Lębork – namówiłam brata na wspólny spacer :)

Po świętach wyruszyłam w teren pełna zapału. Czułam się wypoczęta po dwóch dniach bez spacerów i jednocześnie łaknęłam już kolejnych przygód. Wiedziałam, że towarzystwo mojego brata dodatkowo gwarantowało, że wycieczka będzie niebanalna i pełna humoru. Z kolei Grzesiek doskonale zdawał sobie sprawę, na co się pisze. Spodziewał się, że będę podnosiła aparat niemal na każdym kroku, co musi przełożyć się na tempo wyprawy. I chociaż preferował zawsze bardziej dynamiczne sposoby podróżowania, przychylił się do mojej prośby. Nie wyobrażałam sobie tego projektu bez niego – w końcu jest jednym z najważniejszych dla mnie lęborczan.

Wystartowaliśmy na Alei Wolności, na wysokości rzeki Łeby. Od razu poprosiłam brata o zdjęcie na tle wody i drzew. Następnie żwawo skierowaliśmy się ku ulicy Bohaterów Westerplatte. Już na tym krótkim odcinku zatrzymywałam się, by obejrzeć park po drugiej stronie ulicy i zajrzeć przez intrygujące dziury w murze, które miały kształt krzyży.

Gdy skręciliśmy w lewo, zobaczyłam siłownię na powietrzu, a za nią boisko, które zimą zmienia się w lodowisko miejskie. Z kolei na skrzyżowaniu z ulicą Mostnika mieściły się internat, przedszkole i ośrodek szkolno-wychowawczy, a po przeciwnej stronie – szkółka piłkarska.

Na dalszym odcinku Mostnika znaleźliśmy zakład ślusarski, hurtownię z warzywami i owocami oraz piekarnię, o której wspominałam przy okazji pierwszego spaceru. Niedługo później przeszliśmy w ulicę Rodła. Po jej dość szybkim przejściu brat zaakcentował wyraźnie swoje zaskoczenie, że prawie niczego tam nie sfotografowałam. Rzeczywiście, ten fragment trasy nie należał do najbardziej ekscytujących.

Nadrobiłam to chwilę później, gdy dotarliśmy do ulicy Stryjewskiego, a dokładniej pod numer 23. Obecnie mieścił się tam dom pomocy społecznej, natomiast swoją późniejszą siedzibę miał tam kiedyś Szpital Świętego Jerzego. Tak naprawdę na początku swego istnienia pełnił on raczej rolę przytułka. Trafiali do niego głównie chorzy na trąd i gruźlicę, bo choć nie umiano ich leczyć, zauważono pewną prawidłowość. Izolacja chorych przyczyniała się do zmniejszenia liczby nowych zachorowań. Stąd też placówka mieściła się poza murami średniowiecznego miasta, za Bramą Słupską, a ostatecznie jej lokalizację zmieniono w 1914 roku na ulicę Stryjewskiego. Zabudowania zdawały się składać z kilku części, przy czym mnie szczególnie zaintrygowała ta dalsza, która jednocześnie sprawiała wrażenie starszej. Znajdowały się na niej ciekawe zdobienia, a na szczycie wieży dopatrzyłam się czegoś, czego kraniec przypominał głowę węża.

Chwilę później zawróciliśmy. Zajrzeliśmy w Kwiatową, gdzie ujrzałam na wstępie ogród pełen kwiatów i doceniłam adekwatność wystroju do nazwy ulicy. Następnie ruszyliśmy w kierunku Pionierów. Pierwszym, co zarejestrowaliśmy, była stacja elektroenergetyczna, chociaż zastanawialiśmy się także, czy na szczycie konstrukcji nie znajdują się jakieś przekaźniki sieci telefonicznych. Dalej swoją siedzibę miała straż pożarna. Powołano ją do istnienia już w latach czterdziestych i krótko potem przeniesiono do budynku na Nowym Świecie opuszczonego przez wojska WOP (Wojska Ochrony Pogranicza), który zajmuje do dzisiaj.

Przekroczyliśmy tory, którym towarzyszyła stacja Nowy Świat. Odcinek linii kolejowej Lębork – Łeba, którą to trasę obsługiwał ten przystanek, oddano do użytku w 1899 roku. Postanowiliśmy podejść tam później, tymczasem wybraliśmy przejście ulicą Pionierów.

– Ta ulica jest taka peerelowska – uznał mój brat. – Tylko asfalt tu nie pasuje taki nowy.

Rzeczywiście, były miejsca, w których wydawało się, jakby świat się zatrzymał. Ale odkryliśmy też posesję z niezwykle artystycznie urządzonym oczkiem wodnym, która z całą pewnością reprezentowała bliższe nam czasy. Dalej minęliśmy siedzibę Zarządu Dróg Powiatowych.

Chwilę później skręcaliśmy już w Weterynaryjną. Tabliczki zapowiadały, że znajdziemy tam warsztat samochodowy i skup złomu. Grzesiek zwrócił uwagę na nawierzchnię, asfalt zastąpił szuter. Mój wszędobylski brat stwierdził, że tej ulicy jeszcze nie odwiedzał. Kawałek dalej zmienił jednak zdanie, gdy dostrzegliśmy budynek wylęgarni drobiu. Okazało się, że odwiedzili to miejsce z klasą w ramach jakiejś wycieczki.

– Oświecę cię – rzucił w moją stronę. – Tutaj się rodzą małe kurczaczki.

Nie sposób było się nie uśmiechnąć.

Zawracając, zaczęliśmy rozważać, dlaczego ulicę nazwano Weterynaryjną, skoro nie widzieliśmy tam gabinetu weterynarza. Gdybaliśmy, że pewnie jacyś weterynarze mogli pracować w wylęgarni drobiu.

Po powrocie na ulicę Pionierów, skręciliśmy w lewo. Wyjrzało słońce, które ogrzewało nasze twarze. Sfotografowałam nasze cienie na chodniku. Po prawej stronie dostrzegliśmy hurtownię wielobranżową i sklep meblowy oraz ciekawy komin (na terenie należącym dawniej do GS-u czyli Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”) i sklep z częściami do ciągników, zaś po lewej sklep budowlany z cegłami i Miejskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej. Dalej mieściły się hurtownia warzyw i owoców, skup surowców wtórnych, warsztat samochodowy, sklep rolniczo-techniczny i restauracja z salą weselną.

Znajdowaliśmy się już nieopodal Powiatowego Centrum Edukacyjnego, zwanego potocznie „budowlanką”. W jego skład wchodziły chociażby Technikum Nr 2 i Zasadnicza Szkoła Zawodowa Nr 2. Szkoła mieściła się tu od 1990 roku, chociaż już wcześniej istniała w „rolniczaku” jako Zespół Szkół Budowlanych.

Na tym etapie wędrówki naszą uwagę zwróciło kilka detali. Grzesiek wypatrzył starego mercedesa, który przypadł mu do gustu, oboje zaś żywo zareagowaliśmy na przejeżdżający wózek widłowy. Dzień wcześniej widziałam ciekawą reklamę, w której na ramionach maszyny umieszczono huśtawkę, na której siedział mężczyzna. Drugi pan kierował wówczas pojazdem. Zaintrygowało mnie to, bo nie sądziłam dotąd, że wózek widłowy może podnieść swoje ramiona nawet powyżej kabiny kierowcy.

– A wózki widłowe mogą w ogóle jeździć po ulicach? – zapytałam zdezorientowana.

– Nie – podsumował krótko mój brat, potwierdzając moje przypuszczenia.

Zawiesiłam także oko na rozległej posesji z ciekawie zaprojektowanym domem.

– O, jaka willa. Mogłabym mieć taką w Simsach – uznałam.

Dalej przeszliśmy obok hurtowni materiałów sanitarnych i gazowych oraz stacji paliw z ciekawą wiatą nad stanowiskiem z gazem LPG. Jej boki wyglądały niczym wąskie drabinki. Naprzeciwko mieściła się hurtownia materiałów i maszyn budowlanych i kilka innych hurtowni, których zaopatrzenie nie wydawało się już oczywiste na pierwszy rzut oka.

Wkrótce dotarliśmy do rozległej łąki po lewej stronie, poprzetykanej gdzieniegdzie krzewami i drzewami. To tu lata temu tata zabrał nas na wyprawę rowerową po gałązki brzóz (?). Próbowałam dopatrzeć się tego miejsca od strony ulicy Komuny Paryskiej, ale nic nie wydawało mi się znajome. Dopiero ta perspektywa pozwoliła mi dostrzec właściwe miejsce.

Przy oczyszczalni ścieków zawróciliśmy. Ten odcinek miał to do siebie, że nie dało się wrócić inną drogą, by odhaczyć kolejną ulicę. Trzeba było podążać tą samą. A jednak nie był to powrót nudny. Co prawda wędrowaliśmy żwawszym krokiem, ale i tak parę razy podniosłam aparat. Zaciekawiło mnie szczególnie podwórze Zarządu Dróg Powiatowych, pełne starych znaków drogowych. Uwieczniłam również wzór wykuty w bramie wjazdowej. Nam z kolei przyjrzało się kilku zaintrygowanych kierowców.

Przekroczyliśmy linię kolejową i podeszliśmy do stacji Nowy Świat. Tablica informowała o konieczności zakupu biletów u konduktora, ale i sam budynek wyglądał raczej na niefunkcjonujący. Dodatkowo w tym okresie (kwiecień) tory były praktycznie nieuczęszczane, więc Grzesiek przespacerował się po jednym z nich, wołając głosem zdobywcy:

– Idę własnym torem!

Za stacją zeszliśmy na ulicę Orlińskiego. Mogliśmy dzięki temu obejrzeć teren straży pożarnej od zaplecza. Na zewnątrz stała strażacka cysterna, zaś wozów Grzesiek dopatrzył się wewnątrz remizy. Po chwili skręciliśmy w lewo, ku ulicy Pilotów. Minęliśmy ogród, w którym ustawiono dla ozdoby małą studnię. Wokół znajdowała się wyłącznie zabudowa mieszkalna.

Zawróciliśmy i podążyliśmy dalszym odcinkiem Orlińskiego. Zwróciłam uwagę na ozdobne wykończenia wejść szeregowca. Grzesiek nie widział w nich jednak niczego szczególnego. Zajrzeliśmy od drugiej strony w ulicę Kwiatową. Z tej perspektywy brakowało już zgodności z nazwą. Doszliśmy do zakładu z wysokim kominem i ciekawym ogrodzeniem z elementami w kształcie serc z krzyżykiem wewnątrz.

– Czemu tu jest serduszko? – zastanawiałam się na głos.

– Spawacz wstawił i jest – rzucił bez wahania mój brat. – Mam nadzieję, że rozwiałem twoje wątpliwości jak wiatr moje włosy.

Rzeczywiście, pomimo przyświecającego słońca dzień nie należał do najcieplejszych za sprawką wiatru.

Tymczasem po prawej stronie rozciągały się ogródki działkowe. Zgodnie zwróciliśmy oczy ku tej samej posesji.

– Patrz, jaki fajny domek – wskazałam bratu upatrzony obiekt. – I figurka psa?

– Wygląda jak koziołek.

– No właśnie. A ja pomyślałam „o, jagniątko”!

Wkrótce dotarliśmy do ulicy Buczka [Aktualizacja 2020: po dekomunizacji Nadmorska]. Zajrzeliśmy w jej odcinek po naszej prawej, po czym pokonaliśmy fragment Poznańskiej, by rzucić okiem jeszcze w Opolską – drogę, przy której póki co stało ledwie kilka domów. Dodatkowo znaleźliśmy warsztat samochodowy.

Dalszy, dość długi odcinek ulicy Buczka biegł wzdłuż ogródków działkowych. Podążaliśmy przed siebie, dopatrując się co jakiś czas ciekawych obiektów. Już na wstępie rozbawiły nas pasy, z jednej strony prowadzące w pole, bo chodnika jeszcze nie ułożono. Ale chyba najbardziej intrygująca okazała się przyczepa kempingowa, którą obudowywano z każdej strony drewnianymi ścianami. Zachowano otwory na okna na wysokości rzeczywistych okienek w przyczepie. Zaciekawiło nas odniesienie nazwy pensjonatu do jednego gatunku drzew, podczas gdy w obrębie poprzecznej z Buczka drogi rosły zupełnie inne. Oboje zwróciliśmy też uwagę na szpiczaste dachy kilku domów – nieszczególnie urzekła nas ta forma.

Zupełnie niespodziewanie trafiliśmy na rondo. W tym miejscu postanowiliśmy skręcić w prawo. Asfaltowa ulica zmieniła się w drogę gruntową. Pomiędzy domami w oddali dało się dostrzec tablicę informującą już o wjeździe do Nowej Wsi Lęborskiej. Wędrując dalej, dostrzegliśmy wyrzuconą przez kogoś zrudziałą choinkę, co wydało nam się ciekawe, biorąc pod uwagę, że dopiero co minęły Święta Wielkanocne.

Wkrótce wyszliśmy na ulicy Kossaka i skierowaliśmy się w prawo. Znajdowały się tu tablice witające przybyszów w mieście i prezentujące jego główne atrakcje architektoniczne, takie jak mury obronne, kościoły i kamieniczki. Dalej rozpoczynała się już zabudowa miejska, choć jeszcze niezbyt gęsta. Znalazł się tam chociażby szeroki pas zieleni, biegnący daleko w głąb. Dalej mieściła się hurtownia warzyw i owoców oraz warsztat samochodowy i zakład ślusarski. Zaciekawiła mnie kamienno – zielna aranżacja przyległej posesji. Na Kossaka znajdował się też dość wiekowy dom. Gdy podniosłam aparat, Grzesiek opatrzył tę czynność stosownym komentarzem:

– I podpis do zdjęcia: Dom na Kossaka. 1798 rok. Koloryzowany.

Nie mniej intrygująca okazała się idea, na jaką wpadli mieszkańcy kolejnej posesji. Otóż od frontu urządzili niewielki sad, proponując „wesela w sadzie”. Tymczasem naprzeciwko znajdowała się jedna z bram prowadzących na teren cegielni.

Gdy dotarliśmy do kapliczki przydrożnej, dostrzegliśmy pewien paradoks w jej lokalizacji – sąsiadowała z klubem nocnym. Za rogiem znajdował się dojazd, na który weszliśmy, by sfotografować graffiti odnoszące się do postaci z bajek Madagaskar i Kraina lodu. Gdy uwieczniałam malunki, Grzesiek z zachwytem spoglądał na odpoczywającego psa – prawdopodobnie malamuta.

Na kolejnym odcinku znajdował się skup ziół oraz drewna. Po chwili skręciliśmy w ulicę Witkowskiej. Droga tworzyła niejako pętlę, więc powróciliśmy na Kossaka na wysokości stacji paliw. Ruszyliśmy w kierunku ulicy Łącznej. Stacjonowała tam Biedronka, a przyległy budynek, choć zajmowany przez inne firmy, również przyjął barwy tego dyskontu.

Tuż za skrzyżowaniem z Poznańską, po lewej stronie znajdował się budynek mieszkalny z prostym, lecz niebanalnym wykończeniem okien i drzwi. Dalej znajdowała się firma oferująca odzież roboczą czy sprzęt przeciwpożarowy, a także pralnia i kolejny, prawdopodobnie główny, wjazd do cegielni.

Przy kolejnej odnodze po prawej zachwycił mnie budynek z czerwonej cegły. Zaś sama odnoga prowadziła do kolejnych domów i salonu fryzjerskiego. Dalej mieściła się sala weselna, a naprzeciw niej wysoki i długi budynek sprawiający wrażenie zrobionego niemal w całości z drewna. Okazał się zabytkiem, przypuszczalnie dawniej były tam magazyny towarów sypkich, choć ta informacja została mi przekazana jedynie ustnie. Po jednej jego stronie leżały sterty węgla, po drugiej zaś tabliczki zachęcały do skorzystania z usług warsztatu samochodowego.

Minęliśmy jeszcze sklep z glazurą i terakotą oraz kilka ciekawych kamienic, po czym skręciliśmy w Aleję Wolności. Przed nami znajdował się gmach Szkoły Podstawowej Nr 3. We wczesnych latach powojennych, gdy inne placówki kłopotały się brakami kadrowymi, tu rozwiązano problem, powierzając rolę nauczycieli uczniom ostatniej klasy ówczesnego Liceum Pedagogicznego.

Zza szkoły wyłaniały się mury obronne z najsłynniejszą Basztą Bluszczową i kościołem Świętego Jakuba. Tymczasem my przeszliśmy obok sklepów z żaluzjami, z sukniami ślubnymi oraz z meblami kuchennymi. Naprzeciwko rozciągało się boisko szkolne, a za nim stała słynna Karczma Rycerska, której wejście zdobiły zresztą popiersia rycerzy. Uwiecznił je przechodzący akurat turysta, uwieczniłam i ja. Dawniej w piwnicy znajdowały się magazyny GS-u, a na górze paczkowano towary sypkie.

Chwilę później skręciliśmy w prawo. Przechodziliśmy za budynkiem sądu, co można było stwierdzić po wzorze wagi (niczym tej od Temidy) w bramie. Dotarliśmy do skrzyżowania Malczewskiego i Witkacego, po czym wybraliśmy tę drugą. Nie znaleźliśmy tam jednak nic ciekawego, więc zawróciliśmy, by jednak przejść tą pierwszą. Mieściło się tam Anglojęzyczne Społeczne Liceum Ogólnokształcące (ASLO), a budynek był kiedyś siedzibą Społecznego Gimnazjum Językowego (SGJ), nim przeniesiono je na ulicę Okrzei. Dawniej sądziłam, że SGJ ma swoją kontynuację w postaci ASLO, ale rozwieszone po całym mieście plakaty informujące, że SGJ zamierza utworzyć liceum, wyprowadziły mnie z błędu.

Naprzeciwko znajdował się plac zabaw z ciekawymi malunkami na przyległym murze, ale niestety, był ogrodzony i mogłam jedynie nacieszyć oko zza płotu. Mniej spektakularne graffiti widniały gdzieniegdzie na ścianach. Miały formę różnorodnych napisów. Autorzy jednego podkreślali swą wierność kumplom. Wypatrzyliśmy też pierwsze z powtarzających się haseł One love. Uznałam to za całkiem sympatyczny akcent i jakoś nie współgrało mi to z renomą osiedla. Dla kontrastu na innej ścianie mogłam za to wyczytać słowa Nigdy mało wódy. Po chwili minęliśmy boisko i budynek z 1899 roku. Bardziej zaciekawił mnie jednak dom naprzeciwko. Spodobało mi się także okienko u szczytu, chociaż miało częściowo wybitą szybę. W rozmowie z bratem nawiązałam do okienka na wieży gdańskiego kościoła, które widywałam niemal co dzień z tramwaju i zastanawiałam się, kiedy i jak zrobię zdjęcie tego miejsca. Gdy jednak podczas tej lęborskiej wędrówki zobaczyłam graffiti zachęcające do potraktowania gdańskiej Lechii maczetami, postanowiłam ostrożniej akcentować swoją sympatię dla Gdańska (co nie jest jednoznaczne z sympatiami sportowymi, bo nie interesuję się rozgrywkami klubowymi).

Wkrótce dotarliśmy do zwężenia między równoległymi sobie ulicami i skrzyżowania. W jego obrębie znajdowały się sklep spożywczy, kowalstwo, Żabka, warsztat samochodowy i myjnia. Zajrzeliśmy w ulicę Bohaterów Westerplatte, po czym ruszyliśmy Stryjewskiego, niejako zawracając. Na wejściu wypatrzyliśmy zakład fryzjerski, trudno było nam jednak zweryfikować, czy wciąż działał. Niemal naprzeciwko placu zabaw zaciekawiły nas fundamenty jednego z budynków, wyglądały niczym mozaika z drobnych kamieni. Dalej okazało się, że opinia osiedla o gdańskim klubie piłkarskim była dość niespójna – kolejne graffiti głosiło hasło Tylko Lechia.

Tuż za sklepem wielobranżowym biegła droga prowadząca w lewo. Chociaż prowadziła na odwiedzoną już ulicę Malczewskiego, dopiero teraz dostrzegłam ciekawy budynek z bramą w jego obrębie.

Dotarliśmy do kościoła Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polskiej, zwanego potocznie „Koroną”. Przed wojną znajdował się tu protestancki kościół Salvatora czyli Zbawiciela, wzniesiony w 1866 roku. Po wysiedleniu Niemców budynek otrzymała parafia Świętego Jakuba. Niezależną parafię erygowano 17 grudnia 1958 roku. Trzydzieści dwa lata później, bez jednego dnia, zostałam w tym kościele ochrzczona.

Niespiesznie obeszliśmy świątynię dookoła, zaczynając od uwiecznienia wieży zegarowej. Minęliśmy plebanię, po czym podeszliśmy bliżej Szkoły Podstawowej Nr 4. Dalej mieścił się Sąd Rejonowy, którego budynek widzieliśmy już od zaplecza. W obrębie kościoła mieściła się też siedziba Caritas. Z kolei od frontu umieszczono pomnik Kellera, pierwszego polskiego żołnierza, który walczył w zajętym jeszcze przez Niemców Lęborku i którego tu zastrzelono.

Keller został patronem przyległej ulicy, w którą weszliśmy po okrążeniu kościoła. W bok biegła ulica Prusa, w którą rzuciliśmy okiem, postanawiając jednak podążać dalej. Zaciekawił mnie płotek ustawiony w odległości ledwie kilkudziesięciu centymetrów od ściany domu. W tym mikroogródku raczej trudno byłoby cokolwiek uprawiać. Przy kolejnej odnodze chciałam uwiecznić spacerującego przy kałuży ptaka. Na moje zachwyty („o jaki jestem słodziaśny!”) wzbił się jednak w powietrze w momencie naciskania migawki, co rozbawiło mojego brata.

Na kolejnym skrzyżowaniu skręciliśmy w lewo i ponownie w lewo. Znaleźliśmy się na ulicy Łokietka. Mieściły się tutaj Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej oraz noclegownia dla bezdomnych. Dalej swoją siedzibę miał KRUS czyli Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego.

Chwilę później znaleźliśmy się przy Placu Piastowskim i mogliśmy zobaczyć boisko z innej perspektywy. W tym miejscu był kiedyś miejski plac sportowy. Nieopodal znajdowała się zajezdnia autobusowa, obok której przeszliśmy. Ponownie znaleźliśmy się na Alei Wolności, wychodząc obok gabinetu stomatologa i naprzeciwko Gimnazjum Nr 3.

Przeszliśmy na drugą stronę drogi i postanowiliśmy powoli kończyć naszą wyprawę. Podjęliśmy decyzję, że nazajutrz sama zwiedzę centrum w ramach osobnej wycieczki. Uznaliśmy jednak, że chcąc załatwić sprawunki i tak przejdziemy jeszcze ulicę Orzeszkowej. Na skrzyżowaniu znajdowały się sklep spożywczy i salon urody. Po chwili minęliśmy jeszcze salon fryzjersko – kosmetyczny i lombard. Za nimi widniały bajkowe graffiti. Wyłoniły się także fragmenty murów obronnych. Poprosiłam brata o zdjęcie na ich tle. Zrobiliśmy sobie też selfie. Gdybyśmy podjęli próbę chwilę później, taki kadr nie byłby już możliwy – idealnie wzdłuż murów zaparkowało auto.

Na ostatnim odcinku znaleźliśmy sklep z oknami, fotografa, kwiaciarnię, sklepy muzyczny, rybny i sportowy. Zwieńczeniem naszego spaceru był Plac Pokoju i pamiątkowe zdjęcie przy fontannie z żabkami. Tej najbardziej reprezentacyjnej części Lęborka postanowiłam jednak poświęcić osobny rozdział.

Zainteresował Cię ten wpis? Sentymentalną podróż po Lęborku wzbogaconą akcentami z historii miasta znajdziesz <tutaj>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *