Ostatniego dnia w jednej z kujawskich stolic czekało nas załamanie pogody. Od weekendowych upałów i prawie 30°C zjechaliśmy do połowy tego. Dodatkowo wiał nieprzyjemny wiatr i mimo dodatkowych warstw zimno przenikało do głębi. Na te ostatnie godziny zaplanowaliśmy w sumie odwiedziny w Muzeum Mydła i Historii Brudu oraz obiad, także nic wymagającego, ale i tak okazało się, że czasu mamy aż nadto. Dlatego wpadliśmy najpierw do muzealnego sklepiku, robiąc research co do asortymentu do nabycia później oraz planując łazienkę przed samą wizytą (z hotelu już się wymeldowaliśmy). Resztę czasu przed zwiedzaniem postanowiliśmy wykorzystać na spacer znanymi już ścieżkami po najbliższej okolicy.

Przy poniedziałku na Wyspie Młyńskiej prawie nie było spacerowiczów i mogliśmy swobodnie nadrobić zdjęcie z napisem „Młyny” przy Młynach Rothera. Michał z premedytacją zaprowadził mnie do środka napisu. Najpierw musiałam skorzystać z mini ścianki wspinaczkowej. Pomiędzy literami były z kolei siatki ze sznurków, stanowiące wyzwanie nie tylko poprzez swoją ruchomość, ale również z uwagi na fakt, że gdzieniegdzie już zostały poprzecierane. Dlatego dotarłam tylko do centrum napisu, chwilę pozowałam, a następnie z asekuracją męża (szczególnie przy zejściu tyłem po ściance) cofnęłam się tą samą drogą, omijając m.in. dziecięcą zjeżdżalnię.




W samym muzeum się nam podobało, aczkolwiek poziom narracyjny był odpowiedni do naszego poziomu zmęczenia i poziomu grupy, która wchodziła z nami. Co do tego też miałam mieszane uczucia – zakupując bilet na daną godzinę, nie dostaliśmy nigdzie informacji, że gości indywidualnych łączy się z grupami szkolnymi. Tyle tylko, że podczas części warsztatowej grupa usiadła przy jednym stole (ponad dwudziestu na oko piątoklasistów), tymczasem nas, sześcioro indywidualnych, usadzono przy odrębnym stole. Prowadzący część warsztatową najpierw opowiedział pokrótce o historii mydła, wspierając się osią czasu zlokalizowaną na ścianach wokół nas i cofając nas w czasie aż do Babilonii z 2800 roku p.n.e. Następnie pokazywał nam słoiki z głównymi składnikami mydła.


Wreszcie my sami, zgodnie z jego instrukcjami, tworzyliśmy swoje własne mydełka. Do szklanki wszystkiego dodawaliśmy po trzy. Trzy porcje barwnika, trzy porcje substancji zapachowej i gdy później dodano nam do tego płynną glicerynę, kazano zamieszać trzy razy w jednym i trzy razy w drugim kierunku, nim wylaliśmy to do przygotowanych w międzyczasie foremek. Wybrałam kształt muszli i na jej krańcach poukładałam muszelki, a resztę wysypałam lawendą. Do tego wybrałam „zielone” składniki – zielony barwnik i zapach jabłuszka. Tymczasem Michał w prostokątnej formie z nazwą muzeum umieścił ziarna kawy i lawendę, a jego mydełko miało niebieski kolor i truskawkowy zapach. Podpisywaliśmy foremki naklejkami, dzięki czemu każdy uczestnik po ukończeniu pełnego zwiedzania mógł odebrać własnoręcznie wykonane mydełko.

Druga część polegała na oprowadzaniu z przewodnikiem po przestrzeni muzeum, którą podzielono (zależnie jak na to spojrzeć) na jakieś 4-5 stref. Tym razem oprowadzała nas pani i trzeba przyznać, że „miała gadane” plus dopasowała język do większości publiki czyli wspomnianej grupy szkolnej. Zaczęliśmy od starożytnego Rzymu. Mieliśmy poczuć klimat niczym w łaźni rzymskiej, a dzieciaki usiadły na ławeczce z dziurami, która imitowała dawną toaletę, a w środku znalazły się nawet pluszowe kupy 😉 czym dzieci były niezwykle podekscytowane. Pani pokazała nam xylospongium czyli gąbkę do podcierania się, ale że była wielokrotnego użytku, pierwsi goście takiej łaźni znajdowali się w zdecydowanie lepszym położeniu niż kolejni. Innym akcesorium okazał się strigil, do oczyszczania skóry np. z potu bądź oliwy.

Później przenieśliśmy się do średniowiecza, kiedy Europę dziesiątkowała epidemia dżumy. Na tym etapie okazało się, że mają w klasie chłopca, który jest totalnie oczytany w temacie. Najpierw odpowiadał na pytania prowadzącej, potem uzupełniał jej narrację, a na koniec wręcz polecał jej książki o dżumie, które sam czytał. Pani nie dała się jednak zbić z pantałyku, dała mu się wypowiedzieć, po czym spokojnie wróciła do swojej opowieści. Oczywiście ówcześni medycy nosili charakterystyczne maski, które chroniły na zasadzie izolacji, ale dodatkowo wypełniane były wonnościami. W tej części znajdowała się też balia, do której dwie dziewczynki weszły. Na tym tle tym ciekawiej brzmiało hasło na ścianie: „Gdzie wszyscy śmierdzą, tam nie czuć nikogo.”

Tuż obok ustawiono kobietę w sukni, z peruką i powiedziałabym, że byłoby to już oświecenie. Przy tej okazji dowiedzieliśmy się, że w Wersalu nie było ani jednej łazienki, więc ludzie w tamtym czasie generalnie załatwiali się pod siebie lub za meblami, a drewniane podłogi wszystko chłonęły, bo sprzątano wszystko mniej więcej raz w tygodniu. Szczególnie kobiety miały problem z toaletą w dzisiejszym ujęciu tego słowa, bo po ubraniu sukni były cały dzień w niej uwięzione. Stosowano też specjalne młoteczki, by zabijać szkodniki, które spadały z ich peruk. W tamtym okresie kąpiele nie były popularne, a zamiast tego się perfumowano. Na twarz z kolei nanoszono puder (z metalami ciężkimi, co na pewno nie pomagało w zachowaniu zdrowej cery i zdrowia generalnie) i zamiast go zmywać, dokładano kolejne warstwy.

W następnej sali pojawiły się urządzenia sanitarne bardziej podobne do nam współczesnych, w tym różne wanienki, np. dla niemowlaków, do siedzenia, do położenia się w całości itp. Poznaliśmy też ciekawe funkcje bidetu, nie tylko toaletowe, ale niektórzy kąpali w nim niemowlęta, podczas gdy inni poprawiali sobie w nim wąsa.

Wpleciono też wątek kołtuna, a przykładowy znalazł się z gablocie. Ponoć Polacy w tym przodowali, bo wierzyli, że zbierają się w nim wszystkie nieszczęścia gromadzone przez całe życie, a gdyby kołtuna się pozbyć, to te nieszczęścia by się na człowieka wprost wysypały.
Tym, co było wyjątkowo bliskie mojemu sercu, aczkolwiek przewodniczka o tym nie wspomniała, była spisana na jednej z tablic historia węgierskiego położnika nazwiskiem Semmelweis. To on odkrył, jak istotne jest mycie rąk, gdy dostrzegł dużo wyższą śmiertelność po porodzie u kobiet, którymi opiekowali się lekarze niż u kobiet pod opieką położnych. Powód był prosty: lekarze uprzednio uczestniczyli w sekcjach zwłok kobiet zmarłych na gorączkę połogową. Lekarze oburzyli się, że „ręce dżentelmentów są czyste”, ale dziś wiemy, że racja była po stronie Semmelweisa.

Ostatnia sala prezentowała czasy współczesne, w tym PRL. Motywami wiodącymi jak dla mnie były pralnia, magiel i prasowanie. Zobaczyliśmy różne proszki do prania i mydełka z bohaterami z dobranocek dla dzieci. Papier toaletowy w rolkach na sznurku skłonił panią przwodnik do snucia opowieści, jak to w czasach PRL ktoś, kto zdobył taką pulę, był milionerem na tamte pieniądze. I chociaż dla tej grupy wiekowej, jaka nam towarzyszyła, to mogło być coś niezrozumiałego, okazało się, że dzieciaki kojarzyły PRL jako okres pustych półek i towarów na kartki.


Obsługa była bardzo miła i dbała o interakcję z gościem, również na poziomie muzealnego sklepiku. Przy ladzie znajdowała się jeszcze gablotka z kolekcją mydeł hotelowych ze Stanów Zjednoczonych. Nadawca zbierał je przez 35 lat i postanowił przekazać muzeum.

Ścieżką nad Brdą przespacerowaliśmy się w kierunku dworca. Minęliśmy przy tym śluzę trapezową. Rząd tablic przybliżał jej historię i konstrukcję.

Zrobiliśmy też sobie przystanek na obiad. Zamówiliśmy zupy i pierogi. Bulion był naprawdę jednym z najlepszych, jakie piłam i był tłuściutki, ale w takim dobrym tego słowa znaczeniu. Miałam poczucie, że całą obsługę lokalu stanowiła jedna pani, która troszczyła się o nas na każdym etapie naszej wizyty tam 🙂 i upewniała się, że wszystkie nasze potrzeby zostały zaspokojone.
Na ostatniej prostej do dworca minęliśmy dostojny gmach Dyrekcji Kolei Wschodnich. Przeszliśmy specjalnie na tę stronę, by podejść jeszcze pod pomnik poświęcony kolejarzom, którzy stracili życie podczas II wojny światowej. Wędrując na pociąg, minęliśmy jeszcze kilka historycznych tablic, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.



