Drugi spacer po Jasieniu odbyłam już nie w pojedynkę, ale z koleżanką. Podjechałyśmy autobusem aż do stacji PKM Jasień. Gdy wspinałyśmy się po schodkach przy peronie, usłyszałam z ust swojej towarzyszki:
– Tutaj pachnie nowoczesnością.

Na początek poprowadziłam nas wokół zbiornika retencyjnego Jasień, po którego tafli sunęły łyski i inne ptaki. Spacer wśród zieleni w słoneczny dzień był naprawdę przyjemny. Już taka szybka rundka ścieżką rekreacyjną skłoniła mnie do obfitego fotografowania, choć bywałam tu swego czasu regularnie. Będąc ponownie w okolicy stacji, obserwowałyśmy przelatujący samolot, po czym weszłyśmy na peron, by złapać w kadrze przejeżdżający pociąg.







Po przeciwnej stronie ulicy Andersa, będącej przedłużeniem ulicy Jasieńskiej – stanowiącej „kręgosłup” tej części Jasienia, którą miałyśmy w planach na dziś, odwiedziłyśmy kolejny zbiornik – Staw Wróbla. Tutaj spacerowałam jeszcze częściej, karmiąc niejednokrotnie kaczki i łabędzie wraz z rodziną. Ścieżka wokół wody była tym razem niewybetonowana, a miejscami nawet dość solidnie zarośnięta, oferując co jakiś czas podejście nad samą taflę zbiornika.
– Prowadzisz mnie po kniejach i jakichś dziwnych rzeczach. Wiedziałam, że mnie tak poprowadzisz.
Starałam się przejść tak, by pokazać jej najładniejsze miejsce, skąd na horyzoncie widać było stację PKM, a niemal pod nogami miało się podpływające kaczki. To tu z bliskimi rozsypywaliśmy ziarenka ptakom, a i my nieraz robiliśmy sobie piknik i podjadaliśmy lody. Niestety, ale przez rok, odkąd byłam tam poprzednio, teren zarósł trzcinami, ale mimo to widziałyśmy, że kaczki podpływały.




Tym razem nie miałyśmy nic dla nich, więc wraz z koleżanką wyszłyśmy przy pasażu handlowym na Myśliwską i skierowałyśmy się w prawo do ronda. W oddali jawiła się ulica Borsucza, która była wewnętrzną dla części zamkniętego osiedla.
Za rondem poszłyśmy dalej prosto, mijając po lewej zabudowę, która powstawała w ostatnich latach. Skierowałyśmy się dalej ku Kartuskiej. Na naszej trasie znalazła się ulica Gronostajowa z pocztą. Naszą uwagę na dłużej skupiło jednak ogrodzenie przedszkola w kształcie kredek na wejściu w ulicę Rysia. Idąc dalej, niemal na osi ulicy Kuszników widziałyśmy dach tutejszego kościoła Bł. Doroty z Mątew. Nie wydawał się być daleki, ale wiedziałam, że mamy do niego jeszcze kawałek, nawet w linii prostej, a przecież przed nami było jeszcze sporo innych ulic do odwiedzenia.
Na początek odwiedziłyśmy Borsuczą, Szynszylową i Łosia. Starałam się sobie przypomnieć, jak wędrowałam przed laty, bo wówczas odczuwałam zmiany „z górki” i „pod górkę”, ale tym razem udało się nam przejść tak, by tego nie odczuć jakoś szczególnie. Ostatecznie wyszłyśmy na Jasieńskiej i delikatnie odbiłyśmy w lewo ku ulicy Świstaka. Wraz ze wspomnianą Bażantową znajdowały się w obrębie osiedla Wróbla Staw, przy czym tam mieściły się „mieszkania”, a tu „domy”, o czym informowano na eleganckim murku przy bramie wjazdowej na osiedle.




Gdy szłyśmy wzdłuż przydomowych ogródków szeregowców, patrząc na nie z góry, z poziomu ulicy Jasieńskiej, obie się zachwycałyśmy, choć innymi czynnikami.
– Jak pachnie korą! – rozkoszowałam się zapachem.
– Jakie zadbane domy i piękne ogródki – moja towarzyszka doceniała walory estetyczne.


Wkrótce dotarłyśmy do ulicy Zwierzynieckiej i odbiłyśmy w prawo tak, by móc rzucić okiem do parku im. Ks. Bronisława Kabata, który był dawniej proboszczem tutejszej parafii. Tymczasem jednak weszłyśmy w ulicę Kuszników. Tam też natura upomniała się o naszą uwagę, prezentując piękne motyle w locie i przysiadające na kwitnących krzewach. Wyszłyśmy na Szynszylowej i skręciłyśmy w lewo, po czym na Jasieńskiej ponownie w lewo. Minęłyśmy dom z 1929 roku.
Podeszłyśmy do wspomnianego parku od przeciwnej strony i tym razem weszłyśmy na jego teren, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku wśród zieleni. Miałam poczucie, że i tu znam każdy kąt, ale to uczucie sielanki przełamywał widok dawnego dworku – był w fatalnym stanie i z roku na rok nie widziałam poprawy. Nieopodal umieszczono ławeczki oraz głaz upamiętniający patrona parku. Również tutejszy plac zabaw musiał być niedawno odnowiony.




Po przerwie przeszłyśmy się jednokierunkową ulicą Łowców, aż do biegnącej w dół ku boisku szkolnemu ulicy Włóczników.
– Co to jest? – duży gmach w tle zaintrygował moją towarzyszkę.
– Szkoła, ale od drugiej strony.
Szkołę Podstawową nr 85 miałam w planach obejrzeć od frontu jeszcze później, od strony ulic Damroki i Stolema, tymczasem jednak wróciłyśmy na Jasieńską i podążyłyśmy w stronę wspomnianego już kościoła. Było południe i zostałyśmy uraczone jakąś melodią, którą nawet chciałam nagrać, ale nim się zebrałam, skończyła się. Podeszłyśmy pod pomnik patronki świątyni oraz przyjrzałyśmy się z zewnątrz witrażom w oknach. Natknęłyśmy się również na głaz upamiętniający pierwszego proboszcza i zajrzałyśmy cichutko do środka kościoła, ale nie chciałyśmy przeszkadzać w odbywającej się mszy.




Wyszłyśmy ku ulicy Pólnicy, gdzie była niewielka pętla autobusowa. Na tym odcinku spojrzałyśmy z góry zarówno na ciekawą gąsienicę, jak i na dachy garaży i pasaż handlowy, którego skład ulegał na przestrzeni lat lekkim zmianom. Fotografując drogowskaz przy kolejnym skrzyżowaniu, zagaiłam:
– Muszę się dowiedzieć, kim był Pólnica. A Stolem to był chyba z kaszubskiej mitologii?
Moja towarzyszka spojrzała na mnie zdziwiona.
– Tutaj są właśni takie postaci. Damroka to była kaszubska księżniczka czy coś takiego. A kraśnięta to chyba krasnoludki, więc dziwne, że nie odmienili i nie jest ulica „Kraśniąt” czyli krasnoludków, tylko ulica „Kraśnięta”.
Odbiłyśmy zatem w ulicę Stolema ku wspomnianej szkole podstawowej. W tamtej okolicy odnalazłyśmy też pozostałych wspomnianych patronów. W międzyczasie odkryłyśmy też ulicę Remusa.
– Jak w „Harrym Potterze” – zauważyła moja towarzyszka.
– Nie, w mitologii rzymskiej – zaoponowałam. – Ale w ogóle kto w „Harrym Potterze”?
– No Lupin. Jak możesz go nie pamiętać, foch! Masz przeprosić wszystkich fanów Harrego.






Spacer w pierwszy dzień sierpnia, tuż po dwunastej, był wymagający pod kątem warunków pogodowych, choć osobiście preferowałam upały ponad mrozy. Te pierwsze dawały się jednak we znaki mojej towarzyszce:
– Dzisiejsza wycieczka powinna nosić tytuł „W poszukiwaniu cienia”.
Wówczas pomyślałam, że znam w okolicy przynajmniej dwa sklepy z lodami i warto o nie zahaczyć, gdy niedługo będziemy je miały po drodze. Tymczasem jeszcze przeszłyśmy się ulicami Pólnicy i Damroki, natrafiając przy tym na zieloną ławkę z jedną niepomalowaną deską.
Naprzeciw kolejnego pasażu weszłyśmy do tzw. „parku w dolince”, znajdującego się właściwie wzdłuż ulicy Rycerza Blizbora. Na rowerku, prosto na nas, jechał chłopczyk, nie robiąc przy tym żadnego użytku z hamulców. Usunęłyśmy się z drogi i zażartowałam:
– Postrach szos.
Towarzyszący chłopcu tata nie zorientował się jednak, że był to żart i z dumą zareagował na fakt, że chłopczyk nas „przestraszył”…
Przeszłyśmy się wśród zieleni, siłowni pod chmurką i placu zabaw, po czym skierowałam się ku podwyższeniu.
– Chodź na schodki – zawołałam.
– No to wejdź – zaoponowała koleżanka, zmęczona upałem.
– Ale my tam idziemy. Wejdź na te pierwsze, to wyjdziemy przy tych sklepach, co Ci mówiłam, że pójdziemy po picie albo na lody. I nie będziesz szła z „bum-bum-młodzieżą” – wskazałam na nastolatków, którzy na ścieżce poziom wyżej rozstawili się ze sprzętem muzycznym.




Wkrótce wyszłyśmy między blokami przy budzącym u mnie kolejne wspomnienia placem zabaw. Śmiałam się z koleżanki, że „ciśnie do sklepu”, bo wizja ochłodzenia dodała tempa jej ruchom. Jakie było jednak nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że pierwszy sklep przerobili na żłobek, a i drugi przestał już istnieć. Poprowadziłam nas zatem ulicą Damroki ku Kartuskiej i uzupełniłyśmy zapasy w tamtejszym pasażu. Ucięłyśmy sobie przy tym pogawędkę:
– A ten Blizbor to też ktoś musiał być – zasugerowała koleżanka.
– Jak była księżniczka, to musi być też rycerz – odparłam.
– Bardzo stereotypowo lecimy.


Po krótkim odpoczynku ruszyłyśmy w dalszą drogę, tym razem po przeciwnej stronie ulicy Kartuskiej. Zaczęłyśmy od Jaworowej, gdzie moja towarzyszka wyraźnie się ożywiła:
– Fajny dach.
– Tak, z lukarną – podekscytowałam się.
– Nie, tam – wskazała następny budynek z zielonym dachem o mnóstwie różnych spadów.
Choć niemal każdy dom tutaj był w innym stylu, każda posesja przyciągała czymś wzrok, np. lwami wieńczącymi słupki ogrodzenia.
Wkrótce wyszłyśmy na Leszczynowej. Wędrując dalej, uraczyłyśmy oczy widokiem alei Armii Krajowej z góry, po czym cofnęłyśmy się do Orzechowej. W jednym z ogródków na Cyprysowej pośród figurek krasnali i zwierzątek wypatrzyłam żółwia. Ominęłyśmy jakoś ulicę płk. Pałubickiego, a że powoli kończyły nam się siły, postanowiłam wrócić tam przy okazji (a ta trafiła się niedługo później i ulica została odnaleziona). Tymczasem zeszłyśmy ku Kartuskiej mniej więcej na wysokości ronda im. Kuronia.





Spacerując Kartuską, zajrzałyśmy z innej perspektywy w zwiedzane wcześniej ulice. Dotarłyśmy do Jeziorowej. Dalej w miejscu odpowiadającym ulicy Goska znajdowała się droga wewnętrzna, natomiast my odbiłyśmy w Limbową. Wyszłyśmy na Jabłoniowej / Adamowicza i odbiłyśmy w lewo do najbliższego przystanku tramwajowego.




Gdy wracałyśmy, ponownie pojawił się wątek Remusa. Jechałyśmy tramwajem, którego patronem był Bądkowski, tłumaczący dzieła Majkowskiego z języka kaszubskiego i oświeciło mnie, że przecież i tam pojawił się Remus. Oj, sporo tego. Innego oświecenia doznałam, gdy czekałyśmy na przesiadkę na Warneńskiej. W oczy rzuciła mi się namalowana nad numerem bloku korona i nagle olśniło mnie, że może nazwa Warneńskiej pochodzi od władcy Władysława Warneńczyka. Cóż, nie bez powodu mówi się, że podróże kształcą. I zacieśniają więzi, bo zawsze raźniej wędrować z kimś, kogo lubimy 🙂


Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂
Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru po Jasieniu!
