jednak fakt, że gdzieniegdzie leżały rozrzucone śmieci.

Przeciwwagą był ładny mural na skrzyżowaniu z Wajdeloty, nawiązujący do istnienia Browaru Gdańskiego we Wrzeszczu. Skręciliśmy w lewo, by odbić po chwili w prawo ku Białej. To tą ostatnią z dróg wędrowaliśmy dłuższą chwilę wzdłuż linii kolejowej. Opowiedziałam koledze ciekawostkę o tym, że tory dzielą ulicę Białą i dawną ulicę Czarną, która biegła z północy aż dotąd. Z kolei on zwrócił uwagę na nastawnię kolejową, którą fotografowałam już zwiedzając Górny Wrzeszcz. Tymczasem mój wzrok padł na ozdobnego gekona przyklejonego na balkonie:

– Patrz, jaszczura 😉

Na koniec przeszliśmy Waryńskiego ku tramwajom, podziwiając przydomowe oczko wodne, liczne ozdobne werandy, a także przywieszone na ogrodzeniu prace uczniów Społecznej Szkoły Podstawowej. Ta ostatnia miała bardzo elegancką bramę z gdańskimi lwami, ale równie ucieszył mnie widok prostego banera z hasłem „Witamy na Wajdeloty”. Podsumowując nasze wrażenia ze wspólnej wycieczki pokusiliśmy się jeszcze o wspólne zdjęcie. Pomimo tego, że na koniec zmarzliśmy, nazajutrz usłyszałam od swojego kompana, że wycieczka mu się podobała 🙂

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z drugiego spaceru po Wrzeszczu Dolnym!

2 thoughts on “Wrzeszcz Dolny #2 Wyzwanie dla przewodnika

    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Bardzo serdecznie dziękuję! 🙂 Zapraszam na bloga częściej i polecam także swój podcast na Youtube 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *