Chełm #1 spotkania z historią w towarzystwie i w pojedynkę

Przy okazji zwiedzania kolejnej dzielnicy podzieliłam ją sobie na dwie części i zaprosiłam do współpracy dwóch kolegów. Z jednym z nich (stronę Kordiana znajdziecie tutaj) rzeczywiście udało się przejść wspólnie część zaplanowanej trasy, a przy okazji nagadać się i podzielić różnymi ciekawostkami, bo znaliśmy się z kursu przewodnickiego.

Wysiedliśmy z tramwaju przy alei Armii Krajowej, wspięliśmy się na wiadukt i rozpoczęliśmy wędrówkę u zbiegu ulic Biegańskiego, Odrzańskiej i Lubuskiej, wybierając na początek tę ostatnią. Droga była brukowana i biegła wzdłuż domów jednorodzinnych. Nie odbijaliśmy póki co w boczne drogi, ale zerkałam na mapę dla pewności, jaka trasa byłaby optymalna. To nie uszło uwadze pewnego pana i nie omieszkał nas zagadać na skrzyżowaniu Lubuskiej i Stoczniowców:

– Czegoś szukacie?

– Nie, nie. Wędrujemy ulicę po ulicy – odpowiedziałam.

Chwilę później pan ruszył z miejsca, a my zobaczyliśmy zatrzymujące się przy nim auto. Kierowca zapytał o drogę, a pan zaczął tłumaczyć.

– Pan się czuł bardzo potrzebny – zauważyłam.

Kolejne skrzyżowanie wieńczyło Lubuską i dawało do wyboru dwie opcje. Jako pierwszą postanowiliśmy odwiedzić ulicę Pohulanka. Przeszliśmy drogą powyżej zabudowanej zabudową mieszkalną niecki. Coś majaczyło mi w głowie, więc zapytałam Kordiana:

– To tutaj była ta ostatnia egzekucja? – miałam na myśli powieszenie oprawców ze Stutthofu, a Kordian na tle wszystkich ludzi, których znam, wybijał się ze swoją wiedzą na temat tego hitlerowskiego obozu.

– Chciałem Ci właśnie o tym powiedzieć. To musiało być za tą zabudową na górce. Niedługo później trafiliśmy na Kolonię Postęp. Część zabudowy przypominała bardziej ogródki niż posesje jednorodzinne. Dalej weszliśmy kawałek w ulicę Kolonia Przyszłość, póki nie powstrzymała nas brama z zakazem wjazdu, bo teren należał do policji i laboratorium kryminalistycznego.

Stamtąd przeszliśmy na ulicę Kolonia Studentów. W okolicy obszernego boiska zajrzeliśmy między ogródki działkowe. Od razu przypomniał mi się spacer tędy sprzed kilku lat. Wówczas jednak nie widziałam tablicy historycznej, dzięki której dowiedziałam się, że tereny poforteczne zagospodarowano na cele sportowe w okresie II Wolnego Miasta Gdańska i były wykorzystywane m.in. przez gdańską Polonię.

Wyszliśmy na tyłach ulicy Zielonogórskiej, a z niej w Stoczniowców. Niedługo później odwiedziliśmy ulicę Dokerów, ale wróciliśmy do „głównej”, bo chciałam zobaczyć cmentarz żydowski. Tak naprawdę po sąsiedzku znajdowały się dwie nekropolie, przedzielone ulicą Cmentarną, którą także odwiedziliśmy, ostatecznie jednak z niej zawracając. Kordian uraczył mnie kilkoma ciekawostkami w temacie Cmentarza Salwator Nowy. Dowiedziałam się m.in., że został tu pochowany bokser Aleksy Antkiewicz, który był pierwszym polskim medalistą olimpijskim po wojnie.

Tymczasem ja podzieliłam się z Kordianem wspomnieniami ze spaceru pod koniec kursu przewodnickiego, na którym go nie było. Odbywał się niedługo przed egzaminami i przeszliśmy się wówczas od Świętego Wojciecha do centrum, w okolice Forum. W związku z tym wchodziliśmy wówczas na cmentarz od drugiej strony, a tędy wychodziliśmy. Teraz próbowałam obrać odwrotny kierunek, mój towarzysz dzielnie przebijał się przez chaszcze, ale niestety obiekt (większy nagrobek, kojarzyłam, że może był związany z rabinem?), który chciałam mu pokazać albo już nie istniał, albo mnie zawiodła orientacja, dlatego zawróciliśmy, postanawiając podejść od drugiej strony przez Reformacką i chociaż przyjrzeć się macewom.

– To jest bardziej cywilizowana droga – podsumował sugestię mój towarzysz.

– Kto by pomyślał, że pokona mnie cmentarz żydowski.

– Klątwa rabina – zażartował.

Pamiętałam jeszcze, jak na kursie opowiadano nam, że cmentarz przetrwał okres wojny tylko dlatego, że w umowie między hitlerowcami a Żydami zapisano, iż poświęcają Wielką Synagogę (czego i tak chyba nie dałoby się uniknąć, bo znajdowała się zbyt na widoku), ale cmentarz przez 10 lat trwania umowy byłby nietykalny. W 1948 roku hitlerowców już w Gdańsku nie było, a nekropolia ocalała, choć została miejscami mocno zaniedbana. Zaciekawiło mnie również, że tablica informacyjna nie była po polsku, ale po angielsku i po hebrajsku, podobnie na górze, o czym mieliśmy się przekonać niedługo.

Przez Reformacką doszliśmy do drugiego wejścia na cmentarz żydowski i mogliśmy tutaj obejrzeć kilkadziesiąt lepiej lub słabiej zachowanych macew. Podczas przewodnickiego spaceru usłyszałam, że w przeciwieństwie do nagrobków katolickich, zmarli byli chowani za płytą, a nie przed. Starając się o tym pamiętać, przeszłam się pośród macew, schodząc też lekko niżej.

Ostatecznie wyszliśmy znów ku zabudowie mieszkalnej. Według mapy i rozpiski ulic ta powinna mieć za patrona Browicza. Jednak na budynkach zobaczyłam już adres Bitwy pod Lenino. To było o tyle ciekawe, że na mapach Google jedna z nazw płynnie zmieniała się w drugą, choć na początku pierwszej budynki miały adres tej drugiej. Pomieszanie z poplątaniem. Ale i tu usłyszałam ciekawostkę z ust mojego kompana. Widząc budynek o żółtym dachu, i podekscytowana nazwą spółdzielni mieszkaniowej Elektron, dowiedziałam się jeszcze, że tak w grece nazywano bursztyn i stąd potem wzięła się nazwa tego elementu budowy atomu.

Klarowniej zrobiło się dalej. Weszliśmy w zawijającą ulicę Biernackiego, która płynnie doprowadziła nas ku ulicy Lotników Polskich. Moją uwagę zwróciła multinumeracja pojedynczych budynków, tzn. technicznie rzecz ujmując jeden budynek mieścił w sobie aż 4 numery bloków. Nie była to sytuacja wyjątkowa na mapie miasta, a nawet dzielnicy, a jednak zawsze mnie to ciekawiło.

Kolejną na naszej trasie była Łużycka. Gdy skręciliśmy na niej w prawo, dotarliśmy do skwerku przy ulicy Styp-Rekowskiego, którą do nazwę ulica uzyskała parę lat temu w wyniku tzw. dekomunizacji. Zielona połać miała fajny potencjał, aczkolwiek tablice zostały zniszczone. Jeśli nie myliła mnie pamięć, dotyczyły właśnie dzielnicy. Na tym wydzielonym terenie znalazły się jeszcze ławeczki, gdzie można było przysiąść.

My jednak ruszyliśmy dalej ulicą Wronki, gdzie minęliśmy budynek Szkoły Podstawowej nr 47, po czym dotarliśmy do tej ulicy, na której patrona czekałam. Nie mogłam się doczekać z zapozowaniem z tabliczką „Hirszfelda”, a i mój towarzysz zwrócił uwagę, że mamy tu do czynienia z „kluczem lekarskim”, bo do tego grona należał także Browicz, o czym akurat nie wiedziałam i Rydygier, którego ulica leżała po sąsiedzku. Dla mnie jako biologa szczególnie interesująca była tematyka grup krwi i ich dziedziczenia, a między innymi temu poświęcił się Hirszfeld. Z wprowadzonego przez niego układu AB0 korzystamy do dziś w wielu krajach na świecie, w tym w Polsce, a on sam był nawet nominowany do Nagrody Nobla za rozwikłanie zagadki konfliktu serologicznego.

Prócz obejrzenia wspomnianej ulicy Rydygiera przyszedł czas na ciąg dalszy ulicy Wronki. Dotarliśmy w ten sposób do kościoła pw. Podwyższenia Krzyża Św. Przez przeszklony przedsionek zajrzeliśmy do środka świątyni. Osobiście bardziej zaintrygowana byłam zamurowanym bocznym wejściem, które zwróciło moją uwagę, gdy spacerowaliśmy po terenie przy kościele. Po obejrzeniu obu wspomnianych ulic na naszym celowniku znalazła się Odrzańska. Natrafiliśmy tam na graffiti Lechii.

Dotarliśmy do naszego punktu startu, gdzie tym razem odbiliśmy w Biegańskiego. Przy tej okazji dowiedziałam się od Kordiana, że na Srebrzysku jest również kwatera profesorska i prócz Biegańskiego, który do tego grona należał, spoczywają tam m.in. Kieturakis, Puzyna (co było nawiązaniem do wycieczki po Krynicy Morskiej, gdyż zaprojektował on tamtejszą latarnię morską w jej powojennym kształcie), Michalak, Tylewski, Balcerski czy Głębocki (astrofizyk, rektor Uniwersytetu Gdańskiego).

Ulica wiodła w pobliżu alei Armii Krajowej i linii tramwajowej i w kontraście do nich wydawała się nader spokojna. Po przeciwnej stronie mijaliśmy parkingi i blokowiska, a potem pojawiły się jeszcze sklepy. Weszliśmy między budynki, gdy zaczęła się na nich pojawiać nazwa Chałubińskiego, a dokładniej przy numerze 22. Po drodze wypatrzyliśmy przedszkole z placem zabaw pośród zieleni, siłownię pod chmurką, a także kolejne graffiti lokalnej drużyny piłkarskiej.

Wkrótce znaleźliśmy się znów przy ulicy Styp-Rekowskiego, a dokładniej na rondzie im. Anny Piaseckiej. Naszym oczom ukazał się charakterystyczny budynek z arkadami, aczkolwiek my skręciliśmy w ulicę Worcella, kolejną z „multinumeracją”. Poza zabudową mieszkalną minęliśmy także warzywniak.

Ciekawostkę usłyszałam na wysokości ulicy Grabowskiego. Otóż drobna uliczna naprzeciw ponoć nosiła kiedyś nazwę Fleminga, co upamiętniałoby kolejnego ważnego naukowca i mile połechtałoby moje biologiczne serduszko, ale obecnie odnoga chyba nie miała odrębnej tożsamości, choć dawało się dostrzec starą nazwę jeszcze na mapach z lat 80.

Tymczasem odwiedziliśmy jeszcze ulicę Grabowskiego, zadzierając na moment głowy do góry, by popatrzeć na przelatujący samolot, a ostatecznie zawracając. Przy skrzyżowaniu z Worcella mieścił się ładny, malutki budynek, który okazał się być dwujęzycznym przedszkolem i niepubliczną szkołą podstawową w jednym.

Wyszliśmy na Cienistą, gdzie swój bieg kończył (lub zmieniając perspektywę, zaczynał) autobus linii 227. Jednocześnie ów punkt był naszym ostatnim wspólnym punktem tego dnia. Kordian wracał ku centrum, ja miałam zamiar poświęcić jeszcze trochę czasu kilku następnym ulicom. Poczekałam na jego autobus, przy okazji podjadając, po czym każde udało się w obranym kierunku.

Idąc w dół Cienistej, natrafiłam na całkiem sporo ciekawych graffiti. Jedne ewidentnie były nowsze i wyglądały na inicjatywę prywatną, może reklamową. Dominowały tam motywy gdańsko-morskie. Drugą kategorię malunków stanowiły takie, które wyglądały na stworzone przez młodzież i raczej z jakiejś większej inicjatywy. Spójnikiem wszystkich prac była „wolność”, a dodatkowo dopatrzyłam się tam daty: 2010 rok.

Szłam aż do tabliczki informującej, że dalej mieści się kolejna dzielnica: Orunia – Św. Wojciech – Lipce. Wówczas odbiłam w ulicę Kolonia Anielinki. Zawsze podobała mi się ta nazwa. I zawsze intrygował mnie obiekt, który mieścił się wyżej, bo droga biegła w górę. Był to Szaniec Jezuicki, a więc obiekt fortyfikacyjny, w klimacie Góry Gradowej i Biskupiej Górki, a zatem idealnie wpisujący się w moje gusta. Spędziłam zatem dłuższą chwilę, fotografując go niemal z każdej perspektywy i niezmiernie żałując, że nie można ot tak wejść do środka. Zobaczenie go wewnątrz, to byłoby coś!

Wokół obiektu biegła wspomniana ulica i stały tam domy mieszkalne. Moja obecność została zauważona przez jednego z mieszkańców, który nosił jakieś pudła z synem, na oko w wieku studenckim i zagadał chłopaka:

– No zagadaj, nie wstydź się. Ostatecznie jednak bez pogaduszek i bez dalszych przygód wyszłam z ulicy Kolonia Anielinki na Zamiejską. I kierowałam się nią na południe. Zabudowa nie była gęsta, a cześć bloków należała do sąsiednich ulic.

Na początek skręciłam w Hebanowskiego. Wzdłuż drogi wydzielono teren na boisko i odgrodzono je od ulicy. Dalej mieściła się ulica Jabłońskiego, którą stopniowo kierowałam się na północ. Tutaj już zabudowa była dość gęsta. Moją uwagę zwróciły malunki na chodnikach. I te nieoficjalne, tworzone kolorową kredą, i te stworzone białą farbą po to, by utrwalić w ludziach nawyk sprzątania po swoich pupilach. Podobny klimat, choć zabudowa wydała mi się starsza, a jedynie odmalowana dla odświeżenia, panował przy ulicach Suchanka i Szopińskiego. Po ich odwiedzeniu znalazłam się na tym samym przystanku co godzinę wcześniej, bym tym razem sama dotarła do domu autobusem wspomnianej linii.

Więcej o tym projekcie poczytasz <tutaj> 🙂

Sprawdź także więcej kadrów z pierwszego i drugiego spaceru po Chełmie!

4 thoughts on “Chełm #1 spotkania z historią w towarzystwie i w pojedynkę

  1. Sungrazer says:

    Ten grobowiec na cmentarzu żydowskim (ohel) dalej tam stoi w dolnej części. Co więcej, niedawno został wysprzątany i przemalowany na brązowo-biało, ale już chyba wolałem, kiedy był pobazgrany sprejem. Teraz przypomina mocno nadgryzione czekoladowe ciasteczko. Za to na plus, że wycięto sporo chaszczy i nie trzeba już tam przedzierać się przez dżunglę.

    A i „litość to zbrodnia” xdd Lubię takie elementy humorystyczne.

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      To może jest szansa, że go odnajdę ponownie, skoro chaszczy nie ma. I dziękuję za przypomnienie nazwy 🙂

      Odpowiedz
  2. Kordian says:

    Potwierdzam to, co pisze Sungrazer. Kiedy ostatnio przechodziłem w tej okolicy, było widać, że na kirkucie było porządne koszenie. Ścięto też sporo chaszczy na „dróżce zakochanych” (termin chyba Moniki), czyli na zejściu z ławeczką z Reformackiej na Stoczniowców. Bardzo nie podobało mi się wybetonowanie dużej części parku/skweru przy rondzie Piaseckiej 🙁

    Z ulicy Browicza została właściwie tylko tabliczka, więc pewnie kiedyś nazwa zniknie ze spisu tak jak Fleminga. Były rektor UJ ma chyba solidniejszą ulicę w Słupsku.

    Poza tym fajnie było się dowiedzieć, co się wydarzyło po naszym rozstaniu 😉

    Odpowiedz
    1. Palcem po mapie, stopą po ziemi says:

      Dzięki Kordian za uzupełnienie 🙂

      Hm, szkoda, gdy ulice znikają, ale też gdy istnieją już w spisie, a jeszcze nie w terenie, tak rozczarowałam się ulicą Erwinki Barzychowskiej – niby jest w spisie, a w terenie w 2020 jeszcze nie było.

      No tak, wreszcie mogłeś poczytać, co wydarzyło się po wspólnej części naszego spaceru 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *