Ostatnio spacerowaliśmy po jednej stronie alei Jana Pawła II. W rzeczywistości już wtedy szybko zapadał zmrok, podzieliliśmy więc spacer na dwie części i chciałabym dziś pokazać Wam kolejną dziesiątkę malunków, właśnie z tej drugiej wycieczki.
Przyznam szczerze, że o ile pogoda sprzyjała podczas pierwszej wędrówki, o tyle podczas drugiej przyniosła nam niskie temperatury, ulewne deszcze, a nawet… grad. Najgorszy moment przeczekaliśmy na klatce jednego z bloków. Poza tym chodziliśmy prawie cały czas zakapturzeni lub pod parasolem. Nie było łatwo. Niemal każdy by odpuścił i poszedł zwyczajnie innego dnia. Tylko niestety, my nie mieliśmy takiego wspólnego innego dnia w naszych przeładowanych wówczas harmonogramach. A że kolega nie takie zjawiska pogodowe przeżywał w mojej obecności i żadne deszcze mu niestraszne, nawet się nie zawahał. Co ciekawe, po drodze spotkaliśmy jeszcze inną moją koleżankę, która brała udział w pierwszym projekcie, ale szybko obie zrozumiałyśmy, że nie podziela moich zapędów do ekstremalnych czasem wycieczek. I chyba nawet nieszczególnie ją zdziwiło, że pomimo złej pogody kręcę się po mieście.

Spotkania z ludźmi są naprawdę jednym z najciekawszych aspektów moich wycieczek. Raz, że towarzyszą mi ciekawi ludzie, a rozmowy podczas spacerów nierzadko są głębsze niż w innych okolicznościach. Dwa, że zdarza się przy tej okazji poznać kogoś nowego albo przynajmniej wymienić kilka zdań. Na pierwszym spacerze zagadał nas starszy pan, ciekawy, czy i jak próbujemy interpretować lokalną sztukę. Na drugim spacerze młody mężczyzna z dumą podkreślił, jakie wrażenie robią na nim (i był pewny, że na nas także) te murale. Jadąc na Zaspę drugi raz w ramach tej inicjatywy, poznałam w tramwaju młodego pana, który wysiadał tam gdzie ja, a nawet użyczył mi parasola, gdy staliśmy razem na światłach, póki nie wyciągnęłam swojego. Oczywiście szybko wygadałam się, że te buty terenowe na moich nogach, na które zwrócił uwagę w kontraście do swoich, to nie kwestia przewidywania pogody, ale planów spacerowych. Zainteresowało go to na tyle, że spytał nawet o nazwę mojej strony na Facebooku. I polubił! To było niezmiernie miłe 🙂

Przejdźmy jednak do sedna sprawy. Na początek…
Mural nr 47 (ul. Pilotów 6)
Podpisane przez mojego kolegę jako smok z gitarą. No właśnie, stwór mógłby podlegać pod niejeden gatunek, bo głowa jednoznacznie kojarzy mi się ze świnią, nawet pomimo kanciastej szczęki. Kratka w ubiorze przywodzi mi na myśl Szkocję. Jedyne, co do czego jesteśmy zgodni, to na pewno ta gitara. Obydwoje z kolegą mieliśmy jakieś gitarowe epizody w swoim życiu. Nie wykluczam, że jeszcze wrócę do tematu, Dolores wciąż stoi w kąciku i cierpliwie czeka na swoją kolej w natłoku spraw 😉

Może nie do końca mural, ale nawet na murach XV Liceum Ogólnokształcącego znajdziemy graffiti. Uważam, że to doskonale wkomponowuje się w zamysł dzielnicy. Prezentuję na tym zdjęciu tylko wycinek, dalej można znaleźć kraje, które przystąpiły do Unii Europejskiej.

Mural nr 20 (ul. Pilotów 6)
Według kolegi – anonimowy pilot. Dla mnie – jest w tej postaci coś bajkowego. Jakby okrywała ją peleryna z magicznym pyłem. Jakby była jednym bohaterem, ale przechodziła z książki do książki. I nie wiedzieć czemu, nie mogę się wyzbyć wrażenia, że dłonią trzyma nie pasek, ale książkę właśnie…

Mural nr 35 (ul. Pilotów 10)
Zielony podwodny świat. Tak naprawdę tego graffiti nie da się oddać jednym kadrem. Szczególnie u szczytu znajduje się taka mnogość detali, że nie da się przejść obok niego bezrefleksyjnie. Spodobało mi się też, że w jego obrębie widniało sporo fauny. Jako biolog doceniłam obecne tu słonie czy wieloryba.

Mural nr 32 (ul. Pilotów 14)
W tym pozornym chaosie i nagromadzeniu postaci jest jednak coś intrygującego. Zastanowiło mnie, czy ktoś kiedyś podjął się zliczenia, z iloma bohaterami mamy do czynienia.

Mural nr 11 (ul. Pilotów 13)
Mam takie odczucie, że ten malunek nie ma jednej płaszczyzny. Postacie są różnych rozmiarów i jakby z różnych wymiarów, jakby nie były „z jednej bajki”. Tak naprawdę trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedna przestrzeń, a gdzie zaczyna inna. I może w tym jego urok, że jest takim wyzwaniem w interpretacji.

Mural nr 23 (ul. Pilotów 18)
Ten mural, chociaż z pozoru prosty, może nieco fantastyczny, skłania jednak do refleksji nad przyszłością. Jaka będzie? Czy zewsząd otoczą nas maszyny? Jacy my będziemy? Czy zatracimy swoje człowieczeństwo? Czy w ogóle przybysze z przyszłości chcieliby się cofać do naszych czasów? I gdyby było to możliwe, jaki mieliby w tym cel. Osobiście nie jestem fanką science-fiction, ale podoba mi się wyważona estetyka tego malunku.

Mural nr 3 (ul. Pilotów 16)
Malunek przedstawia malarkę Tamarę Łempicką. Jednak gdy widzę kobietę powiązaną z lotnictwem, kojarzy mi się momentalnie Amelia Earhart. I przypominają mi się dwie rzeczy na jej temat. Raz, że zaginęła w nieznanych okolicznościach i jedna z teorii brzmiała, że zjadł ją krab palmowy, jeden z największych skorupiaków świata. Dwa, że to nazwisko od razu otwiera mi w głowie muzyczną szufladkę z czasów nastoletnich, kiedy to po raz pierwszy usłyszałam w filmie „Szkoła uczuć” piosenkę „Someday we’ll know”. Znacie?

Mural nr 15 (ul. Pilotów 18)
Trochę kojarzy mi się ten obraz z widniejącym kilka kadrów wyżej muralem nr 32. A jednak ta przejrzystość urzeka mnie bardziej, pozwalając docenić nie tylko całokształt, ale także każdy element z osobna. A te elementy kojarzą mi się z rozrzuconymi pluszowymi zabawkami i budzą skojarzenia z latami dzieciństwa. Tak po prostu.

Mural nr 6 (ul. Pilotów 20)
Widniejąca tu akcja poszukiwawcza prowokuje mnie do jednej myśli: czy nie jest czasem tak, że nawet szukając tego samego, ludzie zabierają się do tego w zupełnie inny sposób albo prowadzą swoje poszukiwania w różnych miejscach?
Tym refleksyjnym akcentem chciałabym zakończyć drugą część miniserii dotyczącej gdańskich murali. A już w najbliższy wtorek zapraszam do przeczytania ostatniego wpisu, w którym zamierzam zachwycać się malunkiem, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia i który wciąż darzę tymi samymi uczuciami co w 2015 roku. Jesteście ciekawi?
