Gdynia Mały Kack – świetne towarzystwo gwarantem uśmiechu!

Wystartowałam niemal w tym samym miejscu, w którym skończyłam poprzednim razem. Zmieniła się jedynie strona ulicy Wielkopolskiej, po której stałam. Tym razem znajdowałam się nieco bardziej na północ, bowiem moim zamiarem było rozpocząć od jednego z krańców ulicy Olgierda. Towarzyszyła mi koleżanka, której owa nazwa kojarzyła się z jej studiami, więc nawet sfotografowała tabliczkę z nazwą ulicy. Następnie zajrzałyśmy w jej głąb.

Niemal na wejściu znalazłyśmy salon urody i gabinet stomatologiczny. Obejrzałyśmy domy naokoło i cofnęłyśmy się do Wielkopolskiej. Podążając w kierunku Druskiennickiej i Gedymina, minęłyśmy salon samochodowy, roboty drogowe oraz ciekawe schodki wiodące w dół do przydomowego ogrodu. Zastanowiło mnie, czy w przypadku ulewnych deszczów woda nie spływa na położone niżej posesje. Dalej natrafiłyśmy na serwis komputerowy i kolejnych pracujących przy drodze robotników. Jeden z nich zainteresował się, czy aby nie złapię go w kadr i starał się nas zagadywać. Po krótkiej wymianie sytuacyjnych żarcików ruszyłyśmy przed siebie. Po prawej wypatrzyłyśmy sklep ze sprężarkami, tymczasem po lewej zaintrygowało nas wykończenie szerokiego budynku. Jego zwieńczenie przypominało kilka fal, ale najbardziej zaciekawił nas okrągły otwór pośrodku. Nie potrafiłyśmy znaleźć dla niego żadnego zastosowania.

Przy solarium skręciłyśmy w prawo. Przed kolejnym skrzyżowaniem wypatrzyłyśmy bramę ze zdobieniem w kształcie jelenia. Stanowiła furtkę prowadzącą na parking. Ruszyłyśmy ponownie w prawo, by odwiedzić kolejny odcinek ulicy Olgierda. Koleżanka zwróciła uwagę na opadłe na chodnik śliwki, tymczasem mój wzrok przykuł ceglany, wysoki dom po przeciwnej stronie ulicy, przypominający mi mój dom rodzinny. Następnie rozbawiła nas najzwyklejsza skrzynka na listy. Układ otworków, zabrudzeń i rdzy dawał wrażenie, jakby skrzynka podśmiewała się z czegoś.

Chwilę później zawróciłyśmy aż do przejścia dla pieszych przy skrzyżowaniu z Gedymina, orientując się przy okazji, że droga biegła lekko w górę.

– Patrz, legalnie idziemy po przejściu – rzuciłam. – To przejście jest krzywe, ta ulica jest krzywa, się krzywo staje.

– Jestem jeszcze bardziej na obcasie – odparła koleżanka. – A ty jesteś na ujemnym obcasie.

Tłumaczenie zajęło koleżance chwilę, a w trakcie na moją mapę naniosłam rysunek poglądowy, by nabrać pewności, że dobrze się zrozumiałyśmy. Wyobraźmy sobie równię pochyłą. Moja towarzyszka stała zgodnie z kierunkiem „zjazdu”, natomiast sama znajdowałam się nieco niżej i byłam zwrócona do niej twarzą. W związku z tym rzeczywiście jej piętom dodało to centymetrów, a ja wydawałam się niższa niż w rzeczywistości.

Wkrótce wędrowałyśmy już ulicą Gedymina. Minęłyśmy warsztat samochodowy z myjnią i choć widziałam go już ostatnim razem, dopiero przejście wzdłuż całości i baczne oczy koleżanki umożliwiły nam dostrzeżenie ciekawych rysunków. Promowały studio sztuk walki. Czterem poglądowym ilustracjom nadałyśmy własne robocze nazwy: Walka na kijaszki, Walka na ręce, Walka na przewracanie dziecka na podłogę oraz Walka na łapanie za nogę. Zdajemy sobie sprawę, że raczej nie odpowiada to zamysłom instruktorów i z góry przepraszamy za taki popis naszej wyobraźni.

Kawałek dalej zaciekawiły nas biegnące w dół schodki. Podobnie jak te wspominane wcześniej, prowadziły do przydomowego ogrodu, ale były szersze, mniej znacząca była także różnica wysokości. Nieopodal na drewniano-metalowej konstrukcji, położonej dwa metry nad ziemią, zaparkowano samochód. Zastanowiła mnie stabilność tego „parkingu”. Poza tym nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz zadziwiały mnie w Gdyni sposoby mieszkańców na poradzenie sobie z różnicami wysokości. Na dalszym odcinku drogi odnotowałyśmy salon kosmetyczny i intrygującą gęstwinę, prawdopodobnie pozostałość do działce, którą ktoś zostawił samą sobie.

– Bramka donikąd – skomentowała koleżanka.

– Ale piękny kadr, jak z Simsów – odparłam.

Zaczęłyśmy porównywać nasze wspomnienia związane z grą The Sims. Zatrzymałam się na pierwszych częściach, tymczasem koleżanka, jak się okazało, była bardziej na bieżąco z nowinkami. Postanowiła opowiedzieć mi o możliwościach, jakie dawały.

– Mogłam chodzić po mieście, odwiedzać innych i wyżerać im z lodówki, to było najlepsze, i równo o siódmej rano mnie wyganiali.

Podczas snucia tej opowieści ujrzałyśmy lusterko uliczne, które wykorzystałyśmy do wykonania sobie wspólnego zdjęcia. Wędrując górą, obserwowałyśmy pracujące w ogrodzie na dole starsze kobiety.

Przechodząc już ulicą Kiejstuta, wypatrzyłyśmy rudo-niebieski dom. Nie było innej opcji – musiał skojarzyć się nam ze smerfami, a wieża sugerowała nawiązania do zamków.

 – Zamek księżniczki – zasugerowałam.

– Smerfetki – podpowiedziała koleżanka.

– A jak się nazywała ta mała, ruda smerfetka? – sprawdziłam po powrocie do domu, że miałam na myśli Sasetkę.

Bramę wejściową zdobiła dodatkowo mozaika z numerem domu.

Na rozwidleniu drogi ruszyłyśmy w lewą odnogę. Wyszłyśmy na Płockiej, rozejrzałyśmy się w obie strony, wypatrując przy okazji dietetyka, po czym czmychnęłyśmy ku Sochaczewskiej. Nie zraził nas widok remontów i uznałyśmy, że przejdziemy tylko na tyle, na ile sytuacja nam na to pozwoli. Nim droga uległa znacznemu zwężeniu, przyjrzałyśmy się częściowo zabetonowanym prętom, wokół których owinięto kolejne pręty. Nie miałyśmy pomysłu, do czego mogły służyć, bo branża budowlana nie była pokrewna żadnej z nas, ale wyglądało to ciekawie.

Chwilę później zdałyśmy sobie sprawę, że znajdujemy się dość wysoko i przed nami rozciągał się widok na najbliżej położoną część Małego Kacka i Orłowa. Udało się nam także przejść chodnikiem wzdłuż ogrodzonego obszaru robót drogowych i w ten sposób reszta Sochaczewskiej stała przed nami otworem. Spodobał mi się dorodny bluszcz, a niezadowoleniem zareagowałam na dziurę pomiędzy kępą trawy, którą uznałam za potencjalną przyczynę złamanej nogi. Ludzie, którzy nas mijali, także wykazywali się dużym sceptycyzmem. Na bazie naszych spostrzeżeń powstał nawet krótki rapowany wierszyk (oczywiście z przymrużeniem oka):

Ludzie się dziwnie gapią
Kiedy ty się jarasz życiem
A oni nie potrafią

Przy skrzyżowaniu z Płocką rzuciłam okiem w prawo, ale mając sporą część widoku osłoniętą przez „parawan budowlany” i widząc drogę skręcającą w las, uznałam, że powinnyśmy ruszyć w lewo.

Wypatrzyłyśmy dzięki temu ogród, który miał w sobie jakąś magię, choć wyglądał niepozornie. Naszą uwagę zwróciła pochylona jabłonka.

– Patrz, jaka krzywa jabłonka!

– Zgarbiona życiem – uznałam.

– Ta też jest krzywa – zauważyłyśmy kolejną.

– Tak jakby ktoś się nad nimi znęcał i je wyginał.

– To złe.

Po chwili zorientowałam się, że skrzyżowanie wcześniej powinnyśmy jednak skierować się na prawo:

– Nie… Tam miałyśmy iść. Myślałam, że to droga się kończy, a to moja mapa.

Przełożyłam mapę, by widzieć kolejną część trasy i podreptałyśmy w stronę lasu. Dzięki temu zbliżyłyśmy się do „parawanu budowlanego” i zorientowałyśmy się, że przez pewne jego otwory można co nieco zaobserwować. Dwie dziurki zdawały się być stworzone w tym celu, bo były do pary i do tego umieszczono je niemal na wysokości oczu.

– Dziury na oczy – zauważyła koleżanka.

– Turban na rurę – wystosowałam odpowiedź w tej samej konwencji, obserwując na szerokiej karbowanej rurze owiniętą płachtę, przypominającą arabskie nakrycie głowy.

Zrobiłam zdjęcie przez jeden z otworów, po czym poszłyśmy wzdłuż „parawanu”, który w pewnym momencie się skończył.

– A może górą zajrzeć? – zapytała koleżanka. – A tu jest otwarte – zauważyła.

Tymczasem ja już zdążyłam zrobić zdjęcie.

– Mam turban na rurę i kawałek koparki.

Podążałyśmy dalej.

– Podoba mi się ten zakręt – przyznała koleżanka na łuku drogi.

– Jesienno-miejski zakręt. Natura się spotyka z cywilizacją.

– Ale ładne drzewo! Co to jest?

– Cis? Głóg? – zgadywałam, mając przed sobą rzeczywiście cis.

– Jak oliwki z dziurkami – zachwycała się koleżanka.

Zauważyłyśmy również kolejne schodki w dół, a obok nich betonową rynnę, którą prawdopodobnie miała spływać woda deszczowa. Zażartowałam jednak, że mamy tutaj zjazd na sanki.

Minęłyśmy Kutnowską i właściwie aż do Radomskiej nie znalazłyśmy nic szczególnego, gdyby nie…

– Bocian! – krzyknęła koleżanka.

– Gdzie?

– Tam! Figura bociana wystaje zza krzaka.

Spojrzałam we wskazanym kierunku i rzeczywiście go zauważyłam. Nim skręciłyśmy w Łęczycką, zobaczyłyśmy także tabliczkę informującą o „zdobyczach” psa gospodarzy w postaci kotów, opon i listonoszy. Przez Łęczycką przeszłyśmy ku Sieradzkiej. Szłyśmy wzdłuż ogródków działkowych, ciesząc się wyłaniającym się słońcem:

– O, słońce! Wychyl się słońce. Tam jest!

Gdzieniegdzie zwracałyśmy uwagę na ciekawe schodki czy budynki. Niezmiernie ciekawy okazał się bogato zdobiony słupek, który pełnił rolę skrzynki na listy. Zaintrygował nas wyrzeźbiony tam lew, który wyglądał, jakby się złościł. Wkrótce dotarłyśmy do skrzyżowania z Łowicką, przy którym stacjonowała Amerykańska Szkoła Podstawowa. Przylegał do niej plac zabaw.

Skręciłyśmy w prawo, mijając przy tym szkołę językową. Dalej znajdowały się: tapicer samochodowy, warsztat oraz firma oferująca nagrobki.

– Nagrobki. Grobowce – przeczytałyśmy.

– Grobowce? Serio?

– Może do Egiptu wysyłają.

– No może.

Chwilę później minął nas turysta z walizką. Już od pierwszych słów skierowanych w naszą stronę poznałyśmy po akcencie, że pochodził ze wschodu:

– Dziewuszki, Łowicka 18?

– To jest Łowicka, ale numeru musi pan sobie poszukać – odpowiedziałam.

– Łowicka? – wskazał ręką.

– Tak.

– Spasiba – rzucił na odchodnym.

– Ja znam po rosyjsku jedno słowo – powiedziała koleżanka, gdy przyjezdny ruszył dalej.

– Ja też. Ale nie sądzę, żeby mu pomogło.

– A jakie znasz?

– Śledziona.

Niewątpliwie, przy poszukiwaniu drogi nazwy organów raczej nie okazują się przydatne.

Chwilę później zauważyłyśmy poszukiwany przez pana numer domu, ale obracając się, już go nie wypatrzyłyśmy. Ruszyłyśmy więc dalej. Skręciłyśmy w Małopolską w lewo. Zaciekawił nas słup stojący na chodniku przy skrzyżowaniu. Przechodząc pomiędzy nim a ogrodzeniem próbowałam udowodnić, że zadanie nie należy do najprostszych, zwłaszcza, gdyby ktoś był większych gabarytów ode mnie. Uważam, że przechodzenie ulicą w obrębie skrzyżowania stanowiłoby z kolei zagrożenie bezpieczeństwa. Trudno było mi zrozumieć, komu i dlaczego taka idea przyszła do głowy.

Zajrzałyśmy w Góralską, ale postanowiłyśmy skręcić dopiero w Żmudzką. Dzięki temu znalazłyśmy hurtownię meblową oraz sklep. Przyznaję, miałyśmy ochotę na coś pożywnego i słodkiego, więc ucieszyłyśmy się, zwłaszcza dostrzegając odpowiadające nam godziny otwarcia.

– O, sklep. Mamy jeszcze jedzenie? – zapytała koleżanka. – Długo będziemy chodzić?

– No jeszcze trochę. Otwarty, ale to chyba nie jest spożywczy.

– A jaki?

Przyjrzałyśmy się bliżej. Asortyment przedstawiony na pobliskiej tabliczce sugerował, że sprzedają tam sprzęty związane z ochroną przeciwpożarową, a te na szczęście nie były nam w tamtej chwili potrzebne. Powędrowałyśmy więc dalej, znajdując na Żmudzkiej przykuwający uwagę ogród pełen figurek i przychodnię weterynaryjną. Przy jednej z ostatnich posesji przed skrzyżowaniem, na chodniku dopatrzyłyśmy się okularów. Ich ułożenie „na stojąco” sugerowało, że raczej ktoś je tam położył niż że komuś mogły wypaść.

Zaintrygowane widniejącą w oddali wieżą, spojrzałyśmy na mapę i stwierdziłyśmy, że mamy duże szanse znaleźć ten obiekt jeszcze tego samego dnia. Zatem nie zwlekając skręciłyśmy w lewo, w Sieradzką i dość szybko znalazłyśmy się ponownie na Łowickiej, mijając po drodze tylko kilka domów i szklarni, gabinet kosmetyczny oraz gabinet podologa z salonem masażu. Spodobała mi się reklama ze zdjęciem kamyczków ustawionych na kształt stóp.

Na Łowickiej skierowałyśmy się w prawo. Zauważyłyśmy, że znak ograniczenia prędkości dawniej informował o podziale drogi na tę dla rowerów i ścieżkę dla pieszych. Mimo nowej nalepki na tarczy wciąż pozostał ślad poprzedniej. Spędziłyśmy również moment przy rzeczce przepływającej pod drogą, bo na brzegu zobaczyłyśmy kamienie… w siatce. Dalej znalazłyśmy budynek Centrum Kultury w Gdyni.

Dotarłyśmy do skrzyżowania. Ruszyłyśmy w Wieluńską, gdzie odnotowałyśmy jedynie firmy związane z reklamą i z chłodnictwem. Następnie przeszłyśmy przez Sandomierską ku Bielskiej. Tam zaciekawiły nas schody przylegające do wysokiego domu. Uznałyśmy brak barierek za niebezpieczny. W obrębie innej posesji spodobały mi się balustrady balkonów. Nieopodal jeden z mieszkańców piłował drewno. Był to dla mnie jeden z dźwięków kojarzących się z dzieciństwem.

Zauważyłam też ciekawą zależność. Podczas zwiedzania Gdyni coraz częściej z wózkami widywałam nie mamy maluszków, ale tatusiów. Kolejny przykład spacerował przed nami, gdy weszłyśmy ponownie na Łowicką. Lekko się cofnęłyśmy, mając zamiar skręcić za moment w dalszy ciąg Wieluńskiej. Przy tej okazji znalazłyśmy reklamowaną kawałek wcześniej aptekę, jak również poszukiwany od pewnego czasu sklep spożywczy. Gdy weszłyśmy do środka, nasze zmarznięte ciałka otuliła kołderka ciepłego powietrza. Skuszone bogatym asortymentem słodyczy, zastanawiałyśmy się dłuższą chwilę. Prócz dodających energii czekoladowych batoników kupiłyśmy jeszcze żelki. Wzięłyśmy zarówno takie w formie zrolowanej tasiemki, o kwaśnym smaku, jak i zapakowane pojedynczo żelki w kształcie hamburgera. Nie widziałam ich od lat dziecięcych! Widząc mój entuzjazm, pani pozwoliła mi nawet zrobić zdjęcie owych smakołyków położonych na sklepowej ladzie. Ekspedientka generalnie była bardzo miła i rozmawiała z nami, tworząc bardzo sympatyczną atmosferę.

Wyszłyśmy stamtąd w doskonałych humorach i żwawo ruszyłyśmy Wieluńską. Posilanie się zaczęłyśmy od żelkowego hamburgera. Stwierdziłyśmy, że tworzyły go trzy połączone żelki: góra bułki, sałata z sosem, mięso ze spodem bułki. Wzięłyśmy się za kolejne przysmaki, obserwując również bacznie przestrzeń dookoła. Minęłyśmy bibliotekę. Przy posesji numer 22 zobaczyłyśmy kamień, na którym przyczepiono metalowe cyferki tworzące tę właśnie, moją ulubioną liczbę. W jednym z ogrodów studzienki pilnował gipsowy żółw, co również nie mogło ujść naszej uwadze. Minęłyśmy Lipnowską. Dalej rzuciłyśmy okiem na przebiegającego drogą smukłego kota i poruszane tylko lekko wiatrem kwiaty, które uznałyśmy za „patriotyczne” z racji biało-czerwonej barwy.

Mniej więcej na wysokości Radomskiej znajdowała się ścieżka, która prowadziła do mostku przez rzekę Kaczą. Mocując się z kwaśnym żelkiem w kształcie zwiniętej tasiemki, doszłyśmy do pewnej konkluzji:

– To by mogło być na patyku – zaproponowała koleżanka.

– Albo mieć podajnik jak taśma klejąca – zasugerowałam.

– Papier toaletowy.

– Taśma klejąca jednak brzmi smaczniej.

Wędrowałyśmy za dwoma chłopcami, którzy prawdopodobnie podążali na pobliskie boisko. Niemal przy Łęczyckiej znajdował się jeszcze plac zabaw. Skręciłyśmy w prawo i moją uwagę już na starcie przykuł piękny bluszcz. Ustawiłyśmy się do wspólnego zdjęcia, przy którego wykonaniu miałyśmy, jak to zwykle bywa, masę śmiechu.

Na dalszym odcinku Łęczyckiej naszą uwagę zaczęły już zwracać domy, a szczególnie jeden pokaźnych rozmiarów. Doszłyśmy do wniosku, że gra The Sims (oczywiście z przymrużeniem oka) może być wyznacznikiem wiedzy o współczesnych nurtach w światowej architekturze. Niemniej jednak budynek przypadł nam do gustu. Przyglądając mu się z uwagą, zauważyłyśmy na dachu dwa ptaki i obserwowałyśmy je tak długo, aż się poruszyły, by nabrać pewności, że były to żywe stworzenia.

Skręciłyśmy w Kaliską. Zaglądając z niej w Radomską, wypatrzyłyśmy warsztat samochodowy. Idąc dalej, znalazłyśmy warzywniak i sklep ogrodniczo-przemysłowy. Minęłyśmy Lipnowską i dotarłyśmy do wspominanej wcześniej apteki.

Ruszyłyśmy w lewo, a po chwili ponownie w lewo w Piotrkowską. Zobaczyłyśmy tam sklep spożywczy, a także dom z trzema balkonami, z których każdy był inny. Równie intrygująca była balustrada przy schodach jednego z budynków po przeciwnej stronie drogi. Nieopodal zobaczyłyśmy drobne drzewko:

– Znowu jakieś owocki – zauważyła koleżanka.

– To jest na Boże Narodzenie – rzuciłam, szukając w głowie nazwy. – Ostrokrzew!

Kawałek dalej ujrzałyśmy przechyloną bramkę z drucianym ogrodzeniem, które oddzielały od ulicy jedynie zostawioną samą sobie gęstwinę. Mimo wszystko miejsce mnie zaintrygowało – skłaniało do poznania jego historii lub wymyślenia własnego scenariusza. Dlaczego posesję tak zaniedbano? Co stało się z jej właścicielami? Czy kiedyś stał tam jeszcze jakiś budynek? Tym razem nie było nam dane uzyskać odpowiedzi.

Za skrzyżowaniem z Radomską zobaczyłyśmy auto z przyczepionym serduszkiem z farb witrażowych, a chwilę później – warsztat samochodowy. Pokonałyśmy ostatni odcinek Łęczyckiej, zbliżając się tym samym do skraju lasu. Ruszyłyśmy Olkuską. Na tym odcinku najciekawsze okazały się druciane stelaże pod kopułę szklarni. Ponadto nie zobaczyłyśmy nic szczególnego – po prawej stały domy, po lewej rozciągał się las. Wydawało się, że będzie to dość monotonny etap. Do czasu. W pewnej chwili spoglądając w lewo, dostrzegłyśmy schodki, prowadzące do drzewa. Zaczęłyśmy się też uważniej przyglądać furtkom, a jedna z nich prezentowała całkiem ciekawy wzór wiewiórki z orzeszkiem. Z kolei zadaszenie nad drzwiami kolejnej posesji ozdobiono sylwetkami ptaszków.

Wkrótce skręciłyśmy w Lipnowską.

– O Matko Boska – zawołałam w kontekście jakiejś prywatnej dyskusji z koleżanką, nadużywając tego dnia znacząco zwrotów „o matko” i „matko jedyna”. – Częstochowska – odczytałam nazwę kolejnej ulicy, co płynnie zlało się z moimi wcześniejszymi słowami.

Na Częstochowskiej skręciłyśmy w lewo. Zobaczyłyśmy uroczy, dziecięcy rowerek w kolorze (a jakże!) różowym oraz rzucony na ulicę kołek, który swoim kształtem przypominał grzybka. Chwilę później znalazłyśmy się na kolejnym skrzyżowaniu i podążyłyśmy w lewo, ku malowniczo wyglądającemu wiaduktowi. Okalały go drzewa w jesiennych barwach. Stanęłam do zdjęcia, ale wykonanie go nie było zadaniem łatwym, bo za wiaduktem co rusz przejeżdżali rowerzyści i pojawiło się również kilku pieszych. Ponadto, aby objąć całość, należało stanąć dość daleko, po drugiej stronie drogi, co niosło ze sobą ryzyko łapania w kadr przejeżdżających aut.

Na dalszym odcinku Olkuskiej ustawiono tyłem do drogi ławkę. Jak gdyby ktoś chciał popatrzeć sobie na las i udawać, że za nim nie ma wcale drogi i cywilizacji. Dalej znajdowała się ławka zwrócona ku ulicy, a nieopodal wybudowano schodki. Koleżanka przysiadła i określiła swoje siedzisko „ławką z prywatnym krzaczkiem”, gdyż maleńki krzew rósł w jej sąsiedztwie. Za to w pobliżu nie było żadnego śmietnika, co dało komuś argument do wyrzucenia na drodze listy zakupów: bagietki, pomidorów, alkoholu (z wahaniem) i składników na ciasto.

Ziąb nie psuł nam humorów, ale dawał się we znaki naszym nosom. Katar nieco przeszkadzał nam obu, więc koleżanka zasugerowała:

– To co, robimy sobie przerwę dla smarkaczy?

Chwilę później, swobodnie oddychając chłodnym, jesiennym powietrzem, minęłyśmy warsztat samochodowy i sklep z tkaninami. Zajrzałyśmy w ulicę Siedlecką. Idąc dalej, dotarłyśmy do większego skrzyżowania, z Sandomierską. Znajdował się tam salon sukien ślubnych. Poczekałyśmy, aż ruch samochodowy ustanie i przeszłyśmy ku Przemyskiej. Pierwsze budynki skojarzyły mi się z podłużnymi zabudowaniami lęborskiej ulicy Emilii Plater, na odcinku bliżej ulicy Traugutta. Dalej ujrzałyśmy „śmietnik podwójnej kontemplacji”, jak określiłyśmy kosz okolony dwiema ławkami, a także siłownię na powietrzu, plac zabaw i dojazd do ogródków działkowych.

Cofnęłyśmy się do skrzyżowania i ruszyłyśmy lekko w górę Halicką. W ten sposób odkryłyśmy wieżę, którą widziałyśmy wcześniej tylko z oddali. Znajdowała się na terenie kościelnym, ale nie przylegała do kościoła Chrystusa Króla, lecz stanowiła odrębny twór. Domyślałyśmy się jedynie, że mogła kryć dzwonnicę. Oprócz samej wieży w pobliżu świątyni znajdował się krzyż, do którego wiodła odrębna ścieżka. Była też dróżka prowadząca do figury Maryi.

– Jest Matka Boska – zauważyła koleżanka, nawiązując do mojego „zwrotu dnia”. – Możemy podać jej rękę.

Rzeczywiście postać miała wyciągniętą dłoń.

– Nie wiem, czy wypada robić sobie zdjęcie z Matką Boską.

– Takie tam z Maryją – rzuciła koleżanka tekstem rodem z internetu. – I wiesz na czym ona stoi? Na schodkach – dodała.

Podeszłyśmy także bliżej samego kościoła, gdzie we wpukleniu ściany znajdował się posąg Chrystusa z królewskimi atrybutami – berłem, jabłkiem i koroną.

– Wiesz, że ten Jezus jest podświetlany na noc? – zapytała koleżanka, dostrzegając światła pod figurą.

Opuściłyśmy teren kościelny i zajrzałyśmy w ulicę, która na mojej mapce nie miała podpisu. Okazało się, że jej patronem został zmarły w 2012 roku biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga. Nazwisko nie było mi obce, bo mój rodzinny Lębork podlegał diecezji pelplińskiej. Jednak dopiero pisząc ten rozdział, odkryłam, że biskup urodził się w Gdyni. Przez ulicę jego imienia doszłyśmy do Szkoły Podstawowej Nr 13.

Skręciłyśmy na Halickiej w prawo i szłyśmy właściwie do jej końca, aż natrafiłyśmy na piaskową drogę wiodącą w lewo. Podążałyśmy nią, aż zobaczyłyśmy zejście ku normalnej ulicy. Co prawda przedarłyśmy się przez rozrzedzone w tym miejscu kępy wysokich traw, ale w przeciwnym razie dalsza droga nie wyglądałaby szczególnie perspektywicznie. Wędrując dalej, natrafiłyśmy na skrzyżowanie z Bądkowskiego. Same prawdopodobnie stąpałyśmy Przemyską. Po naszej prawej rozciągały się ogródki działkowe, a jeden z nich nazwano „Kocim gajem”.

Doszłyśmy do ulicy Lotników, wzdłuż której biegły ekrany akustyczne. Szybko skręciłyśmy w Sanocką. Początkowo biegła lekko w górę, za łukiem drogi proponując jednak chodnik w formie schodków w dół. Zawróciłyśmy ulicą Krośnieńską, obserwując przy okazji dom przypominający kolorystyką ciastko wuzetkę, wjazd na ulicę Skolską oraz jakiś mały zakład związany z motoryzacją, przed którym stały dwa quady.

Dalszy odcinek Lotników zapraszał jeszcze na niepozorną ulicę Rungurską, jednak nie dałyśmy się skusić tej propozycji i nawet odczytanie nazwy ulicy z jedynej tabliczki sprawiło nam niemały kłopot. Wreszcie ekrany akustyczne się skończyły, a my dotarłyśmy do dużego i skomplikowanego skrzyżowania. Ostatecznie podążyłyśmy ulicą Stryjską.

Zaglądałyśmy w boczne odnogi głównej ulicy, ale docelowo kierowałyśmy się do Ciapkowa. Schronisko znajdowało się na początku ulicy Małokackiej. Najpierw minęłyśmy kilka firm budowlanych i motoryzacyjnych. Pośród nich znalazł się także sklep z lampami i żyrandolami. Za wiaduktem rozciągał się gmach Stadionu Miejskiego. Naprzeciwko niego zobaczyłyśmy klinikę weterynaryjną i sklep zoologiczny. Przylegały do budynku Powiatowego Inspektoratu Weterynarii i Schroniska „Ciapkowo”. Weszłyśmy do środka, gdzie jedna z pań udzieliła nam informacji o stanie zdrowia Gwoździka. Zapytałam ją również o warunki ewentualnej adopcji. Wiedziałam, że los kociaka nie jest mi obojętny, a jednocześnie był zwierzakiem „szczególnej troski” i obawiałam się, czy potrafiłabym zapewnić mu wystarczającą opiekę. Tymczasem jednak Gwoździk dopiero został poddany leczeniu i było wiadomo, że zajmie to jeszcze sporo czasu. [Ostatecznie Gwoździk nie został oddany do adopcji, lecz przygarnął go jeden z weterynarzy. Głęboko wierzę, że dzięki temu kociak zyskał dożywotnio najbardziej profesjonalną opiekę pod Słońcem 🙂 ]

Wyszłam ze schroniska pełna sprzecznych myśli. Wraz z koleżanką powędrowałyśmy ulicą Olimpijską wzdłuż stadionu. Na drugim końcu drogi znajdował się Inkubator Przedsiębiorczości, a w jego budynku umieszczono również restaurację. Uznałyśmy, że z całą pewnością znajdziemy tam łazienkę, a w lokalu gastronomicznym na pewno będzie możliwość wypicia ciepłej herbaty, a być może także posilenia się czymś pożywnym.

Już pan ochroniarz okazał się niezmiernie miły, a im dłużej przebywałyśmy wewnątrz, tym więcej serdeczności nam okazywano. Obsługę restauracji On Off (a co, należy im się reklama!) również określiłabym jako fachową i sympatyczną. Co prawda znalazłyśmy kilka śmiesznych zbitek słów w menu (typu „zdekonstruowana mizeria”), ale nasze dania były smaczne, ciepłe i sycące. Czas oczekiwania umiliła całkiem zgrabnie dobrana muzyka – rozpoznałam kilku swoich ulubionych artystów. Nic dodać, nic ująć. Przez ulicę Sportową, przez którą zajrzałyśmy w Górskiego oraz przy której obserwowałyśmy żwawo biegających za piłką młodzików i ciekawe graffiti pod wiaduktem (był nawet żółw!), trafiłyśmy na Łużycką. Mijając stację paliw oraz siedziby różnorodnych firm, w tym budowlanych i motoryzacyjnych, szybkim tempem skierowałyśmy się ku SKM Gdynia Redłowo i zdążyłyśmy na ostatni satysfakcjonujący nas obie pociąg powrotny.

Zainteresował Cię ten wpis? Więcej zapisków z Gdyni znajdziesz <tutaj>

1 thought on “Gdynia Mały Kack – świetne towarzystwo gwarantem uśmiechu!

  1. Michał says:

    Otwór w szczycie budynku wygląda mi na inspirację architekturą romańską, gotycką lub islamu, a dokładnie przeźroczem. 🙂 Tylko jakoś dziwnie, że jest jeden.

    Krzywe jabłonki przypominają mi krzywy las nad dolną Odrą w powiecie gryfińskim, który chciałbym kiedyś zobaczyć. 😉 Podobno sosny nad Odrą uprawiano celowo zakrzywione, więc może i jabłonki też. Na pewno na Twoim spacerze bym na nie zwrócił uwagę.

    Podglądane przez Was osiedle nosi nazwę Kamerata i ukończono je chyba w 2018 r. Ja sam też poszukuję otworów w ogrodzeniach placów budowy, czasem robię zdjęcia w ten sposób. 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *